Śniadanie w hotelu

Drugiego dnia zebraliśmy się, by jak najwcześniej zjeść śniadanie i ruszać w miasto. Na stołówce, która mieściła się w piwnicy hotelu, byliśmy pierwsi. Nie ma nic przyjemniejszego z samego rana jak zapach świeżego pieczywa i kawy oraz radosnego „bonjour” na powitanie.

Jak to zwykle we Francji bywa, śniadanie składa się z  croissanta, dżemu oraz kawy, jednak ku naszemu zdziwieniu, śniadanie było na totalnym wypasie. W bufecie były standardowo croissanty, dżem i kawa, ale poza tym również zwykłe bułki, masło, bułeczki z francuskiego ciasta z czekoladą oraz z serem i rodzynkami (albo budyniem… hmmm), szynka, salami, sok pomarańczowy, grapefruitowy, woda mineralna, ser żółty, „Compote” czyli mus jabłkowy, jogurty naturale i owocowe, miód, krem czekoladowy, jajka oraz dość spory wybór herbat.

Nie wiedzieliśmy na co się zdecydować i w efekcie wyszliśmy z hotelu mega obżarci. 😀

Niespodzianka w Lidlu

Zawsze mamy problem z wyborem restauracji na obiad, gdy jesteśmy w nowym miejscu. Rozglądamy się, czytamy menu, szukamy w necie opinii. Jak już jeść, to najlepiej coś lokalnego i dobrego. W ten sposób czasem poszukiwania trwają nawet ponad godzinę, a wtedy już żołądek się wykręca i jak wiadomo, gdy człowiek jest głody, jest automatycznie zły. Tak więc aby zapobiec złym nastrojom, udaliśmy się do pobliskiego Lidla, by kupić jakąś przekąskę i tu pierwsze zdziwienie. Mimo tego iż w Google godziny otwarcia były od 8:00, to otwarcie było o godzinie 10. Nie wiem w takim razie czy w necie są złe godziny otwarcia, czy może był to jakiś wyjątkowy przypadek, a może dlatego, że była sobota, a w sobotę mają inne godziny otwarcia?

W każdym razie przed wejściem już czekała spora grupa ludzi i gdy tylko otworzyli, rzucili się na bagietki. 🙂 Jak wiadomo, sieć sklepów Lidl nie różni się zbytnio w poszczególnych krajach. Market wyglądał jak każdy inny, większość znanych nam produktów, jednak wybór bagietek i serów ogromny. Oglądając regał z serami, zauważyliśmy, że nie było w nim bardzo dobrze znanej u nas goudy, a był zamiast niej mimolette. Bardziej pomarańczowy niż żółty, i tak, wiem, u nas też można go dostać, jednak ten, mimo niskiej ceny, w smaku i konsystencji był zupełnie inny niż te, co sprzedają w Polsce. Podobnie jest z camembertem. Nie ma co. Francuzi jednak robią genialne sery.

Przy kasie czekała na nas kolejna niespodzianka. Wyobraźcie sobie, że tam sprzedają również… ostrygi! Na tym koniec niespodziewajek z Lidla.

Statua wolności

To pierwszy punkt naszej dzisiejszej wycieczki. Statua znajduje się przy Pont de Grenelle, a idąc w tamtym kierunku z okolic Porte de Versailles, gdzie był nasz hotel, mijaliśmy uliczki z pięknymi kamienicami, a w tle pojawiała się co jakiś czas wieża Eiffla. Gęba automatycznie się cieszy na taki widok.

Aby dojść do Statuy, trzeba wejść na most, a następnie zejść schodami znajdującymi się mniej więcej na jego środku. Pod mostem jest mini siłownia na wolnym powietrzu, za którą stoi pomnik. Jest ciut mniejszy, niż go sobie wyobrażałem, ale mimo to imponuje. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć pierwowzór z Nowego Jorku.

 

Po lewej schody do statuy.

Azjaci w Paryżu kręcą film

Dalej szliśmy „środkiem rzeki” wzdłuż Allee de Cygnes aż do kolejnego mostu Pont de Bir-Hakeim. Ten most jest jednym z moich ulubionych. Niesamowity, dwupoziomowy, na dole jeżdżą samochody i spacerują piesi, a na górze śmigają pociągi. Jest tam też wspaniały widok na wieżę.

Akurat gdy tam byliśmy, most był zamknięty, bo kręcili tam jakiś azjatycki film. Niestety nie wiem jaki. Na początku myśleliśmy, że most jest otwarty, a przez ekipę i sprzęt zrobił się korek i wkurzeni mieszkańcy trąbią pod nosem i klną. To  byli statyści. 😀 Staliśmy tam ponad pół godziny i obserwowaliśmy jak przebiegają prace na planie filmowym i dzięki temu wiemy, że aby nakręcić jedną, dobrą scenę, potrzeba bardzo dużo czasu, oraz dość sporej ekipy. Narobiliśmy fotek i poszliśmy na stację Passy (bez skojarzeń proszę! 😛 ).

Stamtąd pojechaliśmy do nowoczesnej, biznesowej części Paryża. Połączenie jest proste. Wystarczy wsiąść w metro linii 6 (zieloną), w kierunku Nation, a na przystanku Charles de Gaulle – Etoile przesiąść się w linię 1 (żółtą) w kierunku La Defense i jechać do końca. Fajne jest to, że pociąg linii 1 jest bezzałogowy. Śmiga sobie sam, a ty tylko czekasz aż się wykolei przy tej prędkości, albo nie wyhamuje. 😀

La Defense

Dzielnica La Defense (czyt. La Defąs), jest dzielnicą handlową i jest również głównym centrum biznesu we Francji. W tym lesie wieżowców i drapaczy chmur, znajdują się siedziby największych francuskich koncernów. To tam znajduje się słynny Wielki Łuk, z którego widać Łuk Triumfalny.

Tuż po wyjściu z metra, zachciało nam się kawy, więc poszliśmy po nią do Maka, a jak kawa to i coś słodkiego by się przydało. Padło oczywiście na „macarons”. Usiedliśmy na schodach pod łukiem i przez chwilę rozkoszowaliśmy się pięknym widokiem. Przez chwilę, bo w trakcie dostałem maila z niemieckich linii kolejowych w sprawie mojego biletu z Gniezna do Mannheim, który miał przyjść pocztą w dwa dni (zamówiłem 5 dni przed wyjazdem do Paryża) i nie przyszedł.

Bilet zamówiłem online i generalnie nigdy nie ma z tym problemu. Zazwyczaj przychodzi do 2 dni. Tym razem było inaczej. Nie wiadomo co się stało. Zawiesił się w próżni. Musiałem dzwonić na infolinię Deutsche Bahn, a jak to bywa na infoliniach, każdy mnie tylko przełączał i nikt nie wiedział jak mi pomóc. Nie było mowy o przesłaniu biletu drogą elektroniczną, nie było mowy o wysłaniu kopii na podany przeze mnie adres w Polsce, ponieważ nie mogą robić kopii. U nich bilet wyszedł i reszta ich mało interesuje. Jedyne co mogę zrobić to kupić nowy bilet, a stary zareklamować, gdy będę w Niemczech. Raczej nie możliwe dla osób, które w Niemczech nie mieszkają, bo kto by specjalnie po to jechał? Tak więc gdy wszystko idzie zgodnie z planem i bilet otrzymamy na czas, to wszystko jest git, ale gdy tylko coś się wydarzy, to wypinają na nas 4 litery, bo mają takie a nie inne przepisy i koniec.

Tak więc humor podupadł na trochę. Chodziłem zły jak osa za Dawidem, jednak po około 30 minutach zapomniałem o sprawie i na nowo mogłem przeżywać piękno biznesowej dzielnicy.

Plac Concorde i Ogrody Luwru

Kolejny punkt to plac Zgody i mimo złej historii, jest to mój ulubiony plac w Paryżu, ze względu na przestrzeń, widok na wieżę, światła nocą, obelisk na środku, gwar ulicy oraz przepiękne latarnie i fontanny.

W czasie rewolucji francuskiej na placu stała gilotyna, a życie straciło tam ponad 1300 osób. Dziwne to uczucie, gdy stoi się na ziemi z tą świadomością, że kiedyś w tym miejscu spływała krew. Nie mniej jednak, teraz jest to piękne miejsce. Szacun dla kierowców, którzy jeżdżą dookoła placu po tych szerokich ulicach bez linii. Jak tam się odnajdują?!

Między placem Zgody, a Luwrem, znajduje się Jardin des Tuileries. Przepiękny ogród z licznymi fontannami, restauracją na środku, kolorowymi kwiatami, leżakami i krzesełkami, oranżerią i posągami. Na terenie parku było w tym czasie również wesołe miasteczko z dużym diabelskim młynem i bardziej diabelskim młotem. Już na sam widok przewracały mi się wnętrzności.

Orgody

Place de la Concorde

Kaczuszka na obiad

Około godziny 16 wróciliśmy do hotelu, by chwilę odpocząć. Po krótkiej drzemce, gdy już otworzyli jadłodajnie (wiele restauracji robi przerwy w godzinach południowych i otwierają około 17 lub nawet 18), wybraliśmy się do pobliskiej restauracji na obiad. Lokal znajdował się na rogu ulicy, między pięknymi kamienicami. Usiedliśmy przy stoliku koło otwartego okna. Zauważyliśmy, że w paryskich restauracjach karta nie jest tak bogata jak ją znamy z polskich restauracji. Dań głównych jest około pięciu, w związku z czym, wyboru dokonuje się bardzo szybko.

Ja zamówiłem filet z kaczki, a Dawid stek z angusa. Do tego oczywiście wino, dla mnie białe, dla Dawida czerwone, a w gratisie, jak w wielu paryskich knajpkach, woda w karafce.

Nie czekaliśmy długo, jednak ja nie byłem zbytnio zadowolony ze swojego obiadu. Czytaliśmy przed wyjazdem o tym, że stopień wysmażenia należy zawsze podawać we Francji o jeden niżej, gdyż ponoć u nich krwisty to średnio wysmażony itd. Poprzedniego dnia się to nie potwierdziło. Zamówiliśmy średnio wysmażone i takie dostaliśmy. Tym razem również tak zamówiliśmy i niestety tu, jedno i drugie danie było krwiste. O ile stek krwisty jeszcze ujdzie, to pierś z kaczki, która była praktycznie surowa, przez moje kubki smakowe nie przeszła. Dawidowi smakowała więc się zamieniliśmy.

Tak więc uważam, że osoby piszące bloga, z którego korzystaliśmy, zwyczajnie trafili na kucharzy, którzy lubili przytrzymać mięsko dłużej na grillu i stwierdzili, że tak jest w całej Francji. Z naszych doświadczeń wynika, że jak wszędzie kucharze są różni i raz im danie wyjdzie, a raz nie. Oczywiście mogłem poprosić, by wrzucili cycka jeszcze na ruszt, ale skoro Dawidowi taki smakował to po co stresować kelnerkę i kucharza? 😀

Szybki spacer śladami Amelie z nieprzyjemną akcją.

Kiedyś oglądałem film Amelie. Pewnie wielu z was go widziało. Gdy szukałem miejsc z filmu, trafiłem na blog, w którym po kolei wymienione były najważniejsze punkty. Nie było już zbyt wiele czasu bo dotarliśmy na miejsce około godziny 21, więc odwiedziliśmy miejsca przy Montmartre, a dworzec i kanał zostawiliśmy na inny dzień.

Nie chcę tu teraz powielać tematu, który i tak jest już w internetach, także wrzucę tylko nasze zdjęcia, a po plan wycieczki zapraszam na bloga Karoliny, Ethno Pasion.

Jest tylko jedna rzecz, niezbyt miła, która spotkała mnie na Montmartre, tuż przed wyciągiem jadącym do bazyliki Sacre Coeur. Na tamtejszych uliczkach, podobnie jak w wielu turystycznych zakątkach miasta, chodzą czarnoskórzy mężczyźni i dość nachalnie próbują wcisnąć turystom jakieś pamiątki. Czytałem też o tym, że zakładają coś na rękę i każą potem płacić. Sam padłem ofiarą takiego gangu zmuszaczy.

Gdy szliśmy w kierunku wyciągu, jeden czarnoskóry facet podszedł do mnie, złapał mnie za palec u ręki i zaczął coś gadać o szczęściu. Wyrwałem mu się, a Dawid przyspieszył by go wyminąć i nawet nie zauważył, że w ciągu ułamka sekundy pan się rozmnożył i nagle pięciu chłopa zagrodziło mi drogę, dwóch mnie trzymało, a ten pierwszy w tym czasie zawiązał mi sznurek na ręce i powiedział, że to na szczęście, ale chce za to jakieś drobniaki. My prawie wszędzie płaciliśmy kartą więc nie miałem nic. Tłumaczyłem mu, ale nie dawał za wygraną. Poszedłem więc z nim do Dawida by zapytać czy on ma jakieś miedziaki, również nie miał. Facet po chwili dał za wygraną. Sytuacja była bardzo niemiła i nie życzę tego nikomu.

Po wjechaniu na górę (wyciągiem jedzie się na zwykłym bilecie miejskiej komunikacji), zaraz po wyjściu na ulicę, minęła nas mała zapłakana dziewczynka (na oko 6, może 7 lat), Polka, szła pośpiesznym krokiem w kierunku rodziców i przez łzy mówiła, że ktoś ją złapał i nie chciał puścić.

O ile dorosły człowiek z takim typem sobie poradzi, to łapanie dzieciaków przez wielgachnych murzynów, to grube przegięcie. Swoją drogą zastanawiam się, jak rodzice tej dziewczynki jej nie upilnowali, że musiała sama wyrywać się z łap obcego faceta. W takim tłumie ludzi, osobiście nie puściłbym ręki mojego dziecka nawet na sekundę.

Mimo tego nieprzyjemnego incydentu, nadal uważam Paryż za całkiem bezpieczne miasto!

M.

Bazylika

 

Moulin Rouge
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *