Jednorazowy dworzec

Następnego dnia rano wybraliśmy się do centrum, by zobaczyć dworzec Joaquin Sorolla. Jeśli się nie mylę to jest to główny dworzec Walencji, a pomysł, by go zobaczyć był oczywiście Dawida.

Pojechaliśmy najpierw metrem na stację Xativa, a stamtąd na dworzec poszliśmy pieszo ulicą Carrer de Bailen. Z tego co zaobserwowałem była to jakaś ulica, lub dzielnica azjatycka. Co kawałek był jakiś azjatycki sklep, lub bar. Sama droga na dworzec nie jest jakaś najpiękniejsza i szczerze powiedziawszy nie idzie się nią też przyjemnie. Dziwni ludzie tam się kręcili w tym czasie i idąc tamtędy, czułem dziwne spojrzenia kręcących się tam mieszkańców różnych narodowości na plecach.

Dotarliśmy do dworca. Szczerze? Nie jest ładny. Jest z plastiku. Dosłownie. Wygląda jak przetwórnia warzyw i owoców w Sydole. Taki jednorazowy plastik fantastik. Tylko czy na pewno fantastik? Moim zdaniem tragistik. Ale to pewnie rzecz gustu.

Bryła budynku z zewnątrz zadziwia, ale w środku również czekają suprajsy. Dla mnie zaskoczeniem były punkty kontrolne przed wejściem na perony. Wyglądają dokładnie tak jak na lotnisku. Taśmy na bagaż, skanery oraz persony sprawdzające. Fajnie, że dbają o bezpieczeństwo.

Sąd Wodny

Będąc w Walencji nie można pominąć Sądu Wodnego, który odbywa się przed katedrą na placu Virgen w każdy czwartek o godzinie 12.

Przed drzwiami zbiera się ośmiu delegatów reprezentujących mieszkańców i gadają sobie o wodzie, a ośmiu dlatego, że jest osiem kanałów. Są to kanały irygacyjne, które doprowadzają wodę w różne części Walencji. Jest to taka tradycja sięgająca XIII wieku i pewnie w naszych czasach jest to bardziej show, niż jakieś faktyczne ustalenia, ale ręki za to nie dam sobie uciąć. Obrady są prowadzone w języku walenckim i jest to na pewno ciekawe doświadczenie. Jeśli chcecie zobaczyć to radzę zjawić się tam dużo wcześniej, żeby zająć najlepsze miejsce, bo później ciężko się przecisnąć.

Port sa Platja

Po sądzie wodnym udaliśmy się na kawę i małą przekąskę do kawiarni Granier niedaleko Placu de la Reina. Zamówiliśmy sobie jakieś paszteciki, na które czailiśmy się już od samego przyjazdu, gdy po raz pierwszy mijaliśmy tę kawiarnię. Jest to sieciówka, więc nie był to posiłek najwyższych lotów, ale na małą przekąskę możemy z czystym sumieniem polecić.

Następnym punktem naszej wycieczki było miasteczko Port sa Platja. Jest to mała hiszpańska Wenecja, do której trudno się dostać, a i przemieszczać po niej (zwłaszcza dla mieszkańców) nie jest też najłatwiej. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy doszliśmy plażą do środka (Port sa Platja to mega mała miejscowość), okazało się, że na środku jest zatokczka, a z niej zrobione kanały, które są porozwalane przez całą miejscowość, a żeby przejść przez na drugi brzeg, trzeba było przejść je wszystkie dookoła. Współczuję mieszkańcom, którzy idąc na przystanek autobusowy, muszą krążyć przez 35 minut wokół kanałów.

Więcej się na ten temat nie rozpisuję, bo Dawid już pisał o tym miejscu osobny post, który znajdziecie tutaj:

Nasza Walencja [cz.3] - Port sa Platja
Plaża w Port sa Platja
W drodze powrotnej

Czarne chmury nad Walencją

Z Port sa Platja wracaliśmy pieszo, i będąc już na wysokości La Malva Rosa (nazwa dzielnicy i plaży) zobaczyliśmy kłęby czarnego dymu unoszącego się nad wschodnią częścią miasta. Na początku nie zorientowaliśmy się, że jest to dym. Po prostu nagle się jakoś ściemniło i zrobiła się mgła. Dopiero później poczuliśmy smród spalenizny, który z czasem stał się nie do zniesienia. Ciężko było oddychać i dym drapał w gardło, a nie było gdzie się schować, bo przecież szliśmy wzdłuż plaży, a wiatr wiał w kierunku morza.

Pomyśleliśmy więc, że skoro nie możemy od tego uciec, to podejdziemy. Już słychać było syreny straży pożarnej. Na ulicach były pustki. Tylko jeden gość szedł ulicą z wielkim czarnym psem na smyczy. W domach światła były pogaszone. Zupełnie jakby się wszyscy wyprowadzili. Czułem się jak Harry Potter idący przez Privet Drive po ucieczce od wujostwa we “Więźniu Azkabanu”. Rozglądałem się tylko za Błędnym Rycerzem.

Dobra. Żarty żartami, a sytuacja serio nie była zabawna. Ogień był wysoki na kilkanaście metrów, a pożar wybuchł w magazynie tuż przy osiedlu domków jednorodzinnych. Pomyślałem sobie wtedy, że nie chciałbym być właścicielem jednego z nich, bo już pewnie zacząłbym pakować wszystkie wartościowe rzeczy i wynosić je do samochodu.

Na szczęście nikomu nic się nie stało, tylko właściciel magazynu na tym stracił bardzo dużo. Mam tylko nadzieję, że był dobrze ubezpieczony.

Będąc już pod naszym hotelem, nadal czuć było smród spalenizny. Próbowałem wyszukać coś w internecie na ten temat, ale dopiero na drugi dzień udało mi się coś znaleźć.

I tak oto zakończył się kolejny nasz dzień w cieplutkiej Walencji.

M.

2 Komentarze
  1. Ciężko się czyta te wypociny a ilość błędów w artykule jest powalająca, skoro podejmujecie się Państwo tworzenia przewodnika po jakimś mieście warto sprawdzić prawdziwość umieszczonych w nim informacji. Dworzec Joaquin Sorolla nie jest głównym dworcem Walencji a jedynie tymczasowym, główny dworzec to wspomniana w artykule Xativa, po drugie wspomniane w tekście “jakieś paszteciki” widoczne na zdjęciu to tradycyjne hiszpańskie empanadas, po drugie w Trybunale Wodnym nie “gadają sobie o wodzie”, jest to organ posiadający realne kompetencje do rozwiązywana konfliktów między mieszkańcami dotyczących kanałów irygacyjnych rzeki Turii i istniał już w VIII wieku.
    Pozdrawiam

    1. Dzięki za konstruktywną krytykę i podane informacje. Staramy się rzetelnie umieszczać różne rzeczy na blogu, ale jak widać nie zawsze nam to wychodzi. Poza tym blog ma nieco bardziej luźną formę (nie ma spełniać roli przewodnika) i nie staramy się być kopią wikipedii. Oczywiście umieszczanie błędnych informacji jest niedopuszczalne i bardzo przepraszamy za wprowadzanie w błąd. Niestety pisząc bloga nie da się uniknąć takich sytuacji, ale staramy się minimalizować ich ilość. Często korzystamy też z różnych internetowych źródeł, które również zawierają błędne informacje. Mimo wszystko dziękujemy, że dotrwałaś do końca naszych wypocin. Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *