Nic nowego, czyli korki w niedzielę

Niemieckie autostrady (Autobahn) to temat rzeka. Czasem mają po osiem, czasem nawet, dziesięć pasów. Ruch na nich bywa sterowany komputerowo np. pasy zmieniają kierunki w zależności od tego z której strony jest ruch, lub zmieniana jest dopuszczalna prędkość w zależności od warunków atmosferycznych. I co? I nic. Nadal są koszmarne korki jakich polskie autostrady nigdy jeszcze nie doświadczyły. A my nadal jak te dzieci we mgle wyruszamy sobie na wycieczki o 14 po południu, żeby idealnie wpasować się w popołudniowy szczyt. Nawet niedziela nie ratuje nas przed staniem w korku, bo nagle okazuje się się ,że coś gdzieś jest, albo było i już tracimy godzinę czasu. 

I tak też było tym razem. Jechaliśmy do Bad Wimpfen dwie godziny, mimo że to tylko 80 km od Ludwigshafen. Była w dodatku niedziela. Tym razem tym “czymś, gdzieś” okazał się finał wyścigów Deutsche Touren Masters w Hockeheimring. DTM to niemiecki cykl wyścigów, w których udział biorą wyłącznie auta prototypowe i akurat impreza zakończyła się w momencie kiedy przejeżdżaliśmy autostradą obok toru. No cóż…chyba powinniśmy zacząć korzystać z pociągów. 

Hockenheimring

W poszukiwaniu idealnego miasta

Dlaczego akurat Bad Wimpfen? No więc tak: w naszym regionie są dwie największe rzeki: Ren (o którym chyba każdy słyszał) i mniej, lub całkiem nieznany, Neckar (po niemiecku “Nekar”). Większość miast w okolicy, nad Renem już widzieliśmy. Otworzyłem więc mapy Google i zacząłem przyglądać się Neckarowi, który wpada do Renu niedaleko naszego pięknego inaczej Ludwigshafen. I tak przesuwając się od ujścia w kierunku źródła i sprawdzając kolejne miejscowości dotarłem do Bad Wimpfen. 

Przedrostek “Bad” w Niemczech mogą nosić wyłącznie miejscowości, którym urzędowo nadano tytuł uzdrowiska. 

W czasach średniowiecza król nie miał stałej siedziby i wraz z dworem podróżował po rożnych rezydencjach. I jedną z takich siedzib była właśnie ta, w Bad Wimpfen, a więc kiedyś było to niezwykle ważne miasto. 

Pijane Stare Miasto

Głodni jak smoki w końcu dotarliśmy na miejsce i prawie od razu zaczęliśmy rozglądać się za restauracjami. Po wyjściu z auta od razu poraziło nas piękno tego miejsca. “Ja chcę tu mieszkać!” wykrzyczałem (ale robię to w prawie każdym, nowym miejscu, w którym jestem i na nikim nie robi to już wrażenia. 😉 Mnóstwo starych domów z kolorowymi okiennicami. Dookoła zielono, rzeczka, mostek. Tak jakby ktoś pomyślał sobie jak powinno wyglądać idealne miasteczko i poukładał wszystkie domki jak klocki, w idealnym porządku. Wąską, brukowaną uliczką dotarliśmy do małego placyku z fontanną i pomyśleliśmy, że to rynek. Rzeczywiście był to główny punkt miasteczka z większością restauracji i gospód, ale rynek z ratuszem znajdował się gdzie indziej. Nie dość, że stare domy były krzywe na wszystkie strony (być może wskutek upływu kilkuset lat, a być może kiedyś ludzie mieli problemy z utrzymaniem kątów prostych), to jeszcze sam teren w Bad Wimpfen jest niesamowicie pofałdowany i na przemian schodzi się w dół ,lub ostro pod górę. Powoduje to, że robiąc zdjęcia wszystko jest jakby pijane i powyginane. Tak więc od razu zaznaczam: robiąc te zdjęcia nie byłem pod wpływem alkoholu. 😉

Główny plac miasta

Zielone pomidory

Idąc z placyku wzdłuż miejskich murów obronnych, na których szczycie przycupnęły malutkie, warzywno- owocowe ogródki przeszliśmy pod miejską bramą i dalej zagubiliśmy się w gąszczu krętych przejść, zaułków i schodków. Na malutkich podwórkach można było znaleźć praktycznie wszystko: od starych dzbanów po maszyny do szycia. Wszystko w artystycznym nieładzie, poprzeplatane kwiatami i malutkimi krzakami z pomidorami. I tu dziwna sprawa: był już koniec września, a wszędzie było widać zupełnie zielone pomidory. Zdecydowanie kiedy myślę o Bad Wimpfen mam przed oczami te zielone, połyskujące w zachodzącym słońcu pomidorki. 

Zielony pomidor
Podwórko różności

Po wielu schodach, uliczkach i podwórkach dotarliśmy do najwyżej położonej części miasteczka, gdzie górowała nad całą okolicą “ Niebieska Wieża” (Blaue Turm). To symbol miasteczka i najstarsza w całych Niemczech wieża strażnicza, która nieprzerwanie od 650 lat sprawuje pieczę nad mieszkańcami. Tuż obok wieży stoi jedna z największych romańskich, świeckich budowli Niemiec, tzw. Kamienny Dom (Steinhaus), który cały był w średniowiecznych czasach do dyspozycji królowej, tak więc chyba nieźle jej się pomieszkiwało w Bad Wimpfen.

Steinhaus

Pyry niebo w gębie

Wszędzie  było czuć ducha historii, tym bardziej, że kompletnie nic nie zakłócało kontemplacji. Zupełnie puste place, ulice i totalna cisza. Przeszliśmy jeszcze przez uroczy, zielony ryneczek z małym ratuszem i w końcu dotarliśmy do upragnionej gospody. Ta też wyglądała jak gdyby nic się w niej nie zmieniało przez ostatnie kilkaset lat. Stare, drewniane ławy z ciemnego drewna, dziergane firanki w malutkich okienkach, obowiązkowe pelargonie, ogromny piec kaflowy i zabawna winda, która wyglądała jak malutka szafka, dzięki której potrawy wędrowały z piwnicy do sali jadalnej.  Wszystko to dawało niesamowity klimat i nawet gdyby jedzenie było średnie to i tak było by całkiem przyjemnie. Na szczęście obiad był przepyszny. Michał zjadł połówkę pieczonego na głębokim tłuszczu kurczaka, a ja, tradycyjnie, wołowego steka. Największe wrażenie zrobiła na mnie Kartofelsalat (sałatka ziemniaczana). Jestem przyzwyczajony do tradycyjnej wersji z majonezem i boczkiem. Tutaj jednak pyszne ziemniaki były bardziej w wersji light tzn. bez boczku i majonezu, ale nadal z kwaśnym posmakiem, który tak uwielbiam. Niebo w gębie! No i dawno takich  dobrych pyrek nie jadłem. 😉

Ratusz
Kartoffelsalat

A może koktajl na dworcu?

Najedzeni zeszliśmy w dół, w stronę rzeki. Po drodze minęliśmy przepiękny budynek stacji kolejowej, który znajduje się aż 30 metrów poniżej Starego Miasta. Budynek z 1869 roku bardziej przypomina mały pałacyk i zamiast typowej poczekalni w jego wnętrzu znajduje się coctail bar. Jest to jedyny w całych południowych Niemczech neogotycki dworzec. Serio, nie mogłem się na niego napatrzeć. I jeszcze ta sceneria wokół: rzeka i gęsto porośnięte wzgórze, na którym znajduje się główna część miasta. 

Dworzec

Praga

Brzeg rzeki jest raczej dziki, ale przez to wcale nie mniej atrakcyjny. Nie ma tutaj szerokich promenad, czy przystani dla statków (oprócz małej, kajakowej). Jest za to dzika przyroda i wspaniałe widoki na miasto, które przypominało mi mini Pragę. I wcale tutaj nie przesadzam. Nie miałem jakiś większych oczekiwań wobec Bad Wimpfen, ale to co zobaczyłem na miejscu totalnie mnie ujęło. Zdecydowanie to mój faworyt całej okolicy, a ma dość dużą konkurencję. 

Mini Praga?

Notre Dame

Idąc wzdłuż Neckaru dotarliśmy do nieco odizolowanej od reszty częśći miasta Bad Wimpfen im Tal. Nad tą częścią góruje z kolei kościół Ritterstiftkirche, który wcale nie bez przesady przypominał mi katedrę Notre Dame w Paryżu. Obok jest jeszcze klasztor i mini kopalnia… soli. Nie mam pojęcia co to było, ale kiedy dochodziliśmy do kościoła unosił się nad wszystkim biały pył, który w połączeniu z zachodzącym słońcem powodował magiczną atmosferę. Przy wejściu do kościoła spotkaliśmy jakiegoś lokalsa, który z nieskrywaną dumą ze swojej miejscowości poradził nam żebyśmy konieczne zobaczyli kościół od bocznej strony, bo jest jeszcze piękniejszy. I owszem, tak było. 

Kopalnia
Ritterstiftkirche
Notre Dame
Niektóre z domów wyglądają jak żywcem wzięte z nadmorskiej miejscowości

Bad Wimpfen- moja nowa wielka miłość

Michał wkurzał się już na mnie, bo jak Japończyk robiłem setki zdjęć wszystkiego dookoła i za nic w świecie nie chciałem stamtąd wyjeżdżać. To ci miła niespodzianka. Mini Praga, mini Paryż, miasto krzywych kamieniczek, zielonych pomidorów, dzikiej rzeki, najlepszej na świecie sałatki ziemniaczanej, gdzie każdy kamień opowiada historię. Pisałem już ,że zakochałem się w Bad Wimpfen? 

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *