Dlaczego Ocean Park?

To jeszcze było za czasów planowania wyjazdu do Hongkongu. Pracowałem w hotelu na recepcji i gdy był luźniejszy dzień (czyt. nudy na pudy),  to siadałem na krzesełku przed komputerem, minimalizowałem okno check inu, otwierałem przeglądarkę i między „czy mogę prosić o dodatkowy ręcznik”, a „czy macie państwo parking” wyszukiwałem informacji na temat atrakcji w Hongkongu. Jak tylko zobaczyłem, że mają tam Disneyland, to było dla mnie oczywiste, że tam jedziemy. Zawsze chciałem zobaczyć ten w Paryżu, ale jakoś zawsze był on za daleko. 😀 No więc czytam sobie te opinie na temat parku Disney’a w Azji i dociera do mnie, że to chyba jeszcze nie ten czas by zobaczyć znany wszystkim zamek na żywo. Otóż okazało się, że park jest mikroskopijny i nie ma tam nic dla dorosłych (a tak przynajmniej wyczytałem z internetów) i że generalnie szkoda kasy. W ten sposób znalazłem info o Ocean Park. Większy, fajniejszy i w ogóle och i ach. No to trzeba to sprawdzić na własnej skórze.

Ocean Park

Jak dojechać?

Park rozrywki otwierają dopiero o 10, ale i tak zerwaliśmy się wcześniej, bo trzeba było zjeść śniadanie, wypłacić kasiorkę z bankomatu, no i jeszcze dojechać. Pierwsza rzecz, o której do tej pory nie pisałem, a zauważyliśmy ją już pierwszego dnia. Gdy po wyjściu z pokoju wsiadamy do windy, byli w niej już jacyś ludzie i jak zwykle naciskali nerwowo na guzik „zamykający drzwi”. Większość z nich to pic na wodę, by zająć czas wsiadającemu, a tam mają jakąś manię naciskania go. Ledwie zdążą wejść do windy i już walą w niego jak opętani. Jakby od tego miało zależeć ich życie. Często było tak, że osoba, która wsiadła pierwsza, stała już cały przejazd przed przyciskiem i robiła za operatora. Po każdym zatrzymaniu windy, naciskał kilkanaście razy na guzik, aż drzwi się zamknęły.

Pomijając windę, po śniadaniu udaliśmy się do bankomatu w celu wypłacenia waluty i ku naszemu zdziwieniu, żadna z naszych kart nie chciała zadziałać. Próbowaliśmy w różnych, aż się udało. Taką samą sytuacje mieliśmy w Lizbonie. Troszkę stresik był, bo nie mieliśmy już pieniędzy, a tu nagle karty nie działają i co tu zrobić? Wyobrażacie sobie coś takiego? Mało tego. Dla utrudnienia wbijania kodu PIN, Hongkończycy mają odwrotnie ułożone klawiatury numeryczne. Taki psikus. 🙂

Dojazd do Ocean Park jest już łatwiejszy, bo można jechać metrem. Najpierw trzeba dostać się do  stacji Admiralty w Central, a następnie przesiąść do zielonej „South Island Line” i wysiąść na pierwszym przystanku „Ocean Park”. Cała podróż z Mirador Mansions trwa około 20 minut. W naszym przypadku było nieco wolniej, a to dlatego, że linia metra do parku, była dopiero w budowie, gdy my tam byliśmy i musieliśmy jechać autobusem dookoła wyspy. Ale nie będę się tu rozpisywał jak, bo wątpię, że ktoś z Was będzie chciał jechać dłuższą trasą. No chyba, że dla widoków. W takim razie jeśli byłby ktoś zainteresowany, niech da znać w komentarzu lub na maila.

Winda

Bankomat
A nie mówiłem? Dziwne, nie? 😀
Bus
Czekamy grzecznie na autobus

 

Wielkie “WOW”

Jakieś 50 metrów przed parkiem zaczepili nas ludzie, którzy sprzedawali wejściówki. Dziwne to było, bo kasy biletowe na horyzoncie, a tu ktoś z dupy stoi i wciska ludziom bilety. Podobnie jak wtedy, gdy kupowaliśmy te na prom do Makao, tak i teraz, niepewnie, ale daliśmy się skusić, tym bardziej, że bylety były o 80HK$ tańsze niż normalnie. Cena w kasie to 480 dolarów hongkońskich (czyli ok. 240zł), a my zapłaciliśmy po 400 dolarów (ok. 200zł). Tak oto zaoszczędziliśmy na obiad.

Z biletami było wszystko ok. Okazało się, że to byli ludzie z jakiegoś biura wycieczek. Być może dostawali oni bilety taniej, przez co mogli też je taniej sprzedać. Nie wiemy. Nie wnikamy. Nam na rękę. 😀

Już na samym wejściu jest efekt „WOW”. Wielka fontanna multimedialna, a tuż za nią ogromne oceanarium. Po lewej małe zoo i kolejka linowa do kolejek górskich. No i od czego tu zacząć? Wzięliśmy mapkę i zaplanowaliśmy trasę. Najpierw oceanarium, czy też „Grand Aquarium”, bo znajduje się zaraz przy wejściu i jest naprawdę „Grand”. Póżniej poszliśmy zobaczyć pandy, a następnie do pawilonu, w którym można było m.in.  taplać się  w pianie, czy przeżyć misje imposible (czyt. imposible) w pomieszczeniu pełnym laserów. Dawid był jak dziecko w największym na świecie sklepie “Smyk”.

Na dole (bo park jest podzielony na dwie części), były jeszcze karuzele dla najmłodszych, co nie było dla nas zbyt kuszące, a więc udaliśmy się kolejką linową na górę, a w zasadzie też na drugą stronę góry (położenie parku jest niesamowite. Piękne widoki. Góry, morze, drzewa) do tej rozrywkowej części. Poza kolejką linową jest też mały pociąg, ale co to za atrakcja? Lepiej zobaczyć wszystko z góry! Jak patrzeć z góry to na całego. Po wyjściu z kolejki, poszliśmy na kolejną kolejkę, tym razem górską. Niesamowite przeżycie! Kolejka może nie była największa, ale poprzez usytuowanie jej na górze, miało się wrażenie jakby najwyższy punkt był z kilometr nad ziemią.

Ocean Park

Ocean Park
Ten żółty fragment po prawej to właśnie oceanarium

Ocean Park

Ocean Park

Ocean Park

Ocean Park

Ocean Park

Ocean Park

Ocean Park

 

Sceny jak z horroru

Dalej była przejażdżka pontonami, winda, na której prawie dostałem zawału i w ogóle atrakcji tam jest mnóstwo, a po kilku z nich miałem już stan podzawałowy i stwierdziłem, że jednak lubię być blisko ziemi. Dawid ciągnął mnie na kolejną kolejkę, ale ja już chyba miałem dość wysokości. Zrobiliśmy sobie przerwę bo zgłodnieliśmy. Kupiliśmy sobie burgery w McDonalds  i usiedliśmy na murku. Nagle zebrały się chmury i zrobiło się ciemno, ale co tam! Nie straszna nam niepogoda.

Ja bardzo nie chciałem, ale Dawid ciągnął na te cholerną kolejkę i już staliśmy przy bramkach, kiedy zaczął padać deszcz i  przez głośniki usłyszeliśmy komunikat, że kolejka jest nieczynna do odwołania. Uffff. Jaką poczułem ulgę, że nie muszę tym jechać.

Deszcz zacinał coraz bardziej. Chodniki zamieniły się w strumienie, a ludzie stali ciasno upchani pod daszkami, które udało im się znaleźć. Staliśmy i my. Trwało to dobre pół godziny. Gdy już deszcz się uspokoił, pojawiła się gęsta mgła. Wszystkie kolejki nadal nie działały, ale za to bezpieczniejsze atrakcje były czynne. Udaliśmy się więc do „Polar Adventure”. Zimno, śnieg, morsy, pingwiny itp. I teraz wyobraźcie sobie to. Mimo deszczu, na dworze gorąco jak cholera. Ciuchy przemoczone przyklejają się do ciała i wtedy wchodzicie do pomieszczenia w którym wieje chłodem. Jest jak w lodówce. Dosłownie. Ślicznie, ale strasznie zimno.

Po wyjściu z zamrażarki, okazało się, że zrobiło się jeszcze ciemniej, a mgła jeszcze bardziej zgęstniała, przez co głowa clowna przy kolejce górskiej wyglądała jak z horroru.

Ze względu na warunki pogodowe, zaczęli zamykać górną część parku i zapraszali ludzi do zjazdu. Jedziemy sobie tym ciasnym wagonikiem zawieszonym kilkadziesiąt metrów nad ziemią w tej mgle. Pod nami drzewa i kamienie, za nami ledwie widoczne wagoniki i promień światła bijący w naszym kierunku. Tak sobie jedziemy, aż tu nagle kolejka się zatrzymała z niewiadomych przyczyn. Zaczęło nami bujać do przodu i do tyłu, do góry i w dół. Wszystko się trzęsie i tak przez kilka minut. Wtedy pomyślałem sobie, że ten pociąg to chyba wcale nie jest najgorszy pomysł. 😀

Mimo, że nie udało nam się zobaczyć całego parku, to i tak byliśmy bardzo zadowoleni. Na pewno warto poświęcić na niego jeden dzień, gdy już się jest w Hongkongu. Wrażenia nie z tej ziemi!

Ocean Park

 

Ocean Park
Polar adventure

Ocean Park

 

Ocean Park
Droga powrotna

Ocean Park

Ocean Park
Ocean Park

 

Hongkoński “bar mleczny”

 

Po powrocie trzeba było zjeść kolację, a że nie chciało nam się marnować czasu na szukanie knajpki wśród setek, które pokazywały się na google, poszliśmy na spacer i stwierdziliśmy, że wejdziemy po prostu tam, gdzie nam się będzie podobało. Daleko nie szliśmy. Kręciliśmy się dziś dla odmiany po drugiej strony Nathan Road. Knajpek i restauracji jest tam na pęczki i trudno było się zdecydować. Ostatecznie wygrał bar, który był niedrogi, a przede wszystkim siedzieli tam lokalsi.

Bar znajduje się przy Lock Road 21, a nazywa się Ah Say Fast Food, choć po tej nazwie raczej go nie znajdziecie w internecie. Nazwa w języku kantońskim, która widnieje w google maps to: 阿四快餐

Co to było za doświadczenie. Wygląda to naprawdę jak polski bar mleczny. Na środku sali stoi mała kasa, a za nią pani (nie była jakaś super uprzejma), za nią menu i tak jak u nas, wybierasz, dostajesz numerek i czekasz. Różnica polega na tym, że u nas pani krzyczy przez pomieszczenie: “Kopytka proszę!”, a tu jest tak, że kobieta na wydawce mam mikrofon i wyczytuje numerki dań do odbioru (od razu dostaje wiadomość, gdy są obcokrajowcy i czyta w j. angielskim). Nie byłoby w tym nic takiego super dziwnego, gdyby nie fakt, że mają ustawiony dźwięk z echem i masz wrażenie jakbyś stał na dworcu kolejowym w Radomiu i nasłuchiwał komunikatu, którego z resztą i tak nie można zrozumieć.

Poza tymi atrakcjami akustyczno-wizualnymi, jedzenie było naprawdę dobre, tak więc możemy z czystym sumieniem polecić tę knajpkę.

Niedaleko tego miejsca, jednak nie pamiętam gdzie dokładnie, a mapy jakoś mi nie pomagają w znalezieniu, był taki mały bar z deserami. Dosłownie cztery stoliki i niewielkie menu z azjatyckimi słodkościami. Dawid wybrał jakiś kleik z lodami i mango, o ile dobrze pamiętam, a ja miałem słodką zupkę z grzybami i papają. Obydwa mało słodkie, jak to desery w tej części świata. Nie wiem jak to właściwie opisać, bo jako deser dla europejczyków będzie mało interesujące, ale jest to zdecydowanie ciekawe doświadczenie i generalnie nie są złe, to z mango było nawet bardzo dobre, ale raczej dla nas jako coś na przystawkę bądź podwieczorek. Przynajmniej ta zupa grzybowa.

Dnia już koniec. Do następnego!

 

M.

 

PS: Posłuchajcie tego dźwięku 🙂

Makaron
Makaron
Deserki

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *