Google kłamie!

Praga. Niby tak blisko, a jednak całkiem daleko. To dziwne, że Polska tak jakoś słabo jest połączona z Pragą (przynajmniej jej środkowa i północna część). Trudno znaleźć połączenie lotnicze. Pociąg wlecze się się niemiłosiernie długo i najczęściej wymaga przesiadek. Podróż busem to jak wyprawa na koniec świata. Zawsze sobie mówiliśmy, że fajnie było by pojechać do Pragi. Pięknie, blisko no i ( w miarę) tanio. Mimo to jakoś nigdy nie było po drodze. Aż w końcu zdarzyło się, że Praga rzeczywiście była po drodze. Przynajmniej Google tak twierdziło. Droga z Gniezna do Ludwigshafen przez Pragę miała być tylko 50 km dłuższa niż standardowo przez Drezno. Okazało się jednak później, że Google trochę koloryzowało i nadrobiliśmy około 100 km. Widocznie jednak Google zdecydowało za nas, że najwyższy czas pojechać do Pragi chociażby na półtora dnia. Droga minęła bezproblemowo oprócz krótkiego odcinka w Bogatynii. Na styku Czech, Polski i Niemiec jest sobie taka droga o której świat zapomniał. Wygląda jak po bombardowaniu i nawet przy 20 km na godzinę samochód podskakiwał jak na najtrudniejszym etapie Paryż Dakar. Pięć kilometrów pokonuje się w żółwim tempie, aż w końcu dojeżdża się do przejścia granicznego (a właściwie tego, co z niego zostało) z Czechami. Dalej jest już dużo przyjemniej, bo i droga szersza i górskie widoki cieszą oko. Autostrady i główne drogi w Czechach są płatne dlatego zaraz po przekroczeniu granicy, lub jeszcze w Polsce należy kupić winietę. Najkrótsza jest na 10 dni i kosztuje około 52 złote. Można ją kupić na każdej stacji benzynowej. Na winiecie sprzedawca robi specjalnym dziurkaczem otwór, aby było wiadomo kiedy ją kupiliśmy. Znaczek należy przykleić na przednią szybę od wewnętrznej strony. Muszę przyznać, że polskie autostrady są o niebo lepsze od czeskich, a przynajmniej ta którą jechaliśmy od granicy do samej Pragi. Na większości drogi nie było awaryjnego pasa, a nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia. Na szczęście nie było korków jak to namiętnie zdarza się na niemieckich autostradach, a dotarcie do hotelu w samej Pradze zajęło nam może z 15 minut.

Hotel w starym stylu , knedliki i Kozel

Długo szukaliśmy odpowiedniego lokum, bo przeczytaliśmy, że parkowanie w Pradze to prawdziwy horror. Parkingów jest mało, są bardzo drogie, a o znalezieniu wolnego miejsca na ulicy można pomarzyć. Dlatego zależało nam, żeby hotel miał swój parking. No i znaleźliśmy taki w dzielnicy Zizkov. Był to, znajdujący się w starej kamienicy, hotel Taurus. Parking znajdował się na mikroskopijnym podwórku, które wymagało ekwilibrystycznych umiejętności od kierowcy. W długich hotelowych korytarzach (takie lubię najbardziej) wisiały szkice starej Pragi i muszę przyznać, że był klimat, jednak nasz pokój na poddaszu był dość ponury. Po zameldowaniu się pobiegliśmy na obiad. Knedliki w Gambrinusie, który znajdował się parę ulic od hotelu były boskie! kelnerka jednak miała dogłębnie smutny wyraz twarzy i od razu sobie przypomniałem, jak czytałem kiedyś, że wbrew pozorom Czesi to bardzo depresyjny naród i nic nie przypomina tutaj wesołej atmosfery czeskich komedii. Byliśmy chyba pierwszymi turystami w tym miejscu. Małą restauracyjkę w bocznej uliczce odwiedzają chyba wyłącznie miejscowi, bo nie było tam słychać żadnych języków poza czeskim. I to jak słychać! Przy stoliku obok mama nadzierała się na swojego na oko dwunastoletniego synka tak głośno, że ten aż się popłakał. Żal mi się go zrobiło, a Michał chciał już nawet przesiadać się do sali obok. Na szczęście kiedy rodzinka dostała jeść hałasy ucichły. W końcu przyszła pora na nas (trochę się naczekaliśmy na jedzenie, ale warto było). Pyszne gulaszowe mięso w zawiesistym sosie, knedle i kapusta. Michał miał bardzo podobne danie, ale jego podawane było w wydrążonym chlebie. Do tego pyszny Kozel no bo jak to nie wypić czeskiego piwa.

Na naszą dzielnią górowała kosmiczna wieża telewizyjna
Ultra mikroskopijny parking
Powitanie w Gambrinusie

Hlavní nádraží je uzavřena czyli dworzec główny zamknięty

Wyszliśmy totalnie obżarci. Plan zwiedzania był napięty więc czym prędzej skierowaliśmy się do numeru jeden praskich atrakcji czyli rynku. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o dworzec główny. Główna hala jest w tej chwili zamknięta, a dla podróżnych udostępniony jest tylko mały przedsionek, który już po remoncie, dobitnie pokazuje jak wspaniały i pełen przepychu był dworzec w dawnych czasach. Kasy biletowe, sklepy i tablice z odjazdami znajdują się tuż obok we współczesnym budynku, który żywcem wyjęty jest z lat 70-tych lub 80-tych i bardziej kojarzy się z lotniskiem gdzieś w komunistycznej Czechosłowacji. Kręci się tam mnóstwo podejrzanych typów i delikatnie mówiąc śmierdzi. Za parę lat jednak Praga będzie miała znów swój wspaniały dworzec. Niestety do tego momentu trzeba się jeszcze trochę pomęczyć.

Udostępniona część dworca głównego

Rura na rynku

Rynek jednak nie zawiódł. Ponieważ była jesień szybko robiło się ciemno i kiedy do niego dotarliśmy było już szaro. Zrobiliśmy sobie krótki przystanek, żeby zjeść miejscowy przysmak w jednej z budek- trdelnik. Trdelnik to taka rura pusta w środku, którą przyrządza się na ogniu i posypuje cukrem (jest też wersja z czekoladą, lub musem jabłkowym). Taki ciepły, prosto z ognia jest mega pyszny.

Trdelnik na rynku

Stacje metra w Pradze przypominają klimaty Star Treka

Metronom

Kolejnym punktem na naszej mapie był Praski Metronom. Znajduje się on na szczycie wzgórza Letna, rzut beretem od rynku. Trzeba tylko skręcić w ulicę Paryską, jedną z najdroższych w Pradze, gdzie w parterach bogatych kamienic znajdują się luksusowe sklepy i przejść mostem przez Wełtawę. Metronom jest olbrzymi, a jego ramię porusza się rytmicznie. Tym razem ramię było nieruchome. Nie wiem, może się popsuło, albo porusza się tylko latem, w każdy bądź razie byłem mega zawiedziony. Konstrukcja stoi na olbrzymim cokole, na którym znajdował się kiedyś największy pomnik Europy, przedstawiający grupę ludzi. Na czele tej grupy stał Stalin, szybko jednak, bo już w 1962 roku, pomnik wysadzono w powietrze (był to jedyny sposób na jego pozbycie się, bo w zasadzie miał być niezniszczalny), a gruzy wykorzystano min. przy budowie metra. Obok metronomu, na linie wiszą trampki i to całkiem spore ilości. Podobno jako symbol wolności, ale myślę, że ludzie spontanicznie je tam wieszają w celach bardziej rozrywkowych.

Trampki na Wzgórzu Letna
Praga w całej okazałości ze Wzgórza Letna

Męczące Hradczany i bajkowa Złota Uliczka

Było już zupełnie ciemno, kiedy podziwialiśmy z góry panoramę miasta. A tu jeszcze Hradczany i zamek! Wydawało się, że to niedaleko od metronomu, więc ruszyliśmy na pieszo. I tak idziemy i idziemy. Byliśmy już prawie pod zamkiem, jednak całe wzgórze otoczone jest wysokim murem i do środka można wejść tylko przez kilka bram. Pech chciał, że szliśmy od złej strony i mur wzdłuż naszej drogi nie miał końca. mniej więcej w połowie muru obojgu nam popsuły się humory. No bo i ciemno już, i nogi bolały i w sumie za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie się znajdujemy, a baterie w telefonach niebezpiecznie pikowały w kierunku zera procent. W końcu jednak dotarliśmy. Przed wejściem jeszcze krótka kontrola strażników i już mogliśmy podziwiać w całej okazałości, przepięknie oświetlone zamkowe mury. Tuż przy zamku znajduje się Złota Uliczka, gdzie kiedyś mieszkali żydowscy złotnicy. Bajkowe, miniaturowe, kolorowe domki w bladym świetle latarni sprawiały wrażenie nierealnych, a uczucie to potęgowało to, że o tej porze nie było tam żywej duszy. Mega fajne przeżycie!

Pusta uliczka u stóp zamku
Odbicie zamku na Hradczanach

Trawiasta czekolada

Mimo zmęczenia wypadało jeszcze zobaczyć obowiązkowy Most Karola. No cóż… Most jak most. Zupełnie nie rozumiem tego fenomenu tłumu turystów, którzy 365 dni w roku oblegają każdy centymetr kwadratowy tej, bądź co bądź, zwykłej przeprawy przez Wełtawę. Owszem i ładna ona, ale podobno to najmniej praskie miejsce w całej stolicy. Zanim weszliśmy na most zahaczyliśmy jeszcze o nadrzeczny młyn wodny (całkiem przyjemne miejsce i o dziwo nie ma tam turystów) i sklep z różnymi akcesoriami z marihuaną. Kupiliśmy w nim lizaki i czekolady. Lizaki były bardzo średnie w smaku i absolutnie nie miały żadnego oddziaływania, a czekolada jeszcze leży nierozpakowana. W sklepie można było kupić nawet małe ilości suszu do skrętów, ale mając nadzieję, że trawka w formie słodyczy będzie przyjemniejsza w konsumowaniu, nie kupiliśmy go. I pewnie był to błąd, bo zawartość konopi w tych wszystkich czekoladkach, ciasteczkach, dropsach itd. jest znikoma. Oficjalnie jednak tego typu sklepy są w Czechach nielegalne i funkcjonują jako kolekcjonerskie, a posiadanie więcej niż 10 gramów przy sobie traktowane jest już jak przestępstwo, a palenie w miejscach publicznych jest oficjalnie zakazane.

Obowiązkowy Most Karola

Wykończeni tymi kilometrami po praskim bruku zatrzymaliśmy się jeszcze na rynku na herbatę i wino, kupiliśmy lody w pudełku i prawie na pół śpiąco zjedliśmy je już w hotelu. Tak minął chyba najbardziej intensywny dzień zwiedzania mojego życia.

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *