Czym jest Eurowizja chyba nikomu nie muszę tłumaczyć. Jej fanów jest na świecie pewnie tyle samo, co i teorii spiskowych na jej temat. 🙂 Ja nigdy nie śledziłem jakoś specjalnie tego konkursu. Czasem jedynie widziałem finał, lub jego fragment w telewizji i to by było na tyle. Co innego Dawid. On śledzi wydarzenia z nią związane i jest prawie na bieżąco. Wydawało mi się, że on wie praktycznie wszystko na jej temat, ale jak się okazało na koncercie, na którym byliśmy, są o wiele wierniejsi fanatycy ESC.

Wyjazd do Lizbony został zainicjowany przez Dawida. Rok temu miał nadzieję, że wygrają Włosi i będzie okazja by pojechać do Rzymu. Jak się okazało wygrał Portugalczyk, a że stolica Portugalii to jego  ulubione miasto, to przecież nie mógł odmówić sobie kupienia biletów na to wydarzenie.

Ze względu na to, iż bilety na finał były dość drogie, a koncert dla jury, który odbywa się dzień wcześniej wygląda dokładnie tak samo jak finał, zdecydowaliśmy się kupić bilety właśnie na koncert dzień przed finałem.

Nie będę się teraz rozpisywał o tym jak wylądowaliśmy w Lizbonie, gdzie mieszkaliśmy itp. bo o tym będą jeszcze osobne posty. Skupmy się na samym koncercie.

Zacznijmy od tego, że odbył się on w MEO Arena (Altice Arena), znajdującej się w Oriente (tereny wystawowe EXPO ’98). Spora część terenu w okół areny została ogrodzona i nie można było na niego wejść bez ważnego biletu na koncert. Przy bramkach stali policjanci, którzy przeprowadzali wstępną kontrolę i wtedy okazało się, że nie można wnosić jedzenia oraz picia w szklanych butelkach, a my sobie wzięliśmy bułeczki i jogurty, bo przecież trzeba być wcześniej, a nie chcieliśmy umrzeć z głodu przed występami.Tak więc zostaliśmy zmuszeni do skonsumowania naszego prowiantu przez przekroczeniem bramy, choć wtedy wcale nie byliśmy głodni.

Widok na arene

 

Drugie podejście do bramek.

Gdy już opróżniliśmy siatkę z jedzeniem, wróciliśmy do panów policjantów i ustawiliśmy się grzecznie w niewielkiej kolejce. Przed nami było jakieś sześć, może siedem osób. Dawid coś do mnie gadał, jednak ja tego nie zarejestrowałem, gdyż zbyt mocno skupiłem się na ludziach stojących przed nami. Nie wyglądali na fanów. Byli ubrani dość nietypowo. Wiecie… nie jakieś zwykłe ciuszki z H&M czy innych znanych sieciówek. Widać było, że są to ubrania bardzo designerskie, a do tego wszyscy mieli duże, ciemne okulary. Najbardziej zwróciłem uwagę na dziewczynę z długimi ciemnymi włosami.

To chyba muszą być jacyś artyści – powiedziałem do Dawida. Teraz i on się przyjrzał dokładniej i zgodnie stwierdziliśmy, że to jednak nie żadni artyści występujący na koncercie, a jedna z prowadzących, Filomena i prawdopodobnie jej świta.

Zwróciliśmy na nią uwagę już na półfinałach, które oglądaliśmy na wielkim telebimie na Praca do Comercio. Naszym zdaniem była to najlepsza i najzabawniejsza prowadząca.

W telewizji wydawała się wyższa… 😀

 

Kolejna kolejka

Następnym etapem była już dokładniejsza kontrola, przed wejściem do areny, a kolejka do niej była już nieco dłuższa, ale nie jakoś tragicznie długa. Jakieś 20 metrów, a za nią kolejka do następnego wejścia (było ich kilka) o wiele dłuższa. Ustawiliśmy się na końcu i czekamy. Po chwili podchodzi do nas jakiś gość z pretensjami, że on tu już stoi od prawie dwóch godzin, a my bezczelnie się wbijamy i że mamy iść na koniec kolejki.

Okazało się, że ta druga kolejka to nie była wcale kolejka do drugiego wejścia, tylko cały czas ta sama. Była tam tylko przerwa, by nie blokować bramy z wejściem dla osób z biletami VIP. Na to nie wpadliśmy.

Tak więc musieliśmy iść dalej, i nagle znaleźliśmy się jakieś pół kilometra od naszych bramek kontrolnych. Trochę się zirytowałem, bo strasznie nie lubię kolejek, a patrząc na długość tej, pomyślałem, że będziemy w niej stali ze dwie godziny.

A propos czasu. Nie napisałem, że na miejscu byliśmy o godzinie 17, a koncert rozpoczynał się o 20.

Gdy tak staliśmy w kolejce, zacząłem obserwować ludzi. Bardzo wiele osób przyjechało tam całymi grupami, inni zagadywali czekających obok siebie i nawiązywali nowe znajomości, a jeszcze inni “udzielali wywiadów” dla telewizji krążących wśród tych tłumów.

Niektórzy mieli namalowane flagi różnych państw na policzkach, inni zrobili sobie peleryny z flag. Byli ludzie z chorągiewkami, byli też ubrani w stroje w swoich barwach narodowych. Tu ktoś śpiewał, tam robił sobie selfie z reprezentantem Norwegii, bo akurat sobie przechodził niedaleko nas, a tu sobie siadła parka na chodniku i wcina burgera z McDonald’s. Ale zaraz… Jak oni to wnieśli?!

Po upływie 15 minut (mniej lub więcej), ludzi za nami przybyło drugie tyle. Biedacy… tak pomyślałem. Jednak gdy już zaczęli wpuszczać ludzi, okazało się, że poszło to bardzo sprawnie i po kolejnych 15 minutach byliśmy już w środku areny.

Kolejka. Po lewej wejście, dalej za nami się ciądnie, a koniec dopiero po prawej stronie

 

Efekt WOW!

Sala widowiskowa mieści w sobie do 20 oo0 ludzi. Całkiem sporo, choć nie wygląda na aż tak wielką od środka, a już na pewno nie od zewnątrz. Po przejściu kontroli ludzie zaczęli wbiegać do środka, by zająć jak najlepsze miejsca. My natomiast najpierw poszliśmy zrobić siusiu na zapas, co by nie wychodzić w takcie show. Po załatwieniu spraw fizjologicznych, minęliśmy bar, który znajdował się w środku i w końcu zobaczyliśmy tą przepięknie oświetloną scenę na żywo. WOW! Robi wrażenie. To pierwsza myśl. Następna to: “kurcze… jakaś mała ta scena”.

Z jednej strony to może i dobrze, że nie jest aż tak wielka. Będziemy bliżej artystów, no i będzie ich lepiej widać. Niestety. To było tylko złudzenie optyczne. Sala była tak wielka, że scena wydawała się mała, choć wcale mała nie była.

Dobra, trzeba zająć jakieś pozycje. Przystanęliśmy na chwilę i wypatrujemy korzystne dla nas miejsca. Najlepszy byłby środek, tuż przed sceną, jednak ten był już zajęty, a mimo to i tak wszyscy dalej tam biegli. Po prawej stronie był ogrodzony obszar dla kamery i operatora, a tuż koło niego wąskie przejście. Zauważyłem, że ktoś tamtędy przeszedł, więc pomyślałem sobie, że możemy iść zobaczyć to miejsce. Okazało się, że to była najlepsza decyzja.

Za kamerzystą było jeszcze sporo wolnej przestrzeni tuż przy scenie, gdyż mało kto widział pewnie, że tam można wejść,  i tak oto wylądowaliśmy w drugim rzędzie.

 

Polacy są wszędzie

Gdy już zajęliśmy pozycje, zaczęliśmy komentować wszystko co w koło się działo. Światła, kamery, ludzie. Po chwili obrócił się chłopak stojący przed nami z radosnym “cześć” i zaczął opowiadać o konkursie i śpiewać piosenki laureatów poprzednich edycji. Widać było, że on to uwielbia i wtedy zdałem sobie sprawę, że Dawid dopiero raczkuje jako fan Eurowizji.

Gdy tak od słowa do słowa wyznałem w końcu, że to mój pierwszy raz i że nie jestem obeznany w temacie konkursu i nie do końca wiem o czym on mówi, koleś spojrzał na mnie z pogardą i się odwrócił do nas plecami.

Zaczął rozmawiać z Niemcem stojącym przed nami i z nim złapał w końcu wspólny temat. Gość około pięćdziesiątki i równie zwariowany na punkcie polski i Eurowizji jak on. Pokazywał nawet w telefonie zdjęcia z artystami, które robił sobie na koncertach co roku od dwudziestu lat, o ile dobrze pamiętam.

Eurowizja od kuchni

Czekaliśmy około godziny, a gdy już sala praktycznie pękała w szwach, na scenę wyszedł młody gość, którego zadaniem było rozruszanie publiczności. Włączyli muzykę, a facet ze sceny robił z siebie pajaca, bawiąc ludzi. Kazał publiczności wykonywać różne tańce, klaskać itp.

Gdy już się ludziska rozgrzali, na scenę wkroczył jegomość w średnim wieku ze słuchawkami na uszach i udzielał instrukcji dotyczących zachowania podczas poszczególnych piosenek oraz w trakcie przerw. Jeśli myślicie, że przy balladach ludzie sami domyślają się by włączyć latarki w telefonach, bądź klaskać w określonym rytmie do piosenki, to nic bardziej mylnego. Wszystko jest uzgadniane przed rozpoczęciem show, a żeby ludzie nie zapomnieli co mają robić, to w przerwach między piosenkami (wtedy gdy widz przed telewizorem ogląda filmik o kolejnym artyście) wychodzi ten sam gość ze słuchawkami i przypomina publiczności o wyciągnięciu telefonów czy klaskaniu. Tak więc większość reakcji to nie jest spontan.

Gdzieś za sceną dostrzegłem bębniarzy przygotowujących się do wyjścia na scenę. Zaczyna się!

Wielką niespodzianką był dla nas występ Marizy. Znanej portugalskiej piosenkarki, której Dawid jest “fanem”. Generalnie wszystko poza piosenkami biorącymi udział w konkursie było dla nas niespodzianką.

Ciekawą rzeczą dotyczącą zaplecza Eurowizji było też to, że gdy ludzie przed telewizorem widzą te wyżej wspomniane filmiki prezentujące wykonawców, które trwają około minuty, to na scenie wtedy dzieją się cuda. Cała scenografia zmienia się w mgnieniu oka. Kilkanaście osób uwija się jak z motorkiem w tyłku, aby zabrać poprzedniego wykonawcę i jego akcesoria, by przygotować scenę na kolejnego artysty.

Wszystko dzieje się strasznie szybko. Zielone lasery znajdujące się nad sceną zaznaczają na podłodze, gdzie ma stać piosenkarz i poszczególne elementy scenografii. Jedni znoszą sprzęt, inni wnoszą, podłączają wszystko, ktoś jeszcze szybko przeciera lub zamiata podłogę, szybka kontrola, światła, kamery i… akcja!

To jest niesamowite jak oni są zorganizowani. Tam nie ma miejsca na najmniejszy błąd, bo inaczej byłoby to widać na wizji.

Wykonanie wykonaniu nie równe

Gdy oglądaliśmy transmisje półfinałów na żywo w tłumie ludzi, wiele piosenek nam się nie podobało, a na żywo brzmiały całkiem fajnie. Było też odwrotnie. Niektóre występy na żywo brzmiały gorzej niż te w telewizji.

Dla przykładu, występ Marizy zwalił mnie z nóg. Jej głos, bębny i bas odbijający się od ścian. Niesamowite to było. Na szklanym ekranie natomiast, jakoś mnie to nie powaliło. Nie było tego efektu. Może gdybyśmy mieli w  salonie po dwadzieścia porządnych głośników na każdej ścianie… 😀

Podobnie z piosenką reprezentacji Portugalii. Podobała mi się od początku, ale gdy słyszałem to na żywo, to odleciałem. Genialne wykonanie.

Podczas piosenki mojej faworytki, Netty, reprezentantki Izraela (nie musicie podzielać mojego zachwytu nad tym utworem 😛 ), ludzie w arenie tak głośno śpiewali, że ledwo dało się ją usłyszeć. Mimo wszystko występ był super.

 

Fałszywe głosowanie

Podczas koncertu dla jury, przyznawane są rzez nich punkty dla wykonawców. Tak. To wszystko dzieje się już dzień wcześniej, a w dniu finału obliczane są tylko głosy publiczności.

W związku z tym, że koncert ten, to też próba generalna i wszystko wygląda tak samo jak na żywo, robione jest też tak zwane “fake voting”, czyli fałszywe głosowanie. To znaczy, że tak samo jak na żywo w telewizji, tak i tu łączyli się ze wszystkimi krajami i ogłaszali wyniki.

Większość ludzi pewnie wiedziała już jak to wygląda więc na sali została może 1/5 publiczności, w tym my. Nawet piosenkarze już sobie poszli, a w greenroomie zostało po jednej osobie z danego kraju na sofie. No i prezenterki oczywiście, bo to one prowadzą show do końca.

Jakoś tak wyszło, że ze względu na to iż wiedzieliśmy, że jury przyznaje punkty dzień wcześniej, trochę się oburzyliśmy, gdy ich zdaniem najlepszym utworem okazała się piosenka reprezentacji Irlandii, jednak później okazało się, że mimo tego iż punkty przyznali, nie były one oficjalnie pokazane na próbie, więc i punkty od nich były wtedy fałszywe.

Jeśli kiedykolwiek widzieliście finał eurowizji, to zapewne wiecie, że po przyznaniu dla danego kraju 12 punktów, jego reprezentacja jest pokazywana na wizji i wtedy widzimy jak oni szaleją ze szczęścia.

Tu było podobnie, z tym że jak już wspomniałem, artystów już nie było, a gdy pokazywali ujęcie danej reprezentacji, na ekranie skakała z radości jedna osoba, albo wyświetlana była pusta sofa przez kilka sekund.

Osoby, które w greenroomie zostały, musiały również odpowiadać na pytania prezenterek. I w ten sposób dochodziło do różnych zabawnych akcji. Na przykład gdy przyznano 12 punktów Finlandii, na ich sofie siedział jeden przypadkowy gość z ekipy. Podeszła do niego jednak z prezenterek i zapytała jak się z tym czuje itp. Następnie zapytała się jego czy lubi fiński, na co on odpowiedział, że nie lubi, po czym ona uświadomiła go, że on przecież siedzi w loży zarezerwowanej dla Finlandii i tym samym on teraz reprezentuje ten kraj. 😀

Greenroom

 

Konkurs Eurowizji 2018 wygrywa…

Takich śmieszków było wiele, ale największym z nich było ogłoszenie finału. Podczas fałszywego głosowania wygrała Estonia. Kto w temacie, ten wie, że piosenka… nie była łatwa do wykonania. Również tak jak w przypadku finału, także tu reprezentantka musiała wyjść na scenę, odebrać trofeum i zaśpiewać swoją piosenkę, a że już piosenkarzy nie było i z Estonii ostała się młoda dziewczyna w blond włosach, to ona musiała wyjść na scenę i udawać radość z wygranej.

Wyszła więc z greenroomu w tłum rozentuzjazmowanych fanów i zaczęła im wysyłać buziaczki, przybijać piątki. Ocierała nawet udawane łzy szczęścia, po czym weszła na scenę i odebrała trofeum, którym była… butelka z wodą mineralną! Uniosła ją radośnie do góry, i podziękowała do mikrofonu, po czym ją okablowali, ustawili na środku sceny, włączyli muzykę i kazali śpiewać.

Nie wyszło jej to co prawda tak ładnie jak reprezentantce Estonii, a raczej wcale jej nie wyszło, bo piszczała coś do mikrofonu i na tym się skończyło.

Koncert oraz atmosfera panująca w arenie była tak niesamowita, że aż żal było stamtąd wychodzić. Właściwie to wyjście tak czy siak nie było łatwe, ponieważ (pomijając już stertę śmieci) na podłodze rozlane były litry piwa oraz różnych innych napojów, i buty tak się kleiły do posadzki, że nawet ciężko było oderwać od niej stopę. 😀

M.

Syfiasta podłoga 🙂
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *