Afryka

Trzeci dzień we Wrocławiu był równie intensywny jak dwa poprzednie. Wczesna pobudka, szybkie śniadanie i skok do tramwaju w kierunku… Afryki. Pogoda niestety zupełnie się popsuła. Wiało i padało, czyli typowy ,polski listopad. Na szczęście za chwile czekał na nas kawałek tropikalnej dżungli. Przyznam się, że bilety do Afrykarium nie należą do tanich. Za wejście trzeba zapłacić 45 złotych, przy czym bilet uprawnia też do odwiedzenia zoo (nie da się kupić biletu tylko do zoo, lub tylko do Afrykarium). Po zoo nie dało się chodzić ze względu na pogodę, wiec od razu skierowaliśmy się do olbrzymiej hali, która na szczęście  znajduje się niedaleko głównego wejścia, więc za bardzo nie zmokliśmy. Hala została otwarta całkiem niedawno, bo w 2014 roku i jest jedynym tego typu obiektem w Polsce.

Pierwsza część ekspozycji to szereg mniejszych akwariów z różnymi morskimi stworzonkami, z których najbardziej podobały mi się meduzy. Dalej jest większe akwarium, w którym po raz pierwszy widziałem hipopotamy. I to w całej okazałości tzn. zarówno pod wodą ( o dziwo jak na swoją tuszę pływają wyjątkowo lekko i zgrabnie 🙂 ) jak i na lądzie. Mieliśmy szczęście trafić na ich porę karmienia. Oprócz większych osobników były też mniejsze, mega pocieszne, które wzbudzały chyba największe zainteresowanie. Miałem ochotę zejść tam na dół i się do nich przytulić. Gdybym miał wybrać największą atrakcję Afrykarium, to wybrałbym właśnie hipcie. Od hipopotamów przechodzi się do przeszklonego tunelu, który przechodzi przez największe akwarium. Pływają w nim m.in. rekiny oraz płaszczki i robi to niesamowite wrażenie, kiedy takie potwory przepływają tuż nad głową, albo zaglądają prosto w oczy. Dalej jest jeszcze basen z pingwinami, który ogląda się zza szyb, ale znajduje się częściowo na zewnątrz budynku. Na deser możemy podziwiać kawałek dżungli Konga, gdzie pływają groźnie wyglądające krokodyle. Oprócz tego jest jeszcze masa innych gatunków, wśród których niektóre wyglądają jak stwory z kosmosu i nie miałem pojęcia, że w ogóle na ziemi istnieje coś takiego. Ogólnie warto zainwestować te 45 złotych, żeby w środku szarej jesieni przenieść się, chociaż na chwilę, do Afryki.

Afrykarium
Meduzaaaa
Mamma w szklanym tunelu
Pora obiadowa hipciów
Dżungla Kongo

 

Hala

Nie nie. Tym razem nie Hala Stulecia, ale Hala Targowa. Wspaniały budynek. Umówiłem się tam z Kasią i Kubą, nadrabiając wieloletnie, rodzinne zaległości. Hala wybudowana w 1908 roku jako Markthalle Nr 1 miała numer, ponieważ podobna hala (numer 2) istniała jeszcze przy ulicy Kolejowej, ale niestety została poważnie uszkodzona podczas wojny  i wyburzona w latach pięćdziesiątych. Charakterystyczny budynek z czerwonej cegły, z wieżą zegarową wydawać by się mogło będzie miał zabytkowe wnętrze, a tu niespodzianka. Wystarczy spojrzeć w górę i naszym oczom ukazuje się wspaniałe, betonowe sklepienie, które musiało być ultra nowoczesne, jak na czasy budowy. Kasia z Kubą zaprowadzili mnie do ich ulubionej, małej kawiarenki we wnętrzu hali. Fajne miejsce, jak na halę targową, zadziwiająco ciche i przytulne i z ogromnym wyborem kaw i herbat. Zdecydowanie polecam. A jeśli już jesteśmy przy temacie kawy, to koniecznie chciałem się jej napić z innego stoiska w hali. Przeczytałem wcześniej, że to najlepsza kawa we Wrocławiu. I wiecie co? To nie tylko najlepsza kawa we Wrocławiu, ale też jedna z najlepszych, jakie piłem w życiu. A przynajmniej Cappuccino. Wierze jednak, że pozostałe kawy (w tym  najnowsze wynalazki typu aeroekspres) są równie dobre tym bardziej, że Filip Kucharczyk z Cafe Targowa (bo tak nazywa się ten przybytek) w 2016 roku został mistrzem świata w parzeniu czarnej.

W ogóle hala to dość specyficzne miejsce. Takie małe miasteczko w mieście, gdzie wszyscy się znają. Czekając na Kasię i Kubę odwiedziłem toaletę. Poznałem tam panią, która opowiedziała mi chyba połowę swojego życia. Że prowadzenie toalety to nie ten interes co kiedyś. Że dwa złote za wstęp to ledwo starcza na środki czystości. Że zimą to już zupełnie martwy sezon, bo nie przyjeżdżają wycieczki na zwiedzanie hali. I tym podobne. Na koniec przeprosiła i stwierdziła, że musiała się komuś wyżalić, a najlepiej robi się to obcej osobie. 🙂

Hala Targowa
W listopadzie w hali jest ogromny wybór grzybów

Mimo że po dwóch kawach i cieście byliśmy totalnie dobici poszliśmy na… herbatę. Czajownia, niedaleko Rynku, oferuje herbaty chyba z każdego zakątka Ziemi. Zamówiłem herbatę w formie wielkiego kwiatu, który stopniowo, pod wpływem ciepłej wody, rozwijał płatki, tak, że na końcu zajmował szczelnie całe naczynie. Niestety zagadaliśmy się i zapomniałem zrobić zdjęcie. Do tego jeszcze owocowa fajka wodna i byliśmy na chwile w raju. Zapytałem Kasię i Kubę jakie jest ich ulubione miejsce we Wrocławiu i zaprowadzili mnie na skwer przy Ossolineum. Przy tej samej ulicy (Szewskiej) jest galeria plakatu na świeżym powietrzu. Niektóre z plakatów były całkiem zabawne. Po drodze spałaszowaliśmy jeszcze po słynnym pączku z okienka i pożegnaliśmy się pod moim hotelem.

Skwer przy Ossolineum
Galeria plakatu na Szewskiej
Mój pyszny wrocławski pączek

Requiem

To jeszcze nie koniec tego intensywnego dnia. Wieczorem czekała mnie i mamę jeszcze jedna atrakcja- wizyta w operze. Wspaniały budynek (bardziej dostojny i elegancki niż opera poznańska) stanowił idealną oprawę do Requiem Mozarta. W środku jest równie piękny, a może nawet piękniejszy. Przepych aż bije po oczach, nie tylko dzięki prawdziwemu złotu (łączna powierzchnia pokryta złotem to 10 tysięcy metrów kwadratowych), ale też kryształowym lustrom (powierzchnia 200 metrów kwadratowych). Ubraliśmy się elegancko i ruszyliśmy w stronę wejścia w głównym holu, mijając panów w garniturach i panie w wieczorowych sukniach. Bilety kupiłem dużo wcześniej w internecie, ale okazało się, że i tak trzeba w kasie odebrać “prawdziwe bilety” na eleganckim papierze i w białej kopercie. Miły szczegół. Requiem było dość niezwykłe i unikatowe w Polsce , ponieważ było to połączenie gry orkiestry, chóru i baletu. Przeżycie niesamowite i godzina totalnego oderwania od rzeczywistości minęła jak pięć minut.

Opera

Neonowe podwórko

Ponieważ po spektaklu było jeszcze dość wcześnie, ruszyliśmy w stronę Dzielnicy Czterech Wyznań i dotarliśmy na neonowe podwórko. Jest to szczególne miejsce we Wrocławiu, które ma nawet swoją stronę internetową. Na ścianach kamienic zamontowane są stare neony, z różnych miejsc np. sklepu meblowego, lub kina. Podziwiając ferie barw można tylko ubolewać nad tym, że dzisiaj neony są wykorzystywane w reklamie coraz rzadziej.

Neonowe podwórko
Artystyczne okolice neonowego podwórka
Sklep z kryształami w okolicach neonowego podwórka

To już ostatnia część sagi o Wrocławiu. Miasta pełnego tajemnic do odkrycia, wspaniałych, zacisznych skwerów, masy typowo turystycznych atrakcji, ale też tych bardziej oryginalnych miejsc, których nie da się znaleźć w żadnym innym mieście. Miasta pełnego historii na każdym kroku, niemieckiego dziedzictwa, które nie boi się odważnych, bezkompromisowych projektów architektonicznych. Parę dni to zdecydowanie za mało, by odkryć to miasto, ale szczerze zachęcam do jego odwiedzenia i zejścia z utartych szlaków. Mi udało się to tylko częściowo, ale na  pewno nadrobię jeszcze zaległości.

Odważne połączenie starego z nowym czyli Galeria Awangarda. Wejście jest pozostałością Pałacu Hatzfeldów. Nowa część pochodzi z 1962 roku
Opływowe kształty Ovo, mieszczącego biura, apartamenty i hotel Hilton. Jak to się często zdarza na wizualizacjach wyglądał o niebo lepiej, ale i tak daje radę
Wrocław niczego się nie boi. Absolutnie fantastyczny biurowiec Twelve tuż przy Starym Rynku
Kładka Radiowej Trójki- mojego ulubionego radia
Przechodząc ulicą można natknąć się na przykład na lekcje rysunku

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *