Po kolejnym, świetnym śniadaniu w naszym hotelu, pojechaliśmy na dworzec kolejowy po naszą koleżankę Wiolę. Pogoda tego dnia była znakomita, więc stwierdziliśmy, że szkoda jechać tam metrem pod ziemią. Lepiej pojechać autobusem i przy okazji zobaczyć miasto z innej perspektywy.

Jak już pisałem we wcześniejszych postach, nocleg mieliśmy zarezerwowany w 15 dzielnicy Paryża. Żeby dostać się stamtąd do dworca wschodniego, trzeba wsiąść w autobus numer 39 w kierunku Gare du Nord. Bilet kosztuje 2 Euro i jest ważny 90 minut, a więc na upartego można na jednym bilecie nawet wrócić. Uwaga: Bilet zakupiony u kierowcy, jest ważny tylko na dany kurs. Na nim już nie wrócimy.

Wiola przyjechała na dworzec wschodni, jednak my wyjechaliśmy trochę wcześniej i udaliśmy się najpierw na dworzec północny, który oddalony jest od wschodniego o jakieś 10 minut drogi pieszo. Może nawet mniej.

Pojechaliśmy tam, ponieważ nasza wycieczka śladami Amelie jeszcze się nie zakończyła. Był to jeden z ostatnich punktów na liście. Resztę miejsc zobaczyliśmy już z Wiolą.

 

Dworzec Północny

 

Kolejny tani nocleg

Hotel, w którym spędziła trzy noce, znajdował się w pobliżu Placu Pigalle, a co najlepsze, był jeszcze tańszy od naszego, bo z tego co pamiętam, zapłaciła niecałe 40 Euro za noc. Budynek był malutki, ale ładny, przytulny i czysty. Podobnie jak cały budynek, pokoje również nie były największe. Pamiętam, że korzystając z toalety, ciężko było mi domknąć drzwi gdy byłem w środku. Hmm… a może zwyczajnie ja jestem za gruby? 😀

Nie siedzieliśmy tam długo. Walizka zostawiona, okulary na twarz i w drogę. Swoją drogą Wiola miała taką wielką walizkę na te trzy dni, jak my razem z Dawidem na dwa tygodnie (mieliśmy wspólną, żeby nie płacić za dwie walizy w samolocie), a w niej mieliśmy przecież jeszcze garnitury na wesele. Ach te kobiety…

 

Zupełnie jak Marilyn Monroe

Najpierw poszliśmy na Plac Pigalle, a następnie pod Moulin Rouge, by tym razem zobaczyć go za dnia. Wcześniej już widzieliśmy ludzi robiących sobie zdjęcia na środku skrzyżowania, ale myśleliśmy, że po prostu robią sobie foty z “czerwonym młynem” w tle. W sumie fajne miejsce na takie zdjęcie pamiątkowe.

Gdy tam podeszliśmy, okazało się, że ludzie nie tylko ze względu na słynny budynek w tle robili tam zdjęcia, ale ze względy na wielki otwór wentylacyjny tunelu metra, z którego powietrze było mocno wydmuchiwane przez co podnosiło sukienki dziewczyn do góry oraz powodowało uśmiechy na twarzach panów dookoła. 🙂

Tak powstawały tam zdjęcia w stylu słynnego zdjęcia Marilyn Monroe w białej sukience. My sukienek nie mieliśmy, więc efekt nie był aż tak spektakularny, ale za to jaka frajda mimo wszystko!

 

Café des 2 Moulins

Tuż obok Moulin Rouge, weszliśmy do sklepu z pamiątkami i każdy z nas kupił sobie zegarek kieszonkowy. Wiola się nieźle targuje więc udało jej się zrobić niezły deal.

Z zegarkami w plecaku, skoczyliśmy do Café des 2 Moulins na kawę, no i oczywiście Crème brulée, który był rewelacyjny! Jeżeli nie wiecie, to właśnie w tym lokalu pracowała filmowa Amelie. W środku znajduje się wielki plakat z filmu w owalnej ramie, a nawet łazienka jest taka sama jak na filmie. No może z tą różnicą, że są tam też różne gadżety z filmu. Jednak woda na pedał, zamiast pokrętła w kranie, nadal funkcjonuje. Jedyna rzecz, która mi się nie podobała, to była czystość łazienki. Powiedzmy, że tego dnia zapomnieli posprzątać.

Mimo wszystko, kawa oraz krem były pyszne (nawet nie wiedziałem, że serwuje się go na zimno). Obsługa była miła, a wnętrze bardzo ciekawe, także nawet jeśli nie jesteście fanami tego filmu, to warto tam zajrzeć, a jeśli w ogóle go nie widzieliście, to koniecznie zobaczcie zanim pojedziecie do Paryża.

Crème brulée

Montmartre

W drodze do bazyliki Sacre Coeur, zobaczyliśmy jeszcze sklep do którego Amelia chodziła na zakupy. Nic nadzwyczajnego, ale był na liście i po drodze więc trzeba było zobaczyć, zrobić fotkę i wrzucić na twarzoksięga.

Jak już pisałem, byliśmy dwa dni wcześniej na Montmartre i nie mieliśmy zbyt przyjemnych wspomnień z tego miejsca. Po zmroku nie polecam, ale za dnia było zupełnie inaczej. Nikt nas nie nagabywał i nie było aż tylu turystów (my chyba w ogóle dobry okres trafiliśmy, bo generalnie w całym mieście nie było jakichś wielkich tłumów, a weźmy pod uwagę, że był to sierpień).

Niedaleko bazyliki znajduje się Place du Tertre, na którym jest mnóstwo artystów sprzedających i tworzących tam swoje dzieła. Tam też znajduje się naleśnikarnia, a przecież ponoć Francja słynie z naleśników, które u nich nazywają Crepes. Szczerze? Nie wiem czym się ludzie tak zachwycają. Nawet w Niemczech na różnych festynach i jarmarkach zawsze stoją budki z tymi “krepsami” i wiecznie są do nich kolejki. Dla mnie naleśnik jak naleśnik. Takie same się w dziesięć minut robi w domu. Jeszcze rozumiałbym gdyby nadzieje było jakieś super nadzwyczajne i nietypowe, ale z reguły są one smarowane Nutellą, albo polewane sosem karmelowym. Dla mnie nic nadzwyczajnego, a koszt takiego “super wykwintnego” naleśnika to 3,50€ za sztukę.

Place du Tertre
Crepes

Ostatni punkt śladami Amelie

Przed bazyliką jest park, w którym znajduje się karuzela, która również “wystąpiła” w filmie Amelie. To był ostatni punkt na naszej liście.

Przy karuzeli stał automat, w którym można było sobie zrobić fotkę z widokiem na kamienice. Ładnie upiększone komputerowo zdjęcie, drukuje się na miejscu w automacie i płaci za sztukę 2€. W sumie fajna pamiątka do powieszenia na lodówkę.

 

My już widzieliśmy większość znanych atrakcji ze stolicy Francji, ale ze względu na Wiolę, zobaczyliśmy wszystko jeszcze raz. Ja już o tym tu pisałem w części pierwszej, drugiej i trzeciej, więc nie będę opisywał wszystkiego po raz kolejny ze szczegółami. W każdym razie pojechaliśmy pod Łuk Triumfalny, a następnie do parku Tuileries obok Luwru.

To tam, po środku ogrodów, między drzewami znajduje się restauracja Cafe des Marronniers, w której zatrzymaliśmy się na obiad. Zamówiliśmy kilka potraw, które zjedliśmy wspólnie, by jak najwięcej spróbować. Jedną z potraw była zupa cebulowa i była ona przepyszna. Nie jadłem nigdy lepszej. Drugą potrawą był tost Monsieur. Wydawać się może, że to zwykły tost, ale nie jest on wcale taki zwykły. Próbowałem podrobić go w domu i nie udało się. Dodatkowo jako przystawkę wzięliśmy tatar z awokado z krewetkami, a Wiola zamówiła burgera. Do tego czerwone wino, karafka wody i obiad odhaczony.

Było pysznie i nie za drogo jak na paryskie warunki więc możemy śmiało polecić.

Zupa cebulowa
Tost Monsieur i tatar z awokado
Piramida przy Luwrze. W tle ogrody Tuileries

Taka mała atrakcja turystyczna w drodze powrotnej. 🙂

 

Kolacja pod wieżą Eiffla

Kolejnych pare godzin spacerowaliśmy po mieście, potem rozstaliśmy się na chwilę, pojechaliśmy odświeżyć i zabrać te śmierdzące sery z naszego pokoju, bo umówiliśmy się z Wiolą na kolację pod wieżą Eiffla, a dokładnie w ogrodach Trocadero.

Sery kupiliśmy dzień wcześniej na targu i uwierzcie nam… były naprawdę śmierdzące. Tak śmierdzące, że gdy otworzyliśmy na chwilkę lodówkę, to ich zapach unosił się od razu w całym pokoju.

Sery spakowane, wino też, bo przecież sery bez wina… nie ma opcji…

Zanim jednak pojechaliśmy na kolację, pojechaliśmy na La Defense, by zrobić trochę ładnych zdjęć o zmroku. Po raz pierwszy widzieliśmy to miejsce o tej porze dnia. Jest bardzo malownicze. Nowoczesne oświetlone budynki i zachodzące słońce, przez które niebo miało niesamowite barwy. Zobaczcie sami.

M.

Wygłupy w tramwaju

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *