Wiem, wiem. Znów Portugalia. Michał krzyczy na mnie, gdy znów chcę pisać o Lizbonie, ale co ja na to poradzę, że to moje miasto. I nikomu go nie oddam. 😉 O kuchni portugalskiej pisałem też już nieraz. Było już o tym co zjeść i czym się upić w Lizbonie ( http://innastrefa.pl/europa/co-jesc-i-czym-sie-upic-w-lizbonie/ ), a nawet ranking moich ulubionych, lizbońskich restauracji ( http://innastrefa.pl/top/top-5-restauracji-w-lizbonie/ ). 

Ale tym razem coś zupełnie innego. Od zaprzyjaźnionego wydawnictwa otrzymaliśmy książkę pod tytułem „Portugalia do zjedzenia” autorstwa Bartka Kieżuna. Pan Bartek ma już na koncie podobną książkę, poświęconą włoskiej kuchni, pod tytułem ”Italia do zjedzenia”.Otrzymał za nią Nagrodę Magellana za najlepszy przewodnik kulinarny 2018 roku. Jestem pewien, że “Portugalia do zjedzenia” okaże się również hitem. Nie myślcie, że to książka kucharska. Owszem, szczegółowych przepisów na dania portugalskiej kuchni jest mnóstwo, ale ta książka to coś dużo, dużo więcej. Każdy przepis poprzedzony jest krótką historią, która bezpośrednio, lub tylko pośrednio wiąże się z danym daniem.

W tych krótkich historyjkach jest trochę o fascynującej historii kraju, różnych anegdot, a także osobistych wydarzeń z życia autora. Myślałem, że o Lizbonie wiem już wszystko. A tu proszę: dowiedziałem się całkiem nowych, czasem nawet szokujących rzeczy. No bo na przykład myślałem, że słynne jajeczne tarty Pasteis de Belem, sprzedawane obok klasztoru Hieronimitów, wcale nie są produkowane według tajemnej receptury zakonników. To znaczy kiedyś były, ale później sprzedali oni tajemniczy przepis pewnej rodzinie, która do dziś, dzięki niemu, zbija kokosy, sprzedając małe ciasteczka nieopodal klasztornego budynku. Zresztą ostatnio po wielu latach odwiedzin Lizbony w końcu ustawiłem się z mamą w słynnej kolejce i kupiliśmy legendarne Pasteis. I tu zgadzam się z autorem. Są dobre, ale tylko dobre. Nie padłem na kolana po ich zjedzeniu i na pewno sprawdzę kiedyś te najlepsze, według autora (pewnie po przeczytaniu tej książki kolejki zaczną się ustawiać pod innym adresem, a jakim tego dowiecie się z po lekturze). 

Oczywiście przepisy nie pochodzą wyłącznie z Lizbony. Wbrew pozorom Portugalia jest bardzo zróżnicowanym krajem,  nie tylko pod względem krajobrazów, ale też klimatu. Podczas gdy na południu jest gorąco i dominują plażowo- turystyczne klimaty, północ ma bardziej surową pogodę, a plażom ustępują smagane wiatrami urwiska. Te właśnie różnice znacząco wpływają na to, co podaje się na stołach w poszczególnych regionach. Na końcu książki jest mapa Portugalii z zaznaczonymi miejscami skąd pochodzą wszystkie przepisy. Jest to bardzo fajne rozwiązanie, bo możemy poszukać tradycyjnych potraw z interesującego nas miasta, lub regionu. Każdy przepis okraszony jest zdjęciem, zajmującym całą stronę i wystarczy tylko przekartkować książkę żeby pociekła nam ślinka. Jeśli jednak bardziej interesuje nas skomponowanie całego obiadu to mamy też inny podział w książce. Pierwszy rozdział poświęcony jest przekąskom, dalej zupy, drugie dania, wypieki, a wszystko zamykają desery. Tak więc dla każdego coś miłego.

Jednak nie tylko zdjęcia smakołyków przykuwają uwagę. Obok nich znajdziemy mnóstwo zdjęć z różnych zakątków kraju, które zrobił sam autor. I tak naprawdę ta książka to piękny album poświęcony Portugalii, w którym kuchnia odgrywa ważną rolę.

Kuchnia Portugalii jest bardzo prosta. Potrawy nie wymagają skomplikowanych receptur, a wspomniane już Pasteis de Nata (tak nazywają się poza słynnym sklepem w Belem) wymagają jedynie paru prostych składników, które każdy znajdzie w swojej kuchni. Mimo to odkrywa ona przed nami w ogóle nieznane wcześniej smaki i połączenia (budyń z boczkiem!). O jej wartości świadczą też wspaniałe, lokalne składniki i tak na przykład kalmar, który kojarzy się w Polsce z mrożonką w panierce i czymś gumowatym, w Portugalii okazał się dla mnie absolutnym królem, którego zawsze nie mogę się doczekać. Przez to, że potrawy są tak nieskomplikowane zachęca to do ich przyrządzenia, nawet jeśli się nie ma większych zdolności kulinarnych. Książka też dobitnie zaprasza do odkrycia samej Portugalii, bo tylko na miejscu, w odpowiedniej scenerii i z odpowiednimi ludźmi możemy w pełni docenić różne jej skarby, z których najwięcej oczywiście kryje się w oceanie.

Strasznie mi się spodobało, że autor ma bardzo lekkie pióro. Nie zachwyca się kuchnią w nadęty sposób, a sypie nam różnymi historyjkami, jak gdyby siedział obok nas w jednej z małych kawiarenek na Alfamie i popijał małą bica (kawę). Mógłbym go tak słuchać godzinami, jednocześnie planując co mógłbym ugotować portugalskiego po powrocie do Polski. Ehhh chciałbym tak na blogu opisywać miejsca jak autor książki, a przede wszystkim chciałbym tak umieć gotować. 😉

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *