Lantau, to największa wyspa Hongkongu. Znajduje się na niej m.in. Disneyland*, Wielki Budda oraz lotnisko. Tak właściwie, to lotnisko zbudowano na terenie stworzonym z dwóch wysp i jest przyłączone do wyspy Lantau (O tym lotnisku, to można napisać cały post). Wyspa jest w ogóle niesamowita i szkoda, że nie spędziliśmy na niej więcej czasu. Następnym razem poświęcę na nią ze trzy dni. Jeśli będziecie dłużej w Hongkongu, to naprawdę warto.

 

Wioska Ngong Ping

Jak dotrzeć na wyspę Lantau?

Na wyspę można dostać się na kilka sposobów. My wybraliśmy drogę wodną. Prom płynie z Pier No.6 w Central, więc najpierw popłynęliśmy Star Ferry do centrum. Pier no.6 jest to pierwsza przystań po prawej stronie od wyjścia ze Star Ferry Pier, czyli przystani, do której dopłyniecie promem z Tsim Sha Tsui. Jest kilka kategorii biletów, i dwa rodzaje promów: szybki i normalny. Wybraliśmy normalny, bo po pierwsze był wcześniej, po drugie płynie trochę dłużej, a ja lubię pływać promami, po trzecie bilety są tańsze. Żeby wejść na pokład, nie potrzeba kupować w budce biletu. Tak jak w przypadku Star Ferry, używamy w tym celu karty Octopus. Po prostu przykładamy kartę do wyznaczonego miejsca na bramce i przechodzimy. Co mnie troszkę zasmuciło, to fakt, że na tym promie, którym płynęliśmy, pokład był zabudowany i trzeba było całe piękno Hongkongu podziwiać zza szyb.

 

Po Lin Monastery

Ludzie wiedzą co robią.

Gdy dotarliśmy do Mui Wo na wyspie Lantau (tam akurat płynął nasz prom, ale są też inne miejsca na wyspie do których docierają), nagle wszyscy pasażerowie zerwali się jakby się paliło. My za to na luzie, spokojnie czekaliśmy na swoją kolej. (Tak baj de łej, dach na promie przeciekał i przed wyjściem była całkiem spora plama wody zanim dopłynęliśmy 😀 ).

Kiedy wyszliśmy, zobaczyłem dziesiątki rowerów przypiętych do stojaków, zaraz przy wyjściu. Całkiem fajnie to wyglądało, więc zacząłem robić zdjęcia (Jedno jest na głównej). Jak już sobie popstrykałem, poszliśmy na przystanek zobaczyć jaki autobus zawiezie nas do Wielkiego Buddy Tian Tan przy Ngong Ping. Gdy już obczailiśmy rozkład jazdy autobusów, dowiedzieliśmy się dlaczego ci ludzie tak biegli jak szaleni. U nas pełen chill, bo przecież w takim miejscu autobus pewnie jeździ co chwila, więc spoko, a tu dupa! Ludzie biegli na autobus bo wiedzieli, że następny będzie dopiero za godzinę lub więcej. Nie pamiętam dokładnie, ale na pewno w tym czasie zdążyliśmy kupić kawę w maku, loda o smaku słodkiego ziemniaka, pójść na spacer do ?miasteczka? i z powrotem. Także jak nie chcecie marnować czasu, lećcie za tłumem! 😉

 

Wielki Budda z bliska

Ngong Ping

Płatności za bilet w autobusie dokonuje się podobnie jak przy wejściu na prom, z tą różnicą, że kartą płacimy u kierowcy, a nie przy bramce. Autobus jechał około pół godziny, a widoki z okna zapierały dech. Jechaliśmy bardzo krętą drogą, praktycznie cały czas blisko morza, po drodze mijając małe wioski. Ja cieszyłem się widokami, a Dawid skorzystał z okazji i uciął sobie drzemkę. To ten wiek już chyba niestety. 😀

Po dotarciu na miejsce, zwiedzanie rozpoczęliśmy od ?wioski? Ngong Ping. Tam też kończy, lub zaczyna się trasa kolejki linowej Ngong Ping 360 (Kolejka ciągnie się przez pół wyspy). Sama wioseczka zrobiona jest typowo dla turystów. Są tam bary i sklepiki z pamiątkami. Nacieszyliśmy oczy i poszliśmy zobaczyć klasztor Po Lin. W głównej świątyni są trzy posągi buddy symbolizujące przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Najbardziej spodobała mi się jednak złota sala, w której niestety nie można było robić zdjęć, no i zdobienia dachu.

Ścieża Mądrości

Niedaleko klasztoru znajduje się największy, siedzący Budda na świecie. Nie da się go nie zauważyć. 😛 Wejście na górę po schodach to była lekka katorga. Zwłaszcza przy tej temperaturze. Widok z góry za to, był wart każdej kropelki wylanego przez nas potu. Budda jest naprawdę wielki, a w środku oczywiście możemy kupić sobie… pamiątki. Po zejściu z Buddy, udaliśmy się w kierunku ścieżki mądrości (Wisdom Path), po drodze mijając bawoły, które spacerowały sobie na wolności. Sama ścieżka jest w kształcie znaku nieskończoności, a wzdłuż niej powbijane są drewniane pale. Na palach zapisana jest modlitwa buddyjska. Są też pale bez kaligrafii, które symbolizują pustkę.

Po spacerze poszliśmy z powrotem do ?wioski? by coś zjeść. Kupiliśmy jakiś ryż z mięsem mielonym (słaby był), a do tego mrożona herbata z pączków róży z kulkami. Tak zwana bubble tea (przepyszna!). Dawid męczył się z wyławianiem kulek jakieś trzydzieści minut! 😀 Po obiedzie pojechaliśmy autobusem do wioski Tai O, o której przeczytacie w kolejnym wpisie z serii Nasz Hongkong.

*Na koniec taka mała ciekawostka

o Disneylandzie w Hongkongu. Jest mały, i generalnie ponoć nie ma tam szału. Dużo lepiej spędzić można caaaały dzień w Ocean Park. O tym też kiedyś napiszę. Ocean Park jest wielki i świetny. Pięknie położony. W Disneylandzie nie byliśmy, ale z tego co wyczytałem, to szkoda na niego czasu.

Dawid walczy z kulkami 😀
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *