Hotel w krainie czarów

 Wrocław był zdecydowanie dobrym wyborem, żeby spędzić tam 4 dni. I znów trochę przez przypadek, bo miała być Praga. Niestety dostanie się z Polski do Pragi samolotem tanich linii nie jest zbyt łatwe. Samoloty wylatują głównie z południa kraju. Inną opcją jest Polski Bus, ale podróż z Poznania zajmuje aż osiem godzin, co przy moim, zawsze za krótkim, urlopie oznacza prawie dwa dni zmarnowane na dojazd. Tymczasem pociąg Inter City z Gniezna do Wrocławia jedzie bezpośrednio i zajmuje mu to 2 godziny 40 minut. No i w końcu stało się. Po wielu latach miernoty, PKP wreszcie daje radę. Pociąg był punktualny i w dodatku całkiem nowy, z wystrojem trochę przypominającym wnętrze samolotu. Nasz hotel (Ibis Styles) znajdował się dosłownie kilkadziesiąt metrów od wyjścia z dworca głównego. Sam budynek jest całkiem udany architektonicznie, zarówno na zewnątrz jak i w środku i ma formę skręconej kostki rubika. Jest częścią większego kompleksu, który co ostatnio jest coraz bardziej popularne w Polsce, ma angielską nazwę, żeby było bardziej światowo i wielkomiejsko. I tak w tym wypadku to Silver Tower Center. W “tower” są biura , a w pozostałym “center” trzygwiazdkowy hotel, który według mnie ma nieco wyższy standard. Inspirowany jest ponoć Alicją w krainie czarów, ale jakoś za bardzo nie zauważyłem tego motywu. Mimo to wystrój zachwycił nas totalnie (zapomniałem dodać, że przyjechałem do Wrocławia z mamą). Bardzo ascetyczny i nowoczesny, ale jednocześnie nie był zimny, ani onieśmielający. W recepcji dostaje się magnetyczną kartę, która otwiera drzwi do pokoju i uruchamia windę, ale jak to bywa w krainie czarów winda działała bez karty.

Silver Tower Center
Widok z hotelowego okna

Kiedy weszliśmy do pokoju oniemieliśmy z zachwytu. Po pierwsze był prawie tak duży, jak całe moje mieszkanie. Po drugie całą jedną ścianę zajmowały okna od sufitu do podłogi, a po trzecie ten widok. Dworzec w całej okazałości i Sky Tower, czyli najwyższy budynek Polski (w kategorii do dachu i ostatniego piętra). To, że było go widać, akurat nie jest niczym niezwykłym we Wrocławiu, bo jest on widoczny praktycznie z każdego punktu miasta, ale widok wieżowca w połączeniu z dworcem i kolorową fontanną był spektakularny, zwłaszcza wieczorem.

Za mną była jeszcze część wypoczynkowa z fotelem, szafką i stolikiem

Trochę Japonii obok Hali

Ponieważ był późny październik, pogoda mogła się zmienić praktycznie w każdym momencie, dlatego dopóki nie padało, postanowiliśmy pierwszego dnia wycisnąć z Wrocławia tyle ile się da. Po rzuceniu w kąt walizek rzuciliśmy się do tramwaju i pojechaliśmy do Hali Stulecia, lub jak kto woli Hali Ludowej. Pierwsza nazwa jest ta bardziej oficjalną i tą właśnie słyszy się w tramwaju, również po angielsku jako Century Hall. Druga powstała w PRL’u i wciąż jest bardziej popularna, zwłaszcza wśród starszych mieszkańców. Po drodze do Hali tramwaj przejeżdżał przez niedawno odnowiony Plac Grunwaldzki, główny węzeł przesiadkowy Wrocławia, w pobliżu którego znajdują się słynne sedesowce. Kompleks sześciu szesnasto-piętrowych wieżowców został wpisany do rejestru zabytków i pojawił się nawet na okładce książki o architekturze XX XXI wieku, wydanej w Berlinie. Mieszkańcy nazwali tak te budynki ze względu na charakterystyczny kształt okien, których narożniki są zaokrąglone. Ostatnio wieżowce przeszły gruntowny remont i robią naprawdę duże wrażenie.

Plac Grunwaldzki z Sedesowcami w tle

Ale wracam do hali. Pisać o niej dla lokalsów to pewnie jak pisać o Pałacu Kultury warszawiakom, ale może nie każdy jeszcze wie, że Hala swego czasu posiadała największą na świecie kopułę i jak większość znaczących budowli we Wrocławiu została wybudowana przez Niemców na cześć setnej rocznicy oporu przeciw Napoleonowi. Całkiem niedawno budynek został odnowiony. Przywrócono mu przedwojenną barwę i wymieniono wszystkie okna. Z oknami był mały kłopot , bo ich ramy pierwotnie wykonano z drewna mahoniowego żelazowego, które specjalnie sprowadzono z Australii. Dzisiaj takie drzewo już nie występuje, więc trzeba było dobrać inny rodzaj drewna. Podobnie było ze szkłem , które odtworzono na podstawie próbki z nieistniejącej już huty szkła koło Drezna.

Hala Stulecia i Iglica

Tuż obok hali znajduje się pergola i jedna z największych atrakcji Wrocławia, czyli największa w Polsce fontanna multimedialna. Mieliśmy pecha, bo fontanna normalnie jest czynna do końca października, ale wyjątkowo w tym roku zamknięto ją miesiąc wcześniej, ze względu na konserwację. Myślałem, że skoro jest nieczynna to nic nie będzie się działo, ale woda jednak tryskała, tyle, że bez światła i dźwięku. Rzut beretem od hali, pergoli i fontanny znajduje się Ogród Japoński (wstęp 2 złote). Obczaiłem go już na mapie, więc nie byłem rozczarowany jego wielkością, a wręcz przeciwnie, w kolorowych barwach jesieni wyglądał cudownie. Udało mi się nawet namówić mamę do zejścia z głównej alejki i przejścia po kilkunastu śliskich kamieniach, wystających nad taflę stawu. Wyszło chwilowo słońce i zrobiło się cieplej, jak gdyby ogród chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Na chwile przypomniał mi się Hongkong, ale nie miałem czasu dłużej nad tym podumać, bo trzeba było złapać tramwaj do Sky Tower, żeby wjechać na taras, jeszcze przed zachodem słońca i zahaczyć po drodze o kawę.

Pergola
Fontanna multimedialna
Staw w ogrodzie japońskim

49 pięter obok Titanica

Sky Tower- dzieło życia pana Czarneckiego, męża równie lubianej, co nielubianej Joli z Dzień Dobry Tvn, to dość kontrowersyjny budynek. Jest to drugi projekt i przyznam szczerze pierwszy podoba mi się znacznie bardziej. Sama wieża jest ok, ale przyziemie jest za wysokie i zupełnie nie pasuje do reszty. Powoduje to, że całość przypomina wielkiego siusiaka. 😉 Najniższe piętra budynku zajmuje nieco opustoszała galeria handlowa. A propos galerii handlowych: Wrocław jest na pierwszym miejscu w Polsce pod względem ilości galerii handlowych, pewnie dlatego w niektórych jest tak pustawo. Zanim wjechaliśmy na górę zjedliśmy ciacho i wypiliśmy wielgachną kawę, a potem udaliśmy się na poszukiwania kasy biletowej , co wcale nie jest takie łatwe, bo kasa znajduje się na pierwszym piętrze, a żeby wejść do windy trzeba z powrotem zjechać na parter, wyjść z budynku i poszukać wejścia. Widocznie projektant nie przewidział płatnego wejścia na taras widokowy, który znajduje się aż na 49 piętrze. Mieliśmy duże szczęście, bo w windzie, która startuje w górę co pół godziny było tylko kilka osób, a jak wychodziliśmy na dole czekała już cała szkolna wycieczka. Sam taras jest fajny. Z dużych okien do samej podłogi można zobaczyć wszystkie najważniejsze punkty miasta, a przy dobrej pogodzie nawet Karkonosze. No i to obowiązkowe zatykanie uszu w windzie. 😉 Naprzeciwko Sky Tower znajdują się jedne z najładniejszych według mnie bloków w Polsce. To tzw. galeriowce, nazywane przez miejscowych również nazwą ”Titanic”, lub ”Transatlantyk”. Są to ogromne białe bloki, które rzeczywiście przypominają statki.

Sky Tower
Taras widokowy
Transatlantyk

Ciepłe pączki obok Misia

Po Sky Tower pojechaliśmy tramem na obiad do kultowego baru mlecznego ”Miś”, niedaleko Starego Rynku. Było już dość późno, do zamknięcia została tylko godzina, dlatego wybór dań był już znikomy, ale udało się jeszcze upolować dewolaja i pulpety. 😉 Staliśmy najpierw oczywiście na zewnątrz lokalu w kolejce, bo wejść bez kolejki do Misia, to jak wygrać w Totka. Jedzenie kosmicznie dobre, dlatego obiecaliśmy sobie zaraz, że przyjdziemy następnego dnia dużo wcześniej, żeby zdobyć gulasz i schaboszczaka. Wychodząc z Misia, trafia sie od razu do Starej Pączkarni. To istniejąca już grubo ponad 20 lat sieć, rozsianych po całym Wrocławiu cukierni, gdzie można dostać ciepłe pączki, ale nie takie zwykłe, takie na wypasie, z różnymi toppingami. Mniam! Ale przekonałem się o tym dopiero dwa dni później.

Kolejka przed Misiem
Pączki na wypasie

Po obiedzie oszukałem mamę i powiedziałem, że do hotelu wrócimy na pieszo, bo jest bardzo blisko. Blisko wcale nie było, a w dodatku poszliśmy w zupełnie inna stronę, mijając po drodze Ossolineum, aż do katedry na Ostrowie Tumskim, która wieczorem jest przepięknie oświetlona ciepłym, żółtym światłem. Wykończeni po takim maratonie wróciliśmy tramwajem do hotelu. Kupiliśmy jeszcze po drodze mołdawskie wino i coś podobnego do oscypka w Biedronce, która znajdowała się w piwnicy pod hotelem, a potem ,popijając, podziwialiśmy widok z naszych wielkich okien, stwierdzając wyższość Wrocławia nad Poznaniem.

Łoscypek, mołdawski Muscat i widoki

D.

A w następnej części: Trzonolinowiec, Bulwary i Dzielnica Czterech Wyznań

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *