A! The Peak! eeee… yyyyy…. nie wiem…

Mogłoby się wydawać, że takie miejsce jak The Peak w Hongkongu jest tak charakterystyczne, iż każdy, przynajmniej Hongkończyk, wie jak się tam dostać. Tymczasem okazuje się, że byłem w błędzie myśląc, że tak jest. W przewodniku była tylko informacja o zabytkowym tramwaju wożącym turystów na szczyt, ale ze względu na olbrzymie kolejki i cenę, chcieliśmy pojechać tam w inny sposób. Pomyślałem więc, żeby zapytać miejscowych czym jeszcze można tam dojechać. Pierwsza osoba zapytana przez nas to pracownik sklepu jubilerskiego przy Queen?s Road Central. Nie wiedział. Chłopak w ogóle wyglądał jakby nie miał pojęcia co to jest The Peak. Następna napotkana osoba też nie wiedziała. Przechodząc koło budynku HSBC zapytałem stojących tam ochroniarzy. Okazało się, że jedzie tam autobus numer 15 i pokazał nam, że przystanek z którego odjeżdża, to ten przed ratuszem. Ruszyliśmy więc w tamtym kierunku i szukamy przystanku. Co prawda było ich kilka, jednak z żadnego z nich nie odjeżdżał autobus numer 15. Kręcimy się w kółko szukając tej cholernej 15 i nic. Zaczepiłem więc młodego chłopaka (na oko z 16 lat) i zapytałem czy może jest Hongkończykiem, który wie skąd odjeżdża autobus do najbardziej znanego miejsca na wyspie, jakim jest Wzgórze Wiktorii. Chłopak najwyraźniej nie bardzo znał angielski, co w Hongkongu jest dość często spotykane, bo przecież w byłej angielskiej kolonii nikt już nie mówi po angielsku, więc próbował pokazać, ale jakoś się nie zrozumieliśmy. Ręką pokazał nam żebyśmy poszli za nim. Tak też uczyniliśmy. Zaprowadził nas na dworzec autobusowy pod 2ifc. Nie wiedzieliśmy wcześniej o jego istnieniu. Wszedł z nami do środka i podprowadził pod miejsce, z którego jechał numer 15. Udało się! Jedziemy!

Widok z The Peak

Autobus jechał jakieś 30-35 minut, o ile dobrze pamiętam, a bilet kosztował coś kole $5. Droga, którą jechał była bardzo kręta. Przynajmniej, gdy tylko zjechał z prostej Queens Road niedaleko Happy Valley (Fajna nazwa, nie? 😉 ). Im wjeżdżał wyżej, tym lepsze były widoki. Poza tym słońce już było coraz niżej, więc całe miasto kąpało się w czerwieni. Mimo to, trochę strach było jechać dużym autobusem z taką prędkością, po tak krętej drodze.

Gdy wyszliśmy z przystanku pod galerią na “Piku”, przystanęliśmy na trochę przed murkiem po lewej stronie jezdni. Widać był stamtąd morze i piękne, zielone góry. (Aż mi się tęskno robi, jak to teraz piszę. Było pięknie!) Jak już się napatrzyliśmy, to oczywiście trzeba wejść na taras w galerii. Przed wejściem do niej, zobaczyliśmy kolejkę ludzi czekających na tramwaj powrotny, ten zabytkowy. Kolejka to właściwie mało powiedziane. W każdym razie mówili, że czeka się około półtorej godziny! (sic!). Myśleliśmy, że sobie tym tramwajem przynajmniej zjedziemy z powrotem do miasta, ale zwątpiliśmy w tamtym momencie.

O samym tarasie nie wiem czy jest sens pisać. Tego nawet nie da się dobrze opisać. To trzeba zobaczyć! Najlepiej na własne oczy, ale z braku laku…

Widok z The Peak. Sorry za jakosc. 
Widok z The Peak
My na Piku

 

Prawda że pięknie?

Czytałem przed wyjazdem, że jest jakieś miejsce za galerią, do którego dojść można w parę minut jakąś ścieżką. Tak wyczytałem, że w sumie nie znaleźliśmy jej. A że zachód słońca był coraz bliżej i Dawid koniecznie chciał go zobaczyć z dobrego miejsca, to wymyślił sobie, że wejdziemy na sam szczyt wzgórza. Patrzę na mapie, wydaję się niedaleko. Ok. Idziemy główną drogą wiodącą na górę. Po drodze minęliśmy jakaś grupkę dzieciaków z wychowawcami, a że w pewnym momencie zrobiło się ciemno, a oni mieli latarki, to szliśmy z nimi. Po chwili polecieli w kulki, i skręcili nie tam gdzie my chcieliśmy. 😛  Tak więc w ciemności szliśmy dalej. Przyznam się bez bicia, że jestem cykor, a w dodatku naczytałem się o wężach i innych istotach (nie wiem na ile to była prawda). Końca drogi nie było widać, no i wciąż dookoła były budynki i drzewa, także z widoku nici i nic nie zapowiadało, że to się za chwilkę zmieni. Możecie więc się domyśleć, że nic z Dawida planu nie wyszło. Wróciliśmy na taras widokowy i jakimś cudem zdążyliśmy jeszcze na zachód słońca.

Tuż po zachodzie poszliśmy na autobus. Całe szczęście, że tak szybko się zebraliśmy, bo chwilę później kolejka do autobusu nie była wcale mniejsza od tej do tramwaju. My sami załapaliśmy się dopiero na drugi, gdyż ten pierwszy był już tak zapchany, że mucha już nawet nie miałaby miejsca.

Wróciliśmy na Tsim Sha Tsui, a tam poszliśmy zobaczyć 1881 Heritage. To miejsce, w którym są luksusowe butiki i najstarsza lodziarnia w Hongkongu. Charakterystyczny dla tego miejsca jest olbrzymi puchar lodów na środku placu.

Big lody! 😀

Popatrzyli, pozwiedzali, popodziwiali i poszli na Night Market zjeść kolację. Jest to targ, który jest czynny do później nocy. Spacerowaliśmy po nim i przy okazji rozglądaliśmy się za czymś fajnym do jedzenia. Tak szukaliśmy, że skręciliśmy w jakąś uliczkę i weszliśmy do pierwszego lepszego lokalu, w którym nie śmierdziało jelitami. 😀 Wydaje mi się, że zamówiliśmy jakieś makarony. Nie jestem pewien. Jedno co z tego miejsca pamiętam najbardziej to -48 stopni celsjusza. Oczywiście wyolbrzymiam, ale było tak zimno, że z ust leciała nam para. Ja się zabezpieczyłem i miałem przy sobie bluzę. Byłem nawet zmuszony założyć kaptur! Dawid niestety musiał marznąć, bo gapa nie wziął sobie żadnego swetra czy bluzy. Zaproponowałem żebyśmy w związku z powyższym zmienili lokal, ale on stwierdził że jest ok.

Night Market

Także pamiętajcie o bluzach! Zawsze! Oni mają bzika na punkcie klimy. Na dworze 33, a w lokalu z 10. Masakra.

Dalej zabierzemy Was do Stanley i na wyspę Lantau. Zaglądajcie.

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *