Jak dojechać do Stanley?

Chyba największą pokusą by udać się do Stanley, była piękna piaszczysta plaża, której zdjęcia widzieliśmy w necie. My pojechaliśmy tam autobusem 973 z przystanku Silvercord, przy Canton Road (cena biletu, to około $14 i płacimy u kierowcy za pomocą Octopus Card). Teraz połączenie jest niby lepsze, bo można tam dotrzeć metrem, przynajmniej częściowo. Jedzie się czerwoną linią do Central, z Central zieloną do Ocean Park, a dalej autobusem do Stanley. Patrząc jednak na czas łączny przejazdu z przesiadkami, nie wiem czy bym wybrał tę opcję, gdyż cała podróż trwa tyle, co przejażdżka autobusem bez przesiadek, a z okien autobusu możemy przy okazji podziwiać piękne widoki, czego nie uświadczymy będąc w metrze pod ziemią.

Autobus numer 973 jest piętrowy, a najfajniejszym miejscem do jazdy są pierwsze miejsca na górze. Masz widok jak kierowca, tyle, że z góry. Na nasze szczęście, akurat te miejsca były wolne. Po drodze mijaliśmy budynek ICC, więzienie, sklep o nazwie ABBA, Aberdeen, Ocean Park i świetną plażę Repulse Bay, na którą zajechaliśmy w drodze powrotnej. Do Stanley dotarliśmy około 10 rano. Wysiedliśmy na przystanku przy dość nietypowej galerii Stanley Plaza, która jest zbudowana na zboczu, i z ulicy na której wysiadaliśmy, wydawało się, że jest to niewielki parterowy budynek, po czym okazało się, że poniższe poziomy są widoczne z drugiej strony. Właściwie to ten „parter” był ostatnim piętnem galerii.

Abba
Widok z galerii

Atrakcje w Stanley.

Stanley Plaza nie należy do największych, ale na pewno nie jest nudna. Tam kupiliśmy kilka pamiątek dla znajomych i dla siebie. W galerii znajdują się różne kategorie sklepów (poza budowlanymi), kawiarnie (jedna z nich miała nawet informacje o tym, że w czasie sztormów jest zamknięta), a nawet balkon zakochanych, na którym zawiesza się plastikowe kółeczko z imionami zakochanych. Tak jak u nas kłódki, tylko na pewno zdrowiej dla budynku, bez ton podoczepianego metalu (dla chętnych: plakietki i marker odbiera się z punktu info na poziomie 0).

Taras zakochanych
Godziny otwarcia kawiarni

Pierwszym punktem po wyjściu z galerii na dole, była malutka świątynia, a kawałek za nią znajduje się Murray House, wybudowany w 1844 roku i nazwanym na cześć brytyjskiego żołnierza  Georga Murraya. W budynku jest teraz sklep odzieżowy i restauracje. Blake Pier to port stojący obok Murray House, wybudowany w 1909 roku w Central. Został on rozebrany i zastąpiony nowoczesnym portem, a następnie przeniesiony i postawiony na nowo, odzyskał dawną świetność w Stanley.

Murray House
Port w Stanley

Dalej szliśmy Stanley Main Street, przy której znajdowały się restauracje. Niestety cenowo nastawione na turystów. Idąc prosto przez rondo, dotarliśmy na targowisko. Stoisko koło stoiska, a rzeczy na nim tyle, że można by urządzić całe mieszkanie. Wyszliśmy niedaleko świątyni Shiu Sin i tam ukazał się nam maluteńki sklepik, przed którym siedziało kilka osób pijąc niezidentyfikowane napoje. Zupełnie jak u nas na wsiach. W sklepiku zaopatrzyliśmy się w  piwo i chrupki, i udaliśmy się na pobliską plażyczkę, która była mega brudna…

Wróciliśmy więc do świątyni i usiedliśmy na kamieniach nad wodą. Piliśmy piwko i obserwowaliśmy małego psa, który ganiał za piłką do wody. Jak już się nam znudziło siedzenie na kamieniach, poszliśmy promenadą w kierunku Stanley Circuit. Po drodze mijaliśmy małe knajpki, sprzedawców słomianych kapeluszy, oraz zielonych kokosów. No i jak przejść koło tego obojętnie? Taka świeża woda z kokosa jest bombastyczna!

Dawid na kamieniach 😛
Ja na kamieniach
Pieseł

Plażowanie w Hongkongu

Jak już się jest w takim miejscu, gdzie niedaleko jest całkiem sporo plaż, grzechem było by z nich nie skorzystać. Tak więc następnym punktem na liście była plaża Stanley Main Beach, a idzie się do niej ze Stanley Circuit jakieś 10-15 minut. Plaża była dość spora i piaszczysta, otoczona zielenią, a ze względu na to, że pogoda dopisała, było tam pełno ludzi zarówno na plaży, jak i w wodzie. Pamiętam też, że co chwilę były ogłaszane jakieś komunikaty przez głośniki w języku kantońskim i angielskim. Niestety jedyne co rozumieliśmy to „Thank you for your cooperation”. Niestety my nie zabraliśmy ze sobą kąpielówek, ale mimo to, nie mogliśmy się powstrzymać by nie wejść do wody. Tak więc później z mokrymi gaciami pojechaliśmy na kolejną plażę, którą już wspomniałem wcześniej, Repulse Bay.

Plażę równie piękną jak poprzednią, tym razem otaczała wysoka zabudowa. W jednym z bloków była dziura na środku. Z tego co się dowiedzieliśmy, jest ona po to, by smok miał łatwy dostęp do morza. Przy wejściu na plażę, stał samochód z lodami, więc kupiliśmy sobie po lodzie i poszliśmy odpocząć na piasku. Całe zwiedzanie Stanley zajęło nam jakieś 6, może 7 godzin.

Blok z dziurą dla smoka

Wielka Bauhinia przed “operą”.

Około godziny 17:30 wróciliśmy do Central. Wysiedliśmy parę przystanków wcześniej przy Hong Kong Convention and Exhibition Centre, czyli centrum targów i wystaw, które nazywaliśmy operą, ponieważ bryła budynku kojarzyła nam się z operą w Sydney. Poza tym… krócej i nie trzeba łamać sobie języka. Pojechaliśmy tam, by w końcu zobaczyć budynek z bliska, a także podziwiać wielką złotą bauhinię, czyli kwiat, który jest godłem Hongkongu. Przed budynkiem „opery”, była promenada, na której znajdowały się figury postaci anime, tudzież kreskówek ichnich. 🙂

“Opera”
Wielka Bauhinia
Figury przed centrum wystawowym
Figury przed centrum wystawowym

Powoli robiło się już ciemno, a że byliśmy w centrum, skorzystaliśmy z zachodzącego słońca i porobiliśmy trochę zdjęć spacerując między drapaczami chmur. Kolacja tym razem w bardzo chińskiej restauracji „KFC”. Żeby nie było. Nie jestem zwolennikiem jedzenia takich rzeczy, gdy podróżuję. Staram się próbować jak najwięcej lokalnych potraw, jednak tym razem po pierwsze, była to najtańsza restauracja w pobliżu, a po drugie po prostu mieliśmy ochotę na kurczaka z KFC. 😀

Tak się akurat złożyło, że w tym lokalu odbywały się jakieś konkursy dla pracowników. Mimo to restauracja była czynna cały czas. Zagospodarowali sobie oni część lokalu i tam się bawili, grali i śpiewali. Całkiem wesołe to było, gdy się na nich patrzyło.

Hongkong wieczorem

Jako ciekawostkę fastfoodową, dodam, że w KFC w Hongkongu zakłada się foliowe rękawiczki jednorazowe, by nie pobrudzić sobie rączek, no i przede wszystkim… Tam nie ma frytek! Zamiast nich dostaje się porcję ryżu, więc jakby zdrowiej… 😛 My zamówiliśmy sobie zestaw za, bodajże, $85, a w nim były trzy porcje ryżu z różnymi sosami (dwa z pieczarkowym i jeden z sosem z kurczaka), kubełek z kurczakiem, napoje oraz tarty jajeczne, takie jak w Lizbonie. Także mimo tego, iż nie jest to typowa azjatycka restauracja, to nawet w takich jak KFC w różnych zakątkach świata, jest nieco inaczej i czasem warto tam wejść i coś przekąsić.

Na dziś już wystarczy, ale obiecuję, że to nie koniec o Hongkongu. 🙂

M.

Dawid w KFC

M.

2 Komentarze
  1. super strona a jeszcze lepsze miejsc i wspomnienia. Z checia wybralabym sie do Azji i innych krajow w ktorych byliscie. Piekne marzenia . Powodzenia i do zobaczenia na blogu;-))

    1. Bardzo dziękujemy za tak miłe słowa. My też kiedyś tylko marzyliśmy o dalekich podróżach i nigdy byśmy nie przypuszczali, że te marzenia się kiedyś spełnią. Tak więc pani Iwono trzeba uważać o czym się marzy bo nigdy nie wiadomo gdzie porwie nas samolot . 🙂 Do zobaczenia. Pozdrawiamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *