Moja przygoda z Lizboną zaczęła się od … serialu. Dziś pewnie stwierdziłbym że to zwykła brazylijska telenowela, ale mając naście lat uwielbiałem ?Por Amor? (Polski tytuł: ?Po prostu miłość?) emitowane około roku 1998. Serial oprócz jak zwykle skomplikowanej akcji pokazywał spektakularne widoku Rio de Janeiro i pobliskiego Niteroi, w którym stoi słynny na cały świat biały budynek Oscara Niemayera, jednego z moich ulubionych architektów. W serialu grała plejada czołowych brazylijskich aktorów z Susaną Vieira na czele, która zresztą jest moją idolką do dziś (chociaż powinienem się do niej zrazić po niewyjaśnionej śmierci jej męża, która pozostawia wiele wątpliwości). To, co wtedy szczególnie przykuwało moją uwagę to język. Portugalski jest moim ulubionym językiem. Polecam Wam posłuchać przy okazji portugalskiej muzyki, na przykład Marizy lub Fado, chociaż to ostatnie pociąga mnie tylko słyszane na żywo w jednej z wielu małych knajp Alfamy w Lizbonie. Tak więc oglądając kilkanaście lat temu serial, zapragnąłem usłyszeć ten język na żywo. Podróż do Brazylii była trudna do zrealizowania (mamy ją w planach w ciągu najbliższych dwóch ? trzech lat). O wiele łatwiej było usłyszeć ten język gdzieś bliżej, czyli na przykład w Portugalii. Portugalski różni się jednak od brazylijskiego. Jest nieco mniej głośny i bardziej spokojny. To tak jakby porównać angielski i amerykański. Tak samo jak portugalski, tak i sami Portugalczycy są bardziej stonowani, zamknięci w sobie i raczej nie przepadają za Brazylijczykami, uważając, że są za głośni, zbyt pewni siebie, wszędzie ich pełno i są materialistami.

Lecąc po raz pierwszy do Lizbony, wreszcie moje marzenie się spełniło i mogłem godzinami słuchać na ulicy, w autobusie lub tramwaju rozmów Lizbończyków. Cudownie! Tak zaczęła się moja przygoda z tym miastem, zakończona jak na razie kilkunastoma wyjazdami, w tym ostatnim z Michałem w listopadzie 2016 roku.

Chciałbym Wam pokazać Lizbonę moimi oczami, nie tylko tą wakacyjną, ale tą zwykłą, codzienną. Bo Lizbona to nie tylko Alfama, Baixa czy Chiado. Lizbona to także olbrzymie przedmieścia, w których mieszka prawie trzy miliony ludzi, w których można znaleźć stare wiatraki w Ajuda, pałac królewski nazywany małym Wersalem w Queluz, czy centrum handlowe, wyglądające jak w Kinszasie, gdzie ze świecą szukać białego człowieka.

Mój obraz Lizbony jest pewnie nieco skrzywiony i zupełnie nieobiektywny, bo taktuje to miasto jak mój drugi dom. Mam jakieś irracjonalne przeświadczenie, że w poprzednim życiu byłem ? Lizbończykiem. Tylko to może tłumaczyć moją szczególną więź z tym miastem, która wciąż trwa, mimo podróży do piękniejszych i pewnie też ciekawszych miast jak Rzym, Hongkong czy Barcelona. Nic jednak nie zastąpi mi widoku pustych ulic i placów o poranku, zwłaszcza, że Lizbona budzi się do życia później niż większość europejskich stolic. Na szczęście zasypia też o wiele później, przez co lizbońskie noce są naprawdę dłuuugie. Nic też nie zastąpi mi widoku budynków w blasku wschodzącego słońca, który miałem okazje zaobserwować niestety dopiero, gdy byłem tam ostatnim razem z Michałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *