Kolejny dzień, niedziela, “odpoczywania” ciąg dalszy.

Ktoś z was może pomyśleć “boju, znowu Central”!?, ale cóż poradzić, gdy wyspa jest tak wielka i tak ciekawa? Więc tak, znowu pojechaliśmy na wyspę. Nie spędziliśmy na niej jednak całego dnia, więc spokojnie. Będzie też coś o Kowloonie. 😀

Hongkong

 

Mniej wesoła Happy Valley.

Gdy Dawid przeglądał przewodnik po Hongkongu, zobaczył tam zdjęcia cmentarzy. Również są ciekawe, bo zbudowane poziomowo na wzgórzach. Pojechaliśmy więc na cmentarz Hong Kong Cementary, który znajduje się paradoksalnie w Happy Valley. 🙂 Tam można dojechać tramwajem, praktycznie pod sam cmentarz. Jedziecie do pętli i kawałek dalej za pętlą wysiadacie.

Cóż tu pisać o cmentarzu? Poza tym, że wygląda nieco inaczej jak u nas, można dodać, że nagrobki są może trochę bardziej okazałe  i na wielu z nich również były kwiaty i znicze. Jest kapliczka na środku, ściana na urny, dużo schodków i zielone barierki. Widzieliśmy też polskie, lub polsko brzmiące nazwiska. Oczywiście miejsce jest równie piękne. Spacerując po cmentarzu, mamy niesamowity widok na wyspę. Jak w wielu miejscach w central. Tam jest po prostu pięknie.

Po wyjściu z cmentarza poszliśmy na przystanek. Właściwie to biegliśmy, bo tramwaj już jechał. Gdy wsiedliśmy, wpadliśmy spontanicznie na pomysł, by jechać do kolejnej pętli i zobaczyć wyspę z perspektywy pasażera ding ding?a. Na początku w tramwaju było sporo ludzi, a jak już pisaliśmy, są one niewielkie i dość ciasne, a już na pewno nie są przystosowane do takich dużych gości jak ja. Stanie w nim mając 186cm wzrostu nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. Na szczęście pare przystanków dalej zwolniło się kilka miejsc i poszliśmy na górę. Udało nam się złapać miejsca przy przedniej szybie.

Już wcześniej pisaliśmy o tym, jaki szał tam panował na grę Pokemon Go. Przecież jadąc tramwajem można również po drodze łapać stworki. Trochę przykre było jednak to, że grała w grę rodzinka, która odwiedzała Hongkong. Na pewno mieli azjatyckie korzenie, jednak mówili biegle po angielsku z amerykańskim akcentem. Młode małżeństwo z małym (na oko pięcio letnim) chłopcem. Matka z synem w swoich smartfonach co chwile wymieniali się komentarzami jakie to stworki mają i gdzie je znaleźli, a ojciec siedział i się praktycznie nie odzywał. Możliwe, że byli tam już dwudziesty raz, możliwe, że już to wszystko widzieli i niby spędzali razem czas, ale w jaki sposób?

I tak przez około 1,5 godziny, bo tyle mniej więcej (o ile dobrze pamiętam) jechał tramwaj od pętli do pętli. Długa podróż. Tak długa, że pod koniec już nie mieliśmy ochoty siedzieć w tym tramwaju. Super przeżyciem jest przejażdżka drewnianym ding dingiem, jednak co za długo, to nie zdrowo. 😛

Pingwin w Hongkongu
Guma o smaku oranżady
Guma o smaku oranżady
Pętla Happy Valley
Pętla Happy Valley
Cmentarz

Filipinki za szkłem
Filipinki za szkłem

Kebab od turka w Hongkongu

Dotarliśmy do Kennedy Town, we wschodniej części wyspy. Znowu zaskoczyły mnie piękne widoki, zwłaszcza, że zrobiło się pochmurno i było dość klimatycznie.

Wyszliśmy z tramwaju i szliśmy wzdłuż ulicy szukając czegoś na obiad, bo strasznie już zgłodnieliśmy, a jak wiadomo wszem i wobec, jak człowiek głodny, to zły, a jak zły, to zwiedzanie też nie jest przyjemne. Tak sobie spacerując, trafiliśmy na kebabownie. Jak więc nie spróbować kebaba w dalekiej Azji? 😀 Bardzo dobry był z tego co pamiętam. Albo my byliśmy bardzo głodni.

Nasz cudowny obiad wzięliśmy na wynos i poszliśmy brzegiem morza, by podziwiać widoki. Dawid, jak to Dawid, bez uciapania nie ma u niego jedzenia, więc z oblanym sosem z kebsa Dawidem, ruszyliśmy w poszukiwaniu chusteczek nawilżonych (Na przyszłość wiemy, żeby zawsze mieć takie przy sobie. Wam też radzę 😀 ). Znaleźliśmy drogerię i chusteczki. Niestety nie było pojedynczych paczek, więc musiałem wziąć trójpak. Podchodzę do kasy. Tam przesympatyczna pani tak ładnie się uśmiechała, tak sympatycznie zagadała, że wyszedłem z trzema takimi paczkami chusteczek o trzech różnych zapachach. Taka promocja. Wiecie… Skusiłem się. A co tam! Przecież chusteczek nigdy za wiele.

Już z czystym Dawidem, szliśmy do stacji metra ?Kennedy Town?, a po drodze wstąpiliśmy do cukierni po ciasteczka. Nie pamiętam już jakie miał Dawid, ale ja miałem coś w rodzaju babeczki o smaku zielonej herbaty. Mało słodkie było i generalnie spodziewałem się czegoś lepszego, ale chyba tak już w Azji jest, że mają zdrowsze nawet słodycze.  [zdjęć znowu brak]

Stacja metra niby jak każda inna, jednak spodobały mi się tam dwie rzeczy. Pierwszą był automat z kolorowymi parasolkami (tam w automatach można kupić naprawdę ciekawe rzeczy), a drugą były dwie, wielkie połówki jabłka. Taka instalacja artystyczna.

Kennedy Town
Kennedy Town
Kennedy Town
Kennedy Town
Automat z parasolkami
Automat z parasolkami
Stacja metra w Kennedy Town

 

Kolejne targi Hongkongu

Z Kennedy Town udaliśmy się metrem do Sham Shui Po, na Kowloonie. Tam poszliśmy na kolejny Hongkoński targ (chyba muszę napisać o nich osobnego posta), tym razem z elektroniką. Były tam nowe rzeczy, ale też i używane. Mieli karty sim, zegarki, ładowarki i w ogóle wszystko. Nawet przedmioty nam nie znane, o których zastosowaniu nie mieliśmy pojęcia. Nic nie kupiliśmy, ale za to trafiliśmy na stoisko z herbatami ziołowymi. Stały sobie dwie panie z kilkoma garnkami, a w każdym z nich inna herbatka, każda, na inną dolegliwość. W zasadzie nie czuliśmy potrzeby uzdrawiania siebie, ale bardzo chcieliśmy spróbować tradycyjnych ziółek. Ze względu na brak dolegliwości, nie kierowaliśmy się działaniem naparu, a kolorem. Ja wybrałem ciemno brązowy, a Dawid miał praktycznie czarny. W smaku trochę jak lukrecja, gorzkie i chyba mało dobre, ale smaczniejsze od moich ziółek.

Gdy już nabraliśmy mocy po wypiciu magicznych ziółek, ruszyliśmy w pieszą podróż w kierunku ptasiego targu, po drodze mijając boisko, na którym właśnie odbywała się jakaś uroczystość. Spora grupa ludzi na scenie w żółtych strojach z książkami w rękach, czytała na głos jakąś mantrę czy modlitwę. Dziwne to było uczucie, gdy tak staliśmy i słuchaliśmy ich głosów. Nie wiem jak to wyjaśnić. Trochę czułem się zaniepokojony, a jednocześnie było to dość pozytywne.

Bird Market. Bardzo podobny do Goldfish Market (może pamiętacie jak o nim pisałem. Nie było to zbyt przyjemne doświadczenie), z tym że tu były ptaki w klatkach. Jeżeli chodzi o te klatki to ok, to mi nie przeszkadza, o ile są rozsądnych rozmiarów, jednak była tam też przepiękna papuga, która była przypięta bardzo krótkim łańcuszkiem do stojaka, co też nie było miłym widokiem. Na tym targu można było więc kupić sobie ptaka i inne rzeczy dla ptaków, w tym jedzenie, robaki, klatki itp. Byliśmy, zobaczyliśmy bo było w przewodniku, ale nie muszę się tam koniecznie wybierać, gdy następnym razem będziemy w Hongkongu.

Nieco przyjemniejszą częścią była droga powrotna, bo przez Flower Market. Wszędzie kwiaciarnie i ładne zapachy. Cała ulica skąpana w różnych kolorach. Ilości kwiatów jakich jeszcze nigdy nie widziałem na raz w jednym miejscu.

Targ z elektoniką
Targ z elektroniką
Ziółka na zdrowie
Ziółka na zdrowie
Chór?
Chór?
Bird Market
Bird Market
Koniki polne w woreczkach i larwy w kuwecie
Flower Market
Flower Market

Pyszne sushi na sztuki

Zanim wróciliśmy do hostelu, zaopatrzyliśmy się w sushi na wynos w sieciówce Take Out Sushi. Sklepów mają dość sporo, rozsianych po całym mieście. Fajna opcja. Łapiesz plastikowe pudełeczko (były chyba 3 rozmiary opakowań), pakujesz sobie sushi jakie ci się podoba, a wybór był całkiem spory, zamykasz pudełeczko przejrzystym dekielkiem, idziesz do kasy i tam dostajesz jeszcze wasabi oraz sos sojowy. Było bardzo tanio, bo wychodziło niecałe 1zł za sztukę, a przede wszystkim było bardzo smacznie jak się później okazało.

Więcej nic już nie robiliśmy i poszliśmy wcześniej spać, bo następnego dnia czekało na nas dużo wrażeń i niemała dawka adrenaliny.

M.

Take-Out-Sushi
Take-Out-Sushi
Stacja MTR
Stacja MTR
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *