Esposicione Universale di Roma – EUR

Kolejnego, rzymskiego dnia przyszedł czas na rozejrzenie się po naszej dzielni- EUR. Bliżej naszego hotelu i stacji metra Laurentina dzielnica przypomina typowe przedmieścia Rzymu. Skupiska bloków poprzecinane są szerokimi arteriami, które o każdej porze dnia są praktycznie nieprzejezdne. Okolice stacji to jeden wielki parking, który codziennie rano zapełniał się do ostatniego miejsca, a wieczorem zupełnie pustoszał. Widać, że Rzymianie, lub mieszkańcy aglomeracji nie ryzykują stania w korkach w centrum i wolą przesiadać się do metra na końcowych stacjach.

Bliżej hotelu bloki były niższe i bardziej luksusowe, chociaż było widać, że pochodzą z lat 70-tych i 80-tych. Każdy z nich obowiązkowo miał na parterze małą recepcję z portierem i duże, jak na rzymskie warunki, tarasy. Idąc w głąb dzielnicy krajobraz zmienia się diametralnie. Miejsce bloków zajmują monumentalne, białe budynki, mieszczące biura i ministerstwa. To serce kompleksu EUR, który mimo, że wybudowany przed ponad 50 lat temu, sprawia wrażenie jak gdyby powstał kilka lat temu. Budynki były budowane z myślą o wystawie światowej, która miała pokazać potęgę Włoch pod władzą Benito Mussoliniego. Prace rozpoczęto w 1939 roku, ale ze względu na wojnę szybko je przerwano. Po wojnie prace przeciągnęły się aż do lat 60-tych.

Potem była jeszcze letnia olimpiada w Rzymie, dzięki której powstały jeszcze dwie sportowe areny, a później, jak grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać szklane wieżowce. Dzisiaj budowane są wciąż kolejne, ale żaden z nich nie przekracza dwudziestu kilku pięter. Największe wrażenie zrobiło na mnie Palazzo della Civilta Italiana czyli kwadratowe koloseum. Budynek miał być centralnym punktem nowego Rzymu. Wielka, śnieżnobiała bryła przytłacza swoim ogromem, ale jest po prostu piękna. Nieprzypadkowo ma w pionie 9, a w poziomie 6 łuków. To ilości liter w imieniu i nazwisku Benito Mussolini. Po drodze do koloseum minęliśmy Pałac Sportu i wieżę widokową. Oba budynki nie powalają urodą. Okolica jest jednak miłą odmianą po głośnym centrum Rzymu.

Pomiędzy budynkami właściwie nie ma żadnych ludzi, również turyści tutaj nie docierają, pomimo że łatwo jest dojechać metrem z centrum. Ruch samochodowy jest tak poprowadzony, aby omijać serce dzielnicy, dlatego jest tutaj bardzo cicho i spokojnie.

Obelisk w EUR

Wieża w EUR
Kwadratowe koloseum

Pani z osiedlowego sklepiku w klasztorze?

Bliżej naszego hotelu, gdzie było już dużo bardziej tłoczno znajdowała się oaza spokoju- klasztor Trapistów. Wchodziło się do niego od głównej, szerokiej arterii. Budynki były jednak dość daleko od niej położone i aby do nich dojść trzeba było pokonać całkiem długą trasę przez ogród. Kiedy dotarliśmy w końcu na klasztorny dziedziniec nagle usłyszałem jak mama mówi do kogoś dzień dobry. Hę? Co jest grane? Okazało się, że spotkała panią z osiedlowego sklepiku w Polsce. I to w miejscu, które leży z dala od turystycznych szlaków i do którego nigdy w życiu byśmy się nie wybrali gdyby nie to, że leżało rzut beretem od naszego hotelu. Po wyjściu z zaskoczenia poszliśmy jeszcze do małego, klasztornego sklepiku, gdzie zaopatrzyliśmy się w tajemnicze, zdrowotne nalewki. 😉

Klasztor Trapistów

Zatybrze

Jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy na podbój Zatybrza. Łatwo się tam zgubić, bo poplątane, wąskie uliczki wyglądają bardzo podobnie do siebie. Zatłoczone w dzień, wieczorem robią się jeszcze bardziej pełne, bo Zatybrze to centrum życia nocnego Rzymu. Chyba nigdzie nie widziałem takiego zatrzęsienia barów, kawiarni, klubów, sklepów z pamiątkami i restauracji, a wszędzie prawie wszystkie stoliki zajęte. I to w listopadzie! Nie wyobrażam sobie co się tu dzieje latem.

Jest takie jedno szczególne miejsce na Zatybrzu do którego ciągle wracaliśmy z mamą. A wszystko przez jedzenie. Nie dość, że przepyszne to jeszcze w kosmicznie niskich cenach. Całą margheritę można było już kupić za dwa euro! I to nie był jakiś bar, czy fast food, ale normalna restauracja. Pozostałe dania były nieco droższe, ale wciąż bardzo, ale to bardzo tanie. Nie mam pojęcia jaka jest tajemnica tej restauracji. Może niską marżę wynagradza ilość klientów? Ta o każdej porze dnia była imponująca i prawie za każdym razem trzeba było czekać w długiej kolejce po stolik.

Spytacie na pewno: “a gdzie to?” No i właśnie tutaj jest problem, bo nie mogę sobie przypomnieć gdzie to było. To znaczy gdybym był na Zatybrzu to pewnie znalazłbym to miejsce, ale tak na odległość nie jestem w stanie. Wiem tylko, że przechodząc przez Tybr mostem obok synagogi skręca się w lewo, potem przecina się ulicę z tramwajem i gdzieś dalej, idąc cały czas prosto trafimy na tą restaurację. Pamiętam też że jest na rogu, przy dość sporym placu i zawsze jest tam kolejka. Raczej trudno jej nie znaleźć. Co polecam? Właściwe wszystko bo i małże, i ryby, i pizza i ossobuco były przepyszne, a i dzban wina, który wypijaliśmy za każdym razem cały, był dobry.

Ukryta za drzewami synagofa
Po prawej stronie zabudowania Zatybrza
Zatybrze
Fiacik w zaułku Zatybrza

Pożegnanie z morzem w Lido

Ostatniego dnia w Rzymie pojechaliśmy pożegnać się z morzem. Tym razem wysiedliśmy stację kolejową wcześniej i okazało się, że z pociągu nad morze jest tylko jakieś 10 minut piechotą. I nie było żadnych bram, prywatnych przejść i furtek tylko całkiem ładne molo i kilka otwartych lodziarni i restauracji. Szkoda, że za pierwszym razem, szukając plaży, straciliśmy tak dużo czasu.

Ciężko było wracać do zimnej, listopadowej Polski, tym bardziej, że po 10 dniach poczuliśmy się w Rzymie trochę jak u siebie. Mieliśmy swoje codzienne rytuały w postaci długich śniadań i popołudniowych drzemek, swój sklepik, w którym robiliśmy sprawunki po powrocie z miasta, swój bar, gdzie kupowaliśmy przekąski po drodze do hotelu, swoją ulubioną restaurację, no i naszą stację metra, której nazwy nigdy nie zapomnimy. Mimo wszystko, w tym szalonym, głośnym i chaotycznym mieście można jednak wieść swoje poukładane i spokojne dolce vita. 😀

Plaża w Lido di Ostia
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *