Wstaliśmy wcześnie rano z wielkimi planami w głowie. Śniadanie było mniej niż skromne, ale za to tosty z masłem i marmoladą, kawa i sok były przepyszne. No i w tym otoczeniu. Cała jadalnia, która pełniła jednocześnie rolę baru i restauracji, z zewnątrz codziennie była skąpana w słońcu, a przez wielkie szyby widać było na wyciągnięcie ręki plażę i morze. Nigdy nie zapomnę tych śniadań i smaku tych przepysznych tostów. Po śniadaniu pobiegliśmy na plażę, żeby zobaczyć jak wygląda ta ogromna przestrzeń, która wczoraj jawiła się nam się jako wielka, czarna pustka, za dnia. Na plaży było prawie pusto. Było oczywiście dużo cieplej niż poprzedniego dnia wieczorem, ale wciąż można było pomarzyć o leżeniu plackiem. Żaden z nas nie odważył się wejść do wody, chociaż na ręce nie wydawała się bardzo zimna- tak coś pomiędzy Kołobrzegiem, a Ustką w kiepskie lato. 😉 W piasku odkryliśmy dziwne kulki. Ni to jakieś ususzone żyjątka, ni to jakieś wodne roślinki, albo wodorosty? Zagadka pozostaje do dzisiaj nierozwiązana. W każdym razie im dalej od głównej plaży, tym było tego więcej, w niektórych miejscach całe stosy.Kiedy już nasze głowy porządnie przewiała morska bryza pojechaliśmy do centrum miasta.

Tajemnicze kulki

Jaki bilet?

Nie było to łatwe zadanie, bo zupełnie nie mogliśmy ogarnąć tematu biletów. Niby był automat na końcowym przystanku, niby można było sobie wybrać angielski, ale i tak w niczym nam to nie pomagało. Chcieliśmy kupić jakieś bilety na dłuższy czas, np. na tydzień , ale mieliśmy wrażenie że są zablokowane. Dodatkowo odkryliśmy, że są różne rodzaje biletów, osobne cenniki i rodzaje na autobusy, osobne na metro i osobne na tramwaje. Totalny galimatias. Staliśmy tak na przystanku kombinując na różne sposoby. Klikając na zakup biletu wciąż pokazywała się jakaś astronomiczna cena 4,90 euro za trasę na lotnisko. W końcu nadjechał tramwaj. Następny nie był wcale za chwilę, więc wsiedliśmy na gapę z zamiarem kupienia biletów na stacji metra. Tramwaj dojeżdżajćc na końcowy przystanek, który jednocześnie był początkową stacją metra, zjechał pod ziemię i aby przesiąść się na metro trzeba było przejść przez bramki, na peron obok. No tak. Tylko, żeby przejść przez te bramki trzeba było je sobie otworzyć za pomocą… biletu, którego nie mieliśmy. No i co teraz??? Staliśmy tak bezradni przez chwilę, nie wiedząc co zrobić. W międzyczasie przyjechał następny tramwaj i to był nasz jedyny ratunek. Wsiedliśmy do niego i pojechaliśmy jedną stację w kierunku powrotnym, by wydostać się na ulicę. Wreszcie! Uratowani! Następnie znowu, tym razem pieszo, udaliśmy się na tą samą stację metra, z której dopiero przyjechaliśmy, poszliśmy do okienka biletowego na stacji i w sumie po rozmowie z panem mieliśmy jeszcze większy mętlik w głowie. Kupiliśmy w końcu jakieś bilety w automacie i w sumie do dzisiaj nie wiem czy były one dobre. Niczego nie ułatwia też mapa komunikacji ponieważ linie tramwajowe i metra oznaczone są kolejnymi numerami i w sumie nie do końca wiadomo czy dany numer to tramwaj czy metro. Dla jeszcze większego utrudnienia metro jeździ zarówno pod jak i nad ziemią i czasem trudno je odróżnić od tramwaju. Ostatecznie dowiedzieliśmy się, że za około 10€ można doładować sobie kartę, a w tym jest 10 przejazdów metrem i tramwajem. Nie jestem pewien czy na autobusy też, bo gdzieś czytałem, że niby tak, a jednak tymi, którymi jechaliśmy, trzeba było kupić osobny bilet.

Centrum

W końcu, po tych perypetiach trafiliśmy do centrum. A tu szok! W naszej nadmorskiej dzielnicy było zupełnie pusto. Zero ludzi, aut i pozamykane sklepy i restauracje. A tu tłumy ludzi. I wszyscy obładowani torbami z zakupami. Niby taki kryzys ekonomiczny w Hiszpanii, ale tutaj, w Walencji, zupełnie tego nie widać. Na ulicach można było spotkać bardzo dobrze ubranych ludzi z torbami największych, światowych luksusowych marek. I wszędzie w sklepach i restauracjach ruch jak w ulu. Widać, że nawet w tak katolickim kraju, jakim jest Hiszpania, ludzie najchętniej celebrują święty dzień w sklepach i nikt nad tym nie ubolewa. Wysiedliśmy na jednej z głównych stacji metra Colon, tuż obok ogromnego, kilkupiętrowego domu towarowego El Corte Ingles, w którym upolowałem na przecenach kurtkę i sweter parę dni później. El Corte można spotkać w każdym większym mieście Hiszpanii i aż trudno uwierzyć, że te handlowe molochy, w których można znaleźć wszystko od spożywki, przez ubrania, rtv, aż po meble, wywodzą się od małego zakładu krawieckiego w Madrycie. El Corte otworzyło też swój pierwszy dom towarowy poza Hiszpanią w Lizbonie i Porto, planuje też we Włoszech.

Zachwycające centrum Walencji

Przemykając wąskimi uliczkami starego miasta trafiliśmy przypadkiem na budynek Narodowego Muzeum Ceramiki. Pomyślałem sobie: “no, nieźle się zaczyna w tej Walencji”. Ściany przypominają bogato dekorowany śmietankowy tort. Naszym pierwszym celem był główny plac miasta Placa de la Reina, przy którym przycupnęła katedra. Ma ona dość nieregularny kształt i przez różne dobudówki zajmuje tak duży obszar, że od jej drugiej strony rozpościera się inny plac miasta- Placa de la Virgen (Plac Dziewic). Stojąc na jednym i drugim placu aż wierzyć się nie chce, że wciąż mamy do czynienia z tym samym budynkiem. Przy placu de la Reina znajduje się mnóstwo małych restauracji oferujących dania dnia za 9,90 euro, jednak są one nastawione wyłącznie na turystów i wszędzie królują paelle, które niekoniecznie muszę codziennie jeść.

Muzeum Ceramiki
Placa de la Reina (Plac Królowej) z katedrą po lewej stronie

Fiesta Americana

Na placu zauważyliśmy, że jedna z ulic jest zamknięta i stoi przy niej mnóstwo ludzi. Okazało się, że to jakaś fiesta. Walencja słynie z różnych fiest i praktycznie co drugi dzień w którejś części miasta jest jakieś święto ku czci. Tym razem w barwnym pochodzie było dużo zespołów, grających na bębnach, ekip z Ameryki Południowej (tak wywnioskowaliśmy po ich strojach, które przypominały tradycyjne kolumbijskie, lub peruwiańskie motywy) i dzieci które stały na ramionach swoich opiekunów. Jest to związane z hiszpańską tradycją ustawiania z ludzi wież, podczas różnego rodzaju świąt. Niestety pomimo szybkiego wpisywania w googlach napisów z transparentów nie udało nam się ustalić z jakiej okazji była ta fiesta. Często pojawiało się na nich słowo “ dzieci” więc może było to coś związanego właśnie z nimi.

Fiesta

Meksyk

Po przejściu korowodu strasznie zgłodnieliśmy. Wypadałoby zjeść coś miejscowego. Może paella? Kanapka z szynką serrano? Tapas? Nie! Zjedliśmy tacos, burritos i nachos. Z czym wam się to kojarzy? Oczywiście kuchnia meksykańska. Okazało się, że w Hiszpanii jest Taco Bell! Nigdy nie byłem w tej amerykańskiej sieciówce, ale mógłbym tam jeść codziennie. Taco bije na głowę Mc Donalda, w dodatku można zamiast coli zamówić piwo. Nawet teraz, kiedy to piszę, leci mi ślinka. W dodatku te ogromne zestawy! Mam jakieś dziwne przeświadczenie, że to jedzenie jest mniej kaloryczne, zdrowsze i mniej chemiczne od innych fastfoodów, ale pewnie wcale to nieprawda i próbuje sobie wytłumaczyć , że w Taco Bell zgrzeszyliśmy jeszcze kolejne dwa razy, a gdyby nie sprzeciw Michała grzeszyłbym tam codziennie do końca pobytu w Walencji. Jak ja żałuję, że jakimś cudem nie ma tej sieciówki, ani w Niemczech, ani w Polsce. Ale może na szczęście. 😀

Słońce, piwo i Taco Bell

Taco w Walencji znajduje się w bardzo eksponowanym miejscu, bo na placu de l’Ajuntament (Ratuszowym). Znajdują się na nim wszystkie najważniejsze i zarazem najwspanialsze budynki w mieście, na czele z ratuszem i pocztą. Ponieważ byliśmy tuż po świętach na placu stały jeszcze choinki, a właściwie metalowe konstrukcje w kształcie choinek, parę bożonarodzeniowych budek i lodowisko. Dziwnie było patrzeć jak przy 15 stopniach ludzieś śmigali na łyżwach. Charakterystyczną cechą centrum Walencji jest to, że większość budynków jest śnieżnobiała. Największe wrażenie robią kilkunastopiętrowe, bogato zdobione w stylu art deco, wieżowce, mieszczące eleganckie hotele, apartamenty i biura. Do jednego z takich wieżowców weszliśmy i okazało się, że na jego szczycie jest taras widokowy. Winda na taras była nieco skitrana, a na górze oprócz malutkiego tarasu był też bar. Przez większość część czasu mieliśmy cały taras tylko dla siebie i oczywiście skorzystaliśmy z okazji i zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową. Walencja z góry wyglądała na całkiem spore i gęsto pobudowane miasto, z ogromną ilością małych balkoników, dobudówek i tarasików na dachach.

Plac Ratuszowy
Ratusz
Kilkunastopiętrowe śnieżne art deco
Walencja z tarasu widokowego

Mój ulubiony plac

Wróciliśmy się potem jeszcze na Placa de la Reina i przechodząc obok katedry dotarliśmy do Placu Dziewic, który w promieniach zachodzącego słońca wyglądał obłędnie. To chyba mój ulubiony plac Walencji. Czuć na nim ducha historii, jeszcze z czasów rzymskich. Na jego środku stoi przepiękna fontanna. Jest to Neptun, otoczony przez osiem nagich kobiet. Bóg morza symbolizuje Turię- rzekę płynącą przez miasto, a każda z kobiet to jej dopływ. Zbliżała się już powoli pora kolacji, dlatego pojechaliśmy w stronę hotelu. Po drodze wysiedliśmy jeszcze przy miasteczku nauki i sztuki, o którym przeczytasz tutaj i zrobiliśmy zakupy w centrum handlowym, które znajduje się po drugiej stronie ulicy. Szukaliśmy czegoś typowo miejscowego do zjedzenia i wypicia i skończyło się na kiełbasie chorizo, sangrii i hiszpańskich serach, o których nic nie mogę napisać, bo kupując je porozumiewałem się z ekspedientką na migi. 😂 Tak zaopatrzeni rozłożyliśmy się jak bezdomni na murku, na promenadzie, tuż przy plaży. Nie kontemplowaliśmy jednak zbyt długo uczty, bo było już bardzo zimno i marzyliśmy o cieple i śnie po mega intensywnym dniu.

Mój ulubiony Plac Dziewic i fontanna Neptuna

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *