Hotel na środku pola

Do Budapesztu chciałem jechać już od dawna. Pamiętam, że kiedyś widziałem jakiś film w telewizji, po którym stwierdziłem, że muszę to wszystko zobaczyć na żywo. No i w końcu się wybrałem. Tym razem z mamą. Wylatywaliśmy z Berlina ponieważ lotnisko znajdowało się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy nami. Lot był już po ósmej rano więc stwierdziłem, że hotel musi być blisko lotniska, żeby nie zrywać się w środku nocy, tym bardziej, że dojazd z centrum Berlina na lotnisko w Schoenefeld zajmuje prawie półtorej godziny i wymaga kilku przesiadek. Tradycyjnie już wybrałem hotel B&B (B&B Airport), i jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że hotel, który ma w nazwie “airport”, wcale nie znajduje się blisko lotniska. Google pokazywało, że na pieszo z terminala, zamiast zakładanych przeze mnie około 10 minut, droga zajmuje…godzinę. Hotel stoi DOSŁOWNIE po środku niczego i  nie ma innej możliwości dotarcia do niego  niż taksówką, która jedzie około 15 minut i kosztuje w obie strony 35 euro, przy czym trzeba ją zamawiać dużo wcześniej , bo dojazd z centrum miasta trwa dość długo. Dlatego jeśli nie masz auta, zdecydowanie przestrzegam przed tym hotelem. Sam hotel jest nowy i absolutnie nie można nic mu zarzucić, w każdym razie moja mama była zachwycona. 🙂

Stare Ikarusy i radzieckie metro

Następnego dnia z samego rana, bez śniadania wsiedliśmy w taksówkę na lotnisko i po krótkim, półtora godzinnym locie byliśmy  już w Budapeszcie. Pierwsze co mnie uderzyło po wyjściu z samolotu,  to mikroskopijne, jak na główny port stolicy i dziesięciomilionowych Węgier, lotnisko. Małe i dość przestarzałe. Aby dostać się do terminali 12-19 trzeba wyjść z głównego budynku i przejść pod daszkiem do baraku, w którym odbywa się kontrola biletów. Miejsce przeznaczone do tego celu jest na tyle małe, że znaczna część pasażerów musi czekać na kontrolę w kolejce przed budynkiem.  Ciekawe jak muszą się czuć pasażerowie zimą na mrozie?  Do starego lotniska idealnie pasował równie stary autobus miejski, który spod terminala jechał do końcowej stacji metra (numer 200E). Był to “rzęchowaty”  Ikarus, taki z gumą po środku. Dokładnie takie same, tylko czerwone, jeździły w Warszawie w latach 80tych ubiegłego wieku.

Barak z terminalami 12-19

Podróż autobusem trwa około 20 minut, pod warunkiem, że nie ma korków. W środku trzeba się mocno trzymać, bo dziury na węgierskich drogach są przerażająco wielkie. Po dotarciu na stacje metra Kobanya Kispest (nie mam na klawiaturze węgierskich znaków, nad o powinny być dwie kropki a nad a kreska) czekała nas niemiła niespodzianka. Nigdzie nie ma ruchomych schodów ani wind. Aby dostać się na peron najpierw trzeba pokonać schody w górę (tak, tak w górę, bo metro na tym odcinku jeździ na powierzchni ziemi), a potem jeszcze w dół, co nie jest zbyt wygodne z bagażami. Po dojściu na peron przeżyliśmy szok. Metro okazało się kolejką produkcji radzieckiej, mniej więcej tak samo starą, jak Ikarus na lotnisku.

Ikarus

Zupełnie jakby czas zatrzymał się na latach 80-tych. Na szczęście tego typu kolejki jeżdżą tylko na jednej linii metra -numer 3. Linia ta słynie z ciągłych awarii i małych pożarów. Już kilkakrotnie miała być zamykana, ale termin wciąż jest przesuwany ze względu na brak pieniędzy. Ostatni jest ponoć wyznaczony na koniec tego roku. Po prawie godzinnej lekcji historii węgierskiej motoryzacji, dotarliśmy do naszego hotelu, który również przeniósł nas w czasie o około 40 lat.

Linia metra nr 3

W części drugiej: hotel, który nie zdałby egzaminu “perfekcyjnej pani domu”, najlepszy na świecie eklerek, sklepy z kryształami i gulasz prawie po ciemku.

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *