Eurowizyjne śniadanie

Drugi dzień w festiwalowej Lizbonie był wyczerpujący totalnie (o pierwszym dniu przeczytasz TUTAJ). Wstaliśmy dość wcześnie. Michał pobiegł do pobliskiej piekarni, którą odkryliśmy już rok wcześniej i wiedzieliśmy, że są tam boskie wypieki. Niestety takich miejsc jak to jest już coraz mniej. Malusieńki, niepozorny sklepik z raptem kilkoma półkami na ścianach i starszą panią za ladą, która pracuje tam zapewne od 200 lat i oczywiście nie ma takich nowoczesnych wynalazków jak terminal, a nawet przy płatności gotówką o wyższym nominale niż 5€ nie ma jak wydać. 😉
Przy śniadaniu wczuwaliśmy się powoli w festiwalowy nastrój, bo w telewizji śniadaniowej, która miała swoje studio na pobliskim Praca Comercio był tylko i wyłącznie jeden temat: eurowizja. Oczywiście nic nie rozumieliśmy, ale często rozmowy były przerywane wokalnymi występami i krzykami starszych lizbonek, które koniecznie chciały się pokazać sąsiadkom przed kamerą.
Po obfitym śniadaniu pokonaliśmy dokładnie tą samą trasę, co poprzedniego dnia i wsiedliśmy na Cais do Sodre tym razem nie na prom, ale w lokalny pociąg. Dziś czekał nas baaardzo długi spacer wzdłuż Tagu, podczas którego zaliczyliśmy prawie wszystkie, największe lizbońskie atrakcje (o budynkach, które odwiedziliśmy przeczytasz TUTAJ).

Maraton szlakiem nowoczesnej architektury

Wysiedliśmy na stacji w Alges. Na mapach jest to już miejscowość pod Lizboną, ale w praktyce bardzo trudno to zauważyć, bo zabudowa jest tak gęsta, że nie ma żadnej wolnej przestrzeni pomiędzy nią, a stolicą (zresztą to typowe dla wszystkich lizbońskich przedmieść).
Do Alges przywiodła nas krzywa latarnia morska. Miałem nadzieję, że da się jakoś do niej dojść, ale niestety stoi ona na terenie portu, na który mają wstęp tylko uprawnione osoby. Musieliśmy zadowolić się widokiem z mini plaży, która znajduje się tuż obok.
Niepocieszeni poszliśmy wzdłuż rzeki w kierunku centrum Lizbony, aż doszliśmy do wieży w Belem. O samej wieży nie będę się rozpisywać, bo jest to największa atrakcja Lizbony i informacje o niej znajdziecie praktycznie wszędzie. Okolice wieży, Róży Wiatrów i Pomnika Odkrywców to obowiązkowe miejsca do odwiedzenia dla każdego turysty i o każdej porze dnia są tutaj tłumy ludzi. Nie wspomnę już o zawsze gigantycznej kolejce do wnętrza wieży. Ludzie stoją w szczycie sezonu po parę godzin po to tylko żeby zobaczyć gołe, surowe mury we wnętrzu, parę wąskich okien i armaty. Zdecydowanie lepiej wieża prezentuje się z zewnątrz, no ale można się tego spodziewać, ponieważ pełniła rolę więzienia, więc nie ma co liczyć na bogate i ciekawe wnętrze.
Zamiast stać w kolejce polecam bardzo inne miejsce, które znajduje się rzut beretem od wieży. To Pomnik Kombatantów. Niesamowite miejsce, które sprzyja zatrzymaniu się i refleksji. W dodatku zupełnie opustoszałe, mimo tłumów turystów, tuż obok. Jego centralnym punktem jest strzelista konstrukcja u podnóża której pali się wieczny ogień. Całość otoczona jest taflą wody i murem, na którym wypisane są, według dat (aż do współczesnych czasów), nazwiska wszystkich portugalskich żołnierzy, którzy zginęli na froncie. We wnęce muru znajduje się również mała kapliczka. Portugalczycy mają jednak nosa do robienia wspaniałych pomników i miejsc pamięci.

Wieża Belem
Pomnik Odkrywców
Pomnik Kombatantów
Wieża Belem

Boski obiad pod mostem

Idąc dalej na wschód minęliśmy kolejno: centrum kultury Belem, klasztor Hieronimitów i muzeum MAAT, aż dotarliśmy do Mostu 25 kwietnia. To jeden z charakterystycznych punktów Lizbony, który widnieje na tysiącach obrazków, pocztówek, koszulek itd. Nie tylko sam most jest wspaniały, ale pod nim jest równie ciekawie. Dopiero stąd widać jak jest wysoki i jak potężna jest jego konstrukcja. To tutaj najlepiej słychać charakterystyczny szum przejeżdżających aut i pociągów i stukot metalowych kratek. Pod mostem ulokowały się płatne korty tenisowe i przystań jachtowa. Tuż obok są doki Santo Amaro. Jeszcze do niedawna były to zaniedbane, przemysłowe tereny. Dziś w dawnych budynkach portowych jest zagłębie restauracji, barów i dyskotek. Niestety miejsce jest bardzo turystyczne i nastawione na ludzi z raczej grubszym portfelem.
Udało nam się jednak trafić w restauracji Doca Peixe na danie dnia i za około 10 euro ( reszta dań przekraczała 20 euro) dostałem najwspanialsze lulas (kałamarnice) do tej pory w całej Lizbonie, a jadłem już w nie jednym miejscu. Oczywiście nic nigdy nie przebije lulas z baru w Carcavelos, ale niestety z powodu zmiany właściciela nie da się już ich zjeść (o tym, co zjeść i wypić w Lizbonie pisałem TUTAJ). Były podane tak jak lubię najbardziej czyli w pysznym maśle z ziołami (brak go na zdjęciu)  z malutkimi ziemniaczkami w mundurkach i czosnkiem. Michał zjadł steka z tuńczyka, który też był dobry, ale nie mógł się równać z moim królewskim daniem. Może kelnerzy w śnieżnobiałych koszulach, białe obrusy i szampan w lodzie, podawany na specjalnych wózkach wprost do stolika to nie do końca moje restauracyjne klimaty, ale odrobina luksusu za 10 euro zawsze się przyda. 😉

W drodze do mostu
Pod mostem
Doki Santo Amaro
Lulas
Ukryty stek z tuńczyka
Najgłębiej położona stacja metra w Lizbonie: Baixa – Chiado

Pierwszy półfinał

Po obiedzie wsiedliśmy na stacji Santos w pociąg i podjechaliśmy do Cais do Sodre (gdzie wszystko się zaczyna i kończy jeśli chodzi i transport w Lizbonie) i dalej totalnie wymęczeni metrem w pobliże mieszkania. Potrzebowaliśmy odpoczynku po tych długich kilometrach tym bardziej, że był wtorek. Fanom Eurowizji nie muszę tłumaczyć co to oznacza, a dla pozostałych: pierwszy półfinał, który odbywał się w eurowizyjnej wiosce na Praca Comercio.
Wejście zajęło nam około 20 minut, ale i to i tak nic, bo w dzień finału czekaliśmy prawie dwie godziny, a kolejka zaczynała się już parę ulic dalej od placu. Ponieważ większość ludzi jeszcze nie dojechała na festiwal, na którego finał trzeba było czekać jeszcze trzy dni, mieliśmy mnóstwo miejsca pod telebimem, a i po piwo nie trzeba było zbyt długo czekać. Pewnie to zmęczenie przez maraton wzdłuż Tagu spowodowało, że już parę piw uderzyło nam do głowy i jeszcze długo po zakończeniu transmisji pierwszego półfinału tańczylismy razem z tłumem ludzi w rytm super muzyki jakiegoś DJ’a. Chociaż pewnie cokolwiek wtedy by nam puścili to i tak by się nam podobało. Nigdy nie zapomnę tamtego wieczoru i nocy. Gwiazdy na niebie, światła nocnej Lizbony, mewy, zapach pobliskiej rzeki i wielobarwny tłum ludzi z całego świata, kołysający się, lub wirujący w szalonym tańcu wprost na chodnikach. To był wspaniały wstęp do Eurowizji, wiosennej Lizbony i okolic, plaży i bezkresnego oceanu. Tak. Lizbona w kolejnej odsłonie była wtedy centrum świata…

Jeszcze luźno pod sceną
Impreza na placu
Eurowizyjna wioska po pierwszym półfinale

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *