Oj dostało mi się porządnie od kilku wielbicieli Frankfurtu po pierwszej części. ? Ale obiecuję, że w tej części będzie już prawie wyłącznie pozytywnie. Skończyłem na tym, że rozstaliśmy się z Brandonem i Kylene i ruszyliśmy w stronę rzeki.

Westhafen

I tak dotarliśmy do Westhafen ( Portu Zachodniego). Jeszcze do 1993 zgodnie z nazwą był tu port, a w czasach średniowiecznych tzw. port zimowy, gdzie statki mogły się schronić przed zamarznięciem Menu. Dzisiaj po porcie nie ma już śladu, a na jego miejscu wyrosła zupełnie nowa dzielnica. Część domów stoi na palach zanurzonych w wodzie, część też, ma własne prywatne przystanie dla zwykłych łódek lub czasem całkiem pokaźnych motorówek. Widać, że mieszkańcy rzeczywiście z nich korzystają, bo w niedzielne południe na kanale, który przecina całą dzielnicę na pół był całkiem spory ruch, a na przycumowanych łódkach lokalsi jedli późne śniadanie, lub po prostu popijali piwko korzystając z pięknej pogody. Z jednej strony port zamyka najniższy ze wszystkich, frankfurckich wieżowców (109 metrów) , którego miejscowi nazywają “ Geripptes”, co oznacza charakterystyczną szklankę o pojemności 0,25 w której podawany jest symbol Frankfurtu czyli słynne jabłkowe wino. I rzeczywiście tak jak by mu się przyjrzeć przypomina wielką, okrągłą szklankę z charakterystycznym wzorkiem. Drugi koniec dzielni zamyka ogromna elektrownia, która jakoś dziwnie pasuje do całej reszty i zupełnie nie przeszkadza. U jej stóp znajduje się całkiem fajna restauracja, do której przychodzą miejscowi na niedzielny bufet. Jej wnętrze jest obłędne dlatego czaiłem się chwilę żeby koniecznie zrobić zdjęcie. Jeśli miałbym już zamieszkać we Frankfurcie to tylko w Westhafen. Ale raczej mi to nie grozi bo na czteropokojowe mieszkanie trzeba wydać 3 miliony euro. ?

Westhafen
Port jachtowy z elektrownią w tle
Szklanka do wina
Wnętrze restauracji

Europejski Bank Centralny

Po porcie wróciliśmy pieszo do centrum, posilając się po drodze drożdżówą i kawą sprzedaną w miniaturowej cukierni przez miłą panią z wyraźnie rosyjskim akcentem. Swoją drogą zawsze już po kilku niemieckich dźwiękach da się rozpoznać rodowitego Rosjanina, a dwa słowa później również Polaka. Wsiedliśmy w metro, żeby dojechać do naszego drugiego celu czyli siedziby Europejskiego Banku Centralnego. Stacja przy której wysiadaliśmy była niesamowita, bo właściwie nie było jej widać. Znajdowała się w podziemiu… zwykłego bloku i gdyby nie znaczek trudno byłoby się domyślić gdzie jest wejście. Bank znajduje się w samotnym wieżowcu z dala od dzielnicy finansowej. Sama, szklana bryła jest przepiękna, gorzej z otoczeniem. Przypomina wielką twierdzę, otoczoną wysokim ogrodzeniem, a dostępu do niej bronią betonowe, poruszające się w pionie, ogromne bramy. Nie wiem czy tak jest w rzeczywistości, ale przypuszczam, że w podziemiach tego budynku są jakieś ogromne rezerwy pieniędzy stąd te całe wysokie ogrodzenia, kamery na każdym kroku i odizolowanie banku od reszty świata. Kompleks składa się z trzech budynków: niższej i wyższej szklanej wieży oraz ceglanej, byłej hali targowej z 1928 roku. Na chodniku, tuż przy banku, wyryte są krótkie, osobiste relacje Żydów na przykład z transportów do obozów, ale też z czasów już powojennych. Miałem ochotę przeczytać je wszystkie , ale Michał mnie poganiał ( jak zwykle) i nie dałem rady. Ogólnie fajny teren z przyjemną promenadą, która znajduje się pomiędzy bankiem a rzeką i mega fajnym, żelaznym mostem, gdzie docierają wyłącznie miejscowi. Nie zawsze jednak było tutaj tak sielsko, bo otwarciu siedziby w 2015 roku towarzyszyły demonstracje i zamieszki.

Europejski Bank Centralny
Promenada przy banku
Ławki pochłaniające hałas i zanieczyszczenia powietrza

Bawarska wioska w środku miasta

No tego po Frankfurcie bym się zupełnie nie spodziewał. Na zachód od centrum, nad Menem znajduje się Höchst. Wystarczy wsiąść na dworcu głównym w miejską kolejkę i już po kilkunastu minutach znajdziemy się w małym miasteczku ,które oficjalnie wciąż jest Frankfurtem. Znajdziemy tu wszystko co powinno się znajdować w zabytkowym miasteczku czyli malutki ryneczek ze studnią, wąskie brukowane uliczki, kościółek, mury miejskie, mały zamek, pałacyk otoczony małym parkiem (wybudowany przez włoskich braci Bolongaro, zajmujących się handlem tabaką) i mury miejskie. A na dodatek zero wycieczek, turystów i prawie puste zaułki. Na ryneczku znajdowały się trzy gospody, z tradycyjnym, niemieckim jedzeniem. Ponieważ była pora obiadowa, a w dodatku niedziela wszystkie były zapełnione do ostatniego miejsca. Okazało się jednak, że każdy chce siedzieć na zewnątrz, a w środku jednej z nich było zupełnie pusto. Wykorzystaliśmy to oczywiście i jak się później okazało miał to być jeden z najlepszych obiadów w naszym życiu. Koniecznie chcieliśmy spróbować dwóch miejscowych atrakcji kulinarnych czyli frankfurckiego, zielonego sosu i jabłkowego wina. Jeśli chodzi o sos to absolutny fundament heskiej kuchni, którego sława sięga do najdalszych zakątków Niemiec. Każda szanująca się miejscowa gospodyni lub gospodarz potrafi jednym tchem, w środku nocy, wymienić wszystkie siedem ziół, które wchodzi w skład tego boskiego wynalazku a są to: szczypiorek, pietruszka, rzeżucha, zupełnie nieznany w Polsce ogórecznik, trybula, szczaw i również u nas egzotyczny biedrzeniec z rodziny selerowatych. Całość jest na bazie śmietany i podawana jest zawsze na zimno jako dodatek do mięs, ryb, ewentualnie kanapek. Ponieważ sos akurat tam gdzie byliśmy był podawany tylko do jednego dania zamówiliśmy go ekstra do sznycla i pieczeni i dostaliśmy cały dzban boskiego eliksiru, którego smaku nie da się opisać słowami. Do tego jeszcze pyszne jabłkowe wino, które bardzo szybko uderza do głowy i już jestem gotowy wsiadać w pociąg i jechać ponad godzinę na niedzielny obiad. Teraz pewnie zostanę zmiażdżony przez krytykę, ale ogłaszam zdecydowaną wyższość kuchni niemieckiej nad polską. Niech żyją Knödel! Niech żyje Tafelspitz! Niech żyje Krustebraten! I jeszcze milion innych rzeczy z frankfurckim sosem na czele?

Rynek w Hoechst
Uliczki Hoechst
Park przy pałacu Bolongaro
Delicje

Ehhh, rozmarzyłem się. To o czym ja pisałem? Aaa o Frankfurcie. Po obiedzie, szczęśliwie obżarci wróciliśmy do Bahnhofviertel, żeby wypić kolejną szklankę jabłka w płynie. Na moje pytanie w barze czy jest Apfelwein kelnerka obruszyła się na zasadzie jakbym w Polsce spytał czy są ziemniaki. Na klar (no jasne) odpowiedziała przewracając oczami no bo jak można spytać o taką oczywistość we Frankfurcie. A potem już szybciutko na dworzec, zostawiając sobie w pamięci jedną z najprzyjemniejszych niedziel tego roku.?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *