Po pierwszym wrażeniu na lotnisku przyszło drugie- równie negatywne. Czystość hotelowego pokoju pozostawiała wiele do życzenia. I to pomimo tego, że hotel szczycił się dumnymi czterema gwiazdkami. Jak widać przydzielanie gwiazdek na Węgrzech odbywa się w sposób co najmniej dowolny i pełnią one rolę raczej świątecznej dekoracji na fasadzie. O problemie tego hotelu z czystością wiedziałem już przed wyjazdem z Internetu i do końca próbowałem znaleźć jakiś inny nocleg, ale nie udało mi się. Poza tym myślałem, że ludzie po prostu przesadzają w komentarzach i na miejscu okaże się, że jednak nie jesteś aż tak źle.  

Hotel Gold Park

No cóż… tragicznie nie było, ale z czterogwiazdkowym standardem nie miało to nic wspólnego. Ręczniki z dziurami i niedopranymi plamami, poplamiona, brudna wykładzina i zasłony oraz odkurzanie pokoju raz w tygodniu, to tylko niektóre atrakcje. Hotel Gold Park miał jednak też zalety. Główna to lokalizacja- tuż przy przepięknym dworcu kolejowym Keleti. W przeciągu 3 minut można było dotrzeć do wszystkich rodzajów komunikacji. Przejście podziemne ( niedawno odnowione) prowadzące bezpośrednio do stacji metra na drugiej i czwartej linii znajdowało się dosłownie trzy metry od wejścia do hotelu. Tramwaj numer 24 miał końcowy przystanek tuż bocznej fasadzie, autobus był po drugiej stronie ulicy, trolejbus kawałek dalej, a z dworca kolejowego mieliśmy parę dni później bezpośredni pociąg do Wiednia. Tak więc lepszą miejscówkę trudno sobie wyobrazić. Drugą zaletą było śniadanie. Bardzo duży wybór powodował, że codziennie wychodziliśmy z jadalni totalnie obżarci, dobici na koniec kokosowymi kulkami i ciastem. Samo pomieszczenie  jadalni też było całkiem przyjemne, a słynną już brudną wykładzinę wynagradzał ogromny szklany dach.

Dworzec Keleti
Dworzec Keleti

To teraz o trzecim wrażeniu. Obiecuję, że będzie ostatnim negatywnym. Po przybyciu do hotelu i zostawieniu bagaży, poszliśmy na miasto. Tak zupełnie bez celu i mapy, prosto przed siebie w stronę Dunaju. Ulica spod hotelu prowadząca do rzeki (Rakoczi utca) jest bardzo długa i niestety nie grzeszy pięknem. Kamienice owszem piękne, ale czasy świetności mają już dawno za sobą. Brudne, odrapane, ze sklepami żywcem wyjętych z Polski lat 80tych i 90tych. I to właśnie na tej ulicy zobaczyliśmy po raz pierwszy sklep z… kryształami. Sklepy te dzielą się w Budapeszcie na dwa rodzaje. Pierwszy to miejsce dla mniej zamożnych klientów z wzorami a la głęboki PRL. Drugie oferują prawdziwe dzieła sztuki z cenami zachodzącymi do 4 tysięcy złotych za wazon (kwota w forintach powoduje, że zera dwoją się i troją w oczach). Inną peerelowską skamieliną na ulicy Rakoczego są budki telefoniczne w wersji bardziej pierwotnej czyli sprzed pojawienia się kart magnetycznych. Być może na Węgrzech owe karty nigdy się pojawiły i wszystkie automaty są na drobniaki. Tego nie wiem. A swoją drogą śmiesznie wyglądają monety o nominałach np. 200 forintów.

Kryształy w tańszej wersji

Tuż przed rzeką skręciliśmy w lewo i znaleźliśmy się w ścisłym centrum Budapesztu, na jednym z deptaków i nasze negatywne wrażenia zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nagle zrobiło się czysto, kamienice błysnęły dopiero co odnowionymi fasadami, a przestarzałe sklepy ustąpiły miejsca różnym sieciówkom. W końcu doszliśmy do placu przy moście Wolności i postanowiliśmy zrobić przerwę na kawę i ciacho. I tutaj chciałbym się na chwilę zatrzymać. Zamknijcie na chwilę oczy i wyobraźcie sobie taki obrazek. Siedzicie przy stoliku na zewnątrz w kawiarni oferującej francuskie ciasta. Świeci słońce. Jest ciepło, ale nie gorąco pomimo, że zegar na aptece obok pokazuje 29 stopni. Przed wami leży cytrynowy, boski eklerek i pyszna, mocna kawa a wokół nie słychać samochodów, tylko gwar uśmiechniętych ludzi. Zdajecie sobie doskonale sprawę, że możecie sobie siedzieć tak długo jak chcecie, bo właśnie zaczął się wasz urlop i macie cały tydzień na odkrywanie uroków nieznanego miasta. Tak- zdecydowanie w takich momentach ma się ochotę zatrzymać taśmę najdłużej jak się da.

Boski eklerek

Jeszcze tego samego dnia zjedliśmy obiad w słynnym Friczi Papa na ulicy Kiraly. Słynnym, bo ta restauracja pojawia się często jako absolutne must see w Budapeszcie. Wnętrze jest raczej ponure i ciemne, a na stołach królują… ceraty. Dziwne, ale Węgrzy chyba uwielbiają jeść w półmroku, bo we wszystkich miejscach, w których jedliśmy było trochę ciemno albo  prawie zupełnie ciemno, a wątłe światło dawały np. tylko skąpo rozstawione świeczki. Nawet Pizza Hut w środku galerii handlowej nie była tutaj wyjątkiem. Może ma to na celu większe skupienie na doznaniach smakowych zamiast wzrokowych. Wracając do niby kultowego Friczi Papa mimo, że nie jestem amatorem gulaszu stwierdziłem, że nie wypada nie zjeść węgierskiego. Wbrew pozorom węgierski gulasz wcale nie jest ostry, ponieważ główną przyprawą nie jest ostra papryka tylko słodka. Ten we Friczi podawany był z ryżem. Moja mama twierdziła, że jest bardzo dobry. Do gulaszu zamówiłem ulubioną sałatkę Papy, która okraszona była chyba kilogramem żółtego, tartego sera. Czy polecam Papę? Raczej nie. Polecam za to bardzo ulicę przy której się znajduje. Kiraly prowadzi do serca klimatycznej, żydowskiej dzielnicy, ale to już zupełnie inna historia.

Gulasz i sałatka we Friczi Papa

W części trzeciej: hala targowa jak dworzec kolejowy, najpiękniejsza toaleta, jaką widziałem w życiu i Wzgórze Zamkowe w Budzie.

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *