Różowy interes w wiosce Tai O.

Tai O, to wioska rybacka, która znajduje się na wyspie Lantau. Na pewno niepowtarzalne w tej wiosce jest to, że prawie wszystkie domy zbudowane są na… wodzie. Gdy tylko wysiedliśmy z autobusu, od razu biegła w naszym kierunku para, która oferowała (dość nachalnie z resztą), wycieczki łódką na morze, by zobaczyć różowe delfiny. Występują one tylko w jednym miejscu na ziemi, i to właśnie tutaj, więc automatycznie się zgodziliśmy i popłynęliśmy wypatrywać różowe ssaki. Generalnie nie było to fajnie zorganizowane, choć sama przejażdżka była przyjemna. Naganiali nas na łodzie jak stado owiec. Szybko, szybko, siadać bo następni czekają. Pan, który sterował łódką, przeganiał mnie z miejsca na miejsce. Chyba byłem za ciężki i nie pasowało mu to, że siedziałem z brzegu, więc posadził mnie ostatecznie na samym końcu łódki, po środku.

Wycieczka motołodzią 🙂

Na początek, przepłynęliśmy szybko między domami na palach, a na morzu byliśmy może z 5 minut. Przez ułamek sekundy udało mi się gdzieś w wodzie dostrzec różowy ogon, i to by było na tyle. Podejrzewam, że większość osób nawet tego nie widziała, i wszyscy byli zaskoczeni, gdy okazało się, że po tych paru minutach wracaliśmy. Przy brzegu znowu nas migiem wyganiali z lodzi i następni. Taki taśmociąg. Byle tylko jak najwięcej osób przewieźć i zarobić kasiorkę. Czytałem w necie, że są organizowane normalne wyprawy, które trwają o wiele dłużej, ale to już było po powrocie z Hongkongu. Później, kiedy już spacerowaliśmy po wiosce, okazało się, że są jeszcze inni, którzy oferują takie wycieczki, i to za mniejsze pieniądze. Może nawet dłużej. Tego niestety nie wiem.

Wioska Tai O
Restauracja w Tai O.

 

Jaka jest wioska?

W wiosce Tai O, jak na wioskę rybacką przystało, ryby są wszędzie. Dosłownie. O dziwo, przeważają suszone. Są na straganach, w domach, na balkonach i na tarasach. Po prostu wszędzie. Już po samym wyjściu z autobusu, czuć było ten specyficzny zapach. Poza suszonymi rybami i owocami morza, mieli też świeże ryby. Tych było zdecydowanie mniej, i nie pamiętam czy w ogóle były jakieś potrawy z tych świeżych ryb. Jeśli już, to tylko fish balls.

Uśmiech proszę!
Morski potwór
Fish balls

Ich domy są raczej niewielkie i widać, że czasy świetności mają już dawno za sobą. O dziwo mają wodę, w większości prąd, i sporo osób posiadało tam telefony. Na pierwszy rzut oka widać, że życie tam płynie im dość spokojnie. Jeden dziadek, siedział sobie na murku z małym radiem na baterie i słuchał muzy na full, śpiewając i tupiąc nóżką do rytmu. Ubrany był dość młodzieżowo i wyglądało to całkiem zabawnie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Inni stali przed chatkami i rozmawiali z  sąsiadami, jeszcze inni odpoczywali w samych slipkach, na swoich tarasach przed domami. Chyba już tak byli przyzwyczajenie do turystów, że nie zwracali na nas w ogóle uwagi.

Babcia rozmawiała z sąsiadką

Dawniej mieszkańcy żyli tam z przemytu tytoniu, narkotyków i broni. Głównym ich zajęciem był jednak połów ryb. Teraz skupiają się raczej na turystach i nie przeszkadza im to, że ci wchodzą im tam prawie na salony. Wiele domów nie ma nawet drzwi i można dosłownie zaglądać do mieszkań. Oni sobie gotują, sprzątają i jedzą kolację, a ty to oglądasz z bliska pozbawiając ich jakiejkolwiek prywatności. Trochę jak małpki w zoo. Ja bym chyba nie potrafił żyć w takim miejscu. Zaglądając tak sobie w te ich salony, wypatrzyliśmy u jednego pana na fotelu, poduszkę z UEFA EURO 2012, Polska-Ukraina. 😉

Poduszka UEFA Euro 2012

 

“Chińska pizza”, tylko w Tai O.

Poza samymi domkami i straganami z suszoną rybą, były tam też sklepy i restauracje z prawdziwego zdarzenia. Niektórzy ludzie wystawiali po prostu swoje garnki przed dom, i przyrządzali jedzenie dla turystów. Jeden pan, namówił nas nawet na spróbowanie u niego tak zwanej chińskiej pizzy, i właśnie on, między innymi, miał po prostu wystawione te gary przed dom. Miał też dwie pomocnice, które uśmiechały się do nas szeroko, i potykacze ze zdjęciem owej pizzy, które zwróciły naszą uwagę, gdy tak sobie spacerowaliśmy wąskimi uliczkami Tai O. Ta, tak zwana “chińska pizza”, to nic innego, jak zwykły, cienki naleśnik z rozsmarowanym na nim jajkiem, szczypiorek, jakieś ich dodatki, oraz oczywiście miejscowa, suszona ryba. Kucharz, który uśmiechał się od ucha do ucha, przyrządzał swoje wykwintne danie na naszych oczach. Widać było, że jest z niego bardzo dumny. 🙂 Dawidowi smakowało, dla mnie ta ryba jest dość średnim dodatkiem do naleśnika. W ogóle suszona ryba, to chyba nie moje klimaty. Za to ciastka z nadzieniem z fasoli, które też gdzieś tam kupiliśmy, były bardzo dobre. Jak wszystko co słodkie. 😀

Pan od “pizzy”
Jedna z najszerszych uliczek 🙂
Mapa wioski

 

Powiedzmy, że najedzeni, zahaczyliśmy o sklep kupić wodę i pojechaliśmy do Mui Wo na powrotny prom do Central. Zanim dopłynęliśmy, zrobiło się już ciemno i zaczął trochę padać deszcz. Nie straszny nam on jednak, bo my przecież zwiedzać przyjechali, i mimo mokrych ubrań, zwiedzać będziemy dalej! A co!

Tak więc po powrocie do Tsim Sha Tsui, wpadliśmy na trochę do pokoju wziąć prysznic, i dalej w miasto szukać jakiegoś ciekawego miejsca, w którym można zjeść pyszną kolację. Jak dobrze pamiętam, padło na jakąś sieciówkę przy Nathan Road serwującą makarony w różnych postaciach, kurczaki i krewetki w cieście. Dawid wybrał mega ostrą zupę z nudlami, a ja postawiłem na krewetki w dziwnej panierce. Po kolacji przyszedł czas na piwko, a jak piwko, to oczywiście na promenadzie z przepięknym widokiem na Central. Podążając w tamtym kierunku, mijaliśmy małą kawiarenkę (bar?), która już wcześniej gdzieś tam się rzuciła nam w oczy. Właściwie nie sama kawiarnia, co piwo miętowe, które stało w witrynie najbardziej zapadło nam w pamięć. Nazywa się Urban Coffe Roaster. Tej nazwy chyba nigdy nie zapomnę. Głównie przez to, że było to chyba nasze najdroższe w życiu piwo. Nie pytając o cenę, po prostu poprosiliśmy o cztery piwka, a jak usłyszeliśmy kwotę $320, byliśmy w szoku! $80 za butelkę 0,3l, co w przybliżeniu daje jakieś 40 złotych! No cóż, głupio nam było zrezygnować, a poza tym… raz się żyję!

Piwko miętowe

Gdy już wypiliśmy to wyśmienite piweńko, stwierdziliśmy, że jeszcze nie jest tak późno i warto wybrać się na krótki spacer. Poszliśmy w kierunku przystani Tsim Sha Tsui. Za promenadą, po prawej stronie zauważyliśmy wioskę smerfów, a za nią galerie, która jeszcze wyglądała na otwartą. Pomyśleliśmy że też sobie wejdziemy. Jak się okazało, poza KFC w środku, wszystkie inne sklepy były już zamknięte. Tak sobie tam chodzimy i oglądamy, i dopiero po chwili zauważyliśmy, że ta galeria przeznaczona była cała dla dzieci, a sklepy nie były byle jakie. Były tam takie marki jak: Dior, Armani, Chanel, Burberry, Stella McCartney, Dolce & Gabbana i wiele innych. Pomyślałem sobie, że gdybym miał złotą kratę kredytową, pewnie zabrał bym stamtąd połowę rzeczy dla dzieciarni w rodzinie, bo na prawdę sporo było ciekawych ciuszków. Nie znaczy to jednak, że nie było też takich, za które nie dał bym nawet złotówki.

Wioska smerfów przed galerią dla dzieciaków
Galeria z odzieżą markową dla dzieci

Po wyimaginowanym szale zakupów, przyszedł czas na sen. Ten dzień był tak intensywny, że padliśmy jak muchy. Nie przeszkadzała mi nawet ta mega głośna klima, przez którą poprzedniej nocy miałem problem by zasnąć.

Na dziś już wystarczy. Niedługo wrzucę coś więcej o Hongkongu, ale może wcześniej jeszcze coś innego, żeby Was nie zanudzić.

M.

Widok na Hongkong ze zgaszonymi neonami

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *