Jadalnia/restauracja hotelowa

Zacznijmy od tego, że strasznie podobała mi się hotelowa restauracja, w której każdego ranka dostawaliśmy superaśne śniadanie. Brawo dla projektanta! Nowoczesny, loftowy design. Połączenie czerni, szarości, metalu, szkła, drewna i zwykłych lin. Po prostu bomba!

Ale samym wyglądem się nie najemy, a więc dodam, iż obsługa była bardzo sympatyczna, a jedzenie proste, bo tylko tost z marmoladą lub pomidorami i oliwą, ale takich tostów pomidorami nigdy wcześniej nie jadłem. Są boskie! Teraz sam czasem takie w domu robię. Do tego kawa i sok ananasowy i od razu dzień staje się piękny.

Jeszcze piękniej robi się, gdy spojrzymy przez wielkie przeszklenia na wschodzące słońce, palmy i plażę. Mógłbym mieć taki widok z okna na codzień. Takie porani sprawiają, że czuje się jak nasza duszyczka gdzieś tam w środku się uśmiecha i cieszy się tak przez cały dzień. No… pod warunkiem, że ktoś Ci tego cieszenia nie spier… popsuje 😉

Takie piękne poranki

Dziś nie mieliśmy jakichś wielkich i ambitnych planów. Ten dzień miał być spokojny. Chcieliśmy sobie tylko spacerować przed siebie i odkrywać miasto bez tłumów turystów, w bardziej sprzyjających odizolowaniu od nich miejscach.

Upatrzyliśmy sobie latarnie morską Faro de Valencia, przy porcie miejskim. Żeby tam się dostać, musieliśmy obejść całą zatoczkę i przystań jachtową dookoła. Był co prawda most, dzięki któremu można było przyspieszyć spacer o jakieś 40 minut albo więcej, jednak po pierwsze był on ruchomy i akurat złożony tak, aby mogły przepływać łodzie, a więc przejść się nie dało, a po drugie i tak mieliśmy dużo czasu tego dnia.

Niestety nie zdawałem sobie sprawy patrząc na mapę z tego, że ta trasa jest o wiele dłuższa niż się wydaje. Szliśmy i szliśmy. Po drodze minęliśmy restaurację, w której serwują najświeższe ryby i owoce morza, jakie tylko są. Prosto od rybaków, którzy cumowali swoje łodzie w przystani. Niestety nie był to czas na obiad, a więc pomyśleliśmy, że pójdziemy tam na obiad dziś, lub innym razem. Ostatecznie tam nie zawitaliśmy, gdyż ciągle było nie po drodze, a jak już było po drodze, to mieli zamknięte. No cóż. Może innym razem się uda.

Powracając do tematu. Minęliśmy wspomnianą restaurację i szliśmy i szliśmy i szliśmy. Przed nami jeszcze długa droga, a ja już traciłem chęci mimo tego, że przecież dopiero niedawno wstaliśmy. Pewnie było to spowodowane tym, że poprzednich kilka dni bez przerwy gdzieś łaziliśmy i robiliśmy tyle kilometrów pieszo, że nogi właziły mi w żyć, nawet gdy leżałem na łóżku.

No ale cóż? Przecież nie przyjechaliśmy tu po to, by siedzieć w hotelu. Idziemy dalej. Mijamy plac zabaw, ludzi spacerujących, jeżdżących na rolkach. Ciężarówki wjeżdżające z i wyjeżdżające do portu. Pogoda piękna. Jest super. Idziemy dalej. Tu jakieś ogrodzenia. Chyba coś remontują. Nie ma przejazdu dla samochodów. Zablokowany. Jednak o pieszych nic nie jest napisane. Idziemy dalej między ogrodzeniami. Ludzie patrzą się na nas jakoś dziwnie. Widzę drogę do której dążyliśmy. Ale zaraz… dlaczego widzę ją przez kraty? Tam musi być jakieś przejście. Sprawdzamy. Nie ma. K#@wa! Ja pi@#!@ Co To ma k@#$!a! być?

Tak… Przeszliśmy pięć kilometrów, aby tuż przed naszym miejscem docelowym, dowiedzieć się, że przejście jest zablokowane. Widzieliśmy już latarnię. Była jakiś kilometr od nas, ale nie było przejścia. Przyznam, że trochę się wkurzyłem brakiem jakichkolwiek informacji na ten temat. Nic. Żadnej tablicy po drodze. Nic zupełnie. A najlepsze jest to, że nie ma skrótu. Trzeba było te 5km z bucika cisnąć z powrotem.

Także gdybyście wpadli na pomysł odwiedzenia latarni morskiej w Walencji, upewnijcie się, że faktycznie jest do niej dostęp. Jeśli takiej pewności nie macie. Nie idźcie tam! 😉

PS: Z tego wszystkiego nawet nie zrobiłem zdjęcia latarni z oddali.

Budynek Veles e Vents
Przystań

Żeby nie wracać się zupełnie do hotelu, mniej więcej w połowie drogi, przy restauracji, którą wcześniej opisałem, poszliśmy na południe do dzielnicy Nazaret. Tam minęliśmy stary nurt rzeki Turii, w którego fragmencie jeszcze jest woda. Tamta dzielnica trochę różni się od tego co widzieliśmy do tej pory. Widać, że mieszkający tam ludzie nie mają najłatwiejszego życia. Budynki były tam zaniedbane, farba z nich odłaziła.

Przed domami siedzieli ludzie, po których było widać, podobnie jak po domach w których mieszkali, że możliwy renesans jest jeszcze daleko przed nimi niestety. Mimo tego nie widzieliśmy na ich twarzach smutku. Raczej byli weseli. Dzieciaki grały w piłkę na suchej ziemi przed kamienicą. Pod innym domem starsi państwo też w coś grali i słuchali radia.

To dlatego widok ten nie był nieprzyjemny. Wręcz przeciwnie. Motywujące było to, że ci ludzie mimo przeciwności losu starają się żyć normalnie i korzystać z dnia i tego co mają.

Fragment starego kanału rzeki
Natzaret

Dalej doszliśmy po raz kolejny do miasteczka nauki, tylko tym razem z drugiej strony. Po raz pierwszy z bliska widziałem oceanarium zaprojektowane przez Calartavę. Ja bardzo chciałem wejść do środka, jednak Dawid nie miał ochoty, bo już w kilku był, a poza tym bilety też nie były jakieś najtańsze.

Ja nigdy nie byłem w oceanarium i marzy mi się by zobaczyć meduzy. Widziałem nie raz w telewizji lub na youtubie. Galaretowate stwory, tak niezwykłe, tak tajemnicze. Uwielbiam wodę i stworzenia marskie. Są takie fascynujące.

Podobnie jak one, fascynująca jest architektura i projekt budynku oceanarium. Nie będę pisał o wykonaniu, bo to zupełnie inna kwestia, którą z resztą wspomniałem w innym poście, ale sam kształt budynku jest kosmiczny! Do tego logo złożone z małych szkiełek, czy lusterek, blaszek, czy czegoś takiego, które falowały na wietrze i odbijały promienie słoneczne tak, jak odbijają się one w wodzie. Taka pionowa tafla wody. Piękne.

Podziwiali, zobaczyli, zgłodnieli i poszli do… Taco Bell. Sorry, ale naprawdę to żarcie tak nam smakowało, że głowa mała. Szkoda, że u nas nie ma tej sieciówki.

Oceanarium
Ach to żarcie

Na kolację znowu bezskutecznie szukaliśmy tapas. Ja nie wiem czy poza sezonem, w okolicy naszego hotelu standardowo jest wszystko fajne pozamykane czy o ciul chodzi. Trudno było nam znaleźć otwarty lokal w okolicy plaży, a co dopiero smaczny. Z jednej strony styczeń jest właśnie dobrym miesiącem na zwiedzanie miasta, z tego względu, że nie ma tylu turystów, ale jak widzicie. Nie ma turystów, to i nie ma potrzeby otwierania knajpy/baru/restauracji, a więc ci co już przyjadą, mają bardzo ograniczone możliwości. Chyba, że pojadą do centrum, a że nam się nie chciało robić dodatkowe kilometry tylko po to, by zjeść kolację, to znaleźliśmy sobie “fajny” bar niedaleko hotelu.

Opinie na google miał super. Opinii nie było zbyt wiele, no ale skoro ludzie piszą że super, to pewnie tak jest. Niestety nie pamiętam nazwy tego baru. Wiem, że był gdzieś między plażą, a przystankiem Maritim Serreria. Próbowałem znaleźć, żeby Wam podać adres, ale stwierdziłem, że w sumie nie warto. Nam jedzenie niezbyt smakowało, a więc nie ma co polecać czegoś, z czego sami zadowoleni nie byliśmy.

Dawid zamówił sobie sałatkę o dziwnej nazwie. Okazało się, że to była surowa cukinia pokrojona w cieniutkie plasterki z kawałkami fety i cebuli, polana sosem ziołowym. Bez smaku, a poza tym z tego co wiem, cukinia na surowo, to nie jest zbyt dobry pomysł.

Ja zamówiłem sałatkę z gruszkami i sosem balsamicznym. Była dużo lepsza niż finezyjny wynalazek, który zamówił Dawid, ale jednak to również dupy nam nie urwało. Pięknie wyglądała, ale to by było na tyle.

Następnie podali nam kanapki. Jedne zapieczone z wieprzowiną, a drugie z kurczakiem w sosie curry. To było dobre, ale też jakoś bez fajerwerków. Może już zwyczajnie zniechęciliśmy się po przystawkach. Nie wiem. Z resztą… ceny też nie były niskie. Na szczęście butelka Sangrii przed snem wynagrodziła całą tą nie zbyt udaną kolację.

M.

To jest bleee
to mniam
A to mniam mniam
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *