Odpowiedź jest bardzo prosta. Wszystko z morza. Bo taniej i smaczniej. Niestety Portugalczycy nie są mistrzami kuchni, jeśli chodzi o potrawy mięsne. Z resztą, widać to po stoiskach w supermarketach. Stoiska rybne i z owocami morza, zawsze są ze trzy razy większe niż te z mięsem. Poza tym, mięso jest dość drogie i wygląda jakoś tak mało apetycznie. Wybór wędlin jest znikomy, a kiełbas sprowadza się do chorizo w 20 odmianach, smakujących prawie tak samo. Warto jednak, zamiast kiełbasy z supermarketu, spróbować tej wiejskiej, ręcznie robionej, którą sprzedają babinki na targach, na przykład w Queluz, zaraz obok stacji kolejowej (raz w tygodniu, w sobotę). Przestrzegam jednak- są bardzo tłuste.

Przestrzegam też przed zamawianiem w restauracjach steka wołowego. Zamawiając w Polsce lub Niemczech stek wołowy, dostajemy gruby kawał mięsa w odpowiednim stopniu krwistości. W restauracji nikt jednak nie spytał mnie o stopień wysmażenia i już to powinno mi dać do myślenia. Drugie to cena. Nie da się zjeść porządnego steka za około 8 euro, nawet w Polsce. Ja zawsze zamawiam medium z dodatkiem masła. Myślałem, że zamawiając steka w Lizbonie, dostanę mniej więcej to samo. Zamiast tego na moim talerzu wylądował…kotlet. Bardzo cienki i wysmażony do końca. Jednak nie to było najgorsze. Mięso było bardzo żylaste i ciągnące jak guma do żucia. Pomyślałem: ok! Trafiłem pewnie na kiepską restaurację i kucharza. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w innej restauracji dostałem dokładnie takie samo danie. Jak się później okazało. właśnie w ten sposób podaje się wołowinę w Portugalii, a żyły w mięsie są czymś bardzo pożądanym. Podobnie ma się sprawa z kotletami mielonymi. Wyglądają mało apetycznie i są bardzo średnie.

Trzeba też uważać na lizboński fast food, bo można się łatwo naciąć. Pizza na stadionie Alvalade XXI smakuje jak mrożona, łatwo też znaleźć burgery odgrzewane w mikrofali. No ale chyba nikt nie przyjeżdża do Lizbony, żeby zajadać się fast foodem lub kotletami.

Sardynkowy Butique

Królestwo sardynek

Lizbończycy najlepsi są w owocach morza i w tym temacie można zamawiać wszystko i wszędzie. Króluje oczywiście dorsz- bacalhau. Wbrew pozorom dorsz nie pochodzi z pobliskich wód, ale sprowadza się go z zagranicy. Mimo to, to ryba numer jeden w całej Portugalii i je się ją na milion sposobów, a bazą są suszone na słońcu płaty. Osobiście nie jestem fanem dorsza, ale nadziewane nim pierożki są całkiem niezłe. Ogromne płaty dorsza znajdziecie praktycznie w każdym, nawet najmniejszym sklepie spożywczym. Druga narodowa ryba Portugalii to sardynka. W każdym sklepie można znaleźć puszki sardynek na tysiąc sposobów. W centrum Lizbony można znaleźć parę sardynkowych… salonów. 🙂 Są to eleganckie sklepy, w których jedynym produktem są sardynki w puszkach. Wygląda to niesamowicie kiedy całe ściany wypełnione są półkami, na których stoją kolorowe opakowania. Salon przy placu Don Pedro IV wyróżnia się tym, że wszystkie puszki są prawie jednakowe, a różnią się tylko dużą datą , umieszczoną na wieczku. Nie rozkminiliśmy tej sprawy do dzisiaj i nie wiemy czy jest to data produkcji, chociaż wydaje się to mało prawdopodobne, bo puszki mają nadruki nawet z lat sześćdziesiątych.

Lizbona, jak i cała Portugalia ściśle związana jest z morzem. Większe połowy ryb odbywają się w poniedziałki, dlatego najlepiej jeść w poniedziałkowe wieczory, a w niedzielę przekąsić coś innego niż ryby. Na plażach w okolicach Lizbony często można zobaczyć grupki ludzi wypływających na ocean w maleńkich łódkach. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, że te łódki nie są znoszone na otwarte wody Atlantyku. Wypełnione po brzegi trudno by było wciągnąć z powrotem na plażę, dlatego wykorzystuje się do tego… traktory. 🙂 Często można zaobserwować, zwłaszcza na skałkach w Cascais młodych płetwonurków (może dorabiających studentów?), polujących z długimi szpicami na ośmiornice lub inne morskie stworzenia.

Boska Lula

Fish & Chips po portugalsku

Absolutnym hitem dla mnie jest mątwa. Nazwa brzmi może mało smacznie, ale grillowana mątwa jest boska! Podaje się ją z małymi ziemniaczkami, a całość pływa w pysznej oliwie z czosnkiem. Mątwa na talerzu wygląda według mnie dużo smaczniej, bo to po prostu kawałek śnieżnobiałego mięsa i nie ma tam żadnych odnóży czy macek, jak przy ośmiornicy. No i portugalska nazwa jest urocza, bo to po prostu ?Lula?. Do niedawna najlepszą Lulę w okolicach Lizbony jadłem restauracji na plaży w Carcavelos (25 minut pociągiem ze stacji Cais do Sodre w kierunku Sintry). Potrafiłem tam jeść Lulę po 3 dni z rzędu, wciąż przeżywając kulinarny orgazm, dlatego bardzo chciałem żeby Michał też ją spróbował. Restauracja wygrywała różne lokalne konkursy i była całkiem niedroga. Niestety zmienił się właściciel i w karcie nie ma już słynnej grillowanej Luli z czosnkiem. To znaczy jest Lula, ale ta dzisiejsza jest tylko marną namiastką tej starej. Podawana jest w formie szaszłyka z chipsami, które smakują jak zwykle Lays’y, a miały być chyba plasterkami smażonych ziemniaków. Tak więc to koniec tradycyjnych wycieczek do Carcavelos na Lulas, a Michał pewnie ma uraz do końca życia do mątwy. 😉 Oprócz Luli trzeba koniecznie spróbować grillowanej ośmiornicy. Ta tutejsza nie ma nic wspólnego z tymi mrożonymi, gumowatymi z supermarketów. Jest miękka, soczysta, podawana podobnie jak Lula, z oliwą i czosnkiem.

Warto zaznaczyć, że jeśli zamawiasz jakieś danie mięsne lub rybne w obojętnie jakiej klasy restauracji, jedynym warzywem na talerzu będą ziemniaki. Portugalczycy nie znają surówek, a jeśli chcesz sałatkę do posiłku musisz ja zamówić oddzielnie. Zupełnie normalne jest również połączenie ryżu z frytkami (wtedy ryż pełni rolę warzywa w potrawie).

Obiad o 15? Zapomnij

Restauracje w Lizbonie otwierane są dosyć późno, dlatego trudno zjeść obiad o 14 lub 15. Pierwsze restauracje otwierają się o 16, ale często jest tak, że kuchnia jeszcze nie działa i do 18 można coś zamówić tylko na zimno. Jeśli jednak będziesz szukał stolika o 22 lub 23 możesz mieć problem, dlatego idealna godzina to 19-20. Wtedy jest jeszcze pusto i nie trzeba stać w kolejce do wejścia, jak to się często zdarza w sezonie letnim w centrum.

Niegumata ośmiornica 😀

Gazowana woda? A co to jest?

Jeśli chodzi o napoje, to oczywiście króluje wino. Najlepsze jest zielone (Vinho Verde), o bardzo cytrusowym smaku, lub Muscat- wytrawne lub półwytrawne białe wino, robione z tak słodkich winogron, że smakuje jak słodkie. Latem oczywiście miło jest się napić piwa. Mój absolutny faworyt to Super Bock. Nie miałem pojęcia, że Portugalczycy robią tak dobre piwo. Największym szokiem jest to, że w sklepach nie ma wody gazowanej. Oczywiście w restauracjach na specjalne życzenie można ją dostać, ale dla Lizbończyka picie wody z gazem to czysta abstrakcja.

Super Bock w mini buteleczkach.

Niech was nie zwiedzie marka lodów ?Ola?. Kto szuka miejscowych, portugalskich lodów może łatwo natrafić na ‘Olę?, która jest praktycznie wszędzie. Tak naprawdę to Algida, która ( nie mam pojęcia dlaczego) w Portugalii nazywa się Ola. Może ?Algida? po portugalsku źle się kojarzy? No jak lody to i kawka by się przydała. I tutaj ponoć Portugalczycy są ekspertami. Według przewodników punktem obowiązkowym w Lizbonie jest wypicie espresso na stojąco przy barze, w jednej z najstarszych kawiarni w kraju- Cafe Brasileira. Nie wiem, nie próbowałem, ale wszędzie, gdzie kupowałem kawę, za naprawdę małe pieniądze (już od 50 centów), smakowała wybornie. Próbowałem za to wiśniówkę o przyjemniej nazwie Gienia, yyy… to znaczy Ginja. I to zarówno tą droższą, ze sklepu z pamiątkami, w fikuśnej butelce, jak i tą za 1 euro, w jednym z wielu okienek w centrum Lizbony. Obie właściwie nie różniły się między sobą. Słodziutkie, szybko latem uderzają do głowy.

A skoro już jestem przy braku różnic między produktami z drogich, turystycznych sklepów i o wiele tańszych, dla miejscowych, to koniecznie muszę wspomnieć o Pasteis de Nata. To najpopularniejsze ciastka w całej Portugalii. Rodzaj jajecznej tarty, która wszędzie smakuje identycznie (no może poza portugalskim Makao). Oryginalna receptura tarty podobno jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, przez zakonników z Belem (portugalska nazwa Betlejem). Każdy z zakonników zna tylko jeden składnik. Te oryginalne zakonne tarty- Pasteis de Belem, sprzedawane są w cukierni, zaraz obok klasztoru Hieronimitów. Prawie przez cały rok są tam niesamowite kolejki turystów, którzy nie mają pojęcia, że Pasteis de Belem smakują dokładnie tak samo jak Pasteis de Nata, w każdej innej cukierni. A żeby było śmieszniej, identyczne można kupić też w portugalskiej Biedrone- Pingo Doce (po portugalsku ?pingo dos?) za 2 euro za 4 sztuki, podczas gdy na głównym deptaku Lizbony Rua Augusta ceny dochodzą do 2 euro za sztukę.

W ogóle omijałbym Rua Augusta, nie tylko jeśli chodzi o tarty, ale również restauracje. Te, w odróżnieniu od pozostałych, czynne są cały dzień i wspomagane przez nachalnych naganiaczy. Jedzenia tam nie próbowałem, ale jakoś nie ma zaufania do restauracji, która musi sobie pomagać w ten sposób. Warto odwiedzić te mniejsze , z dala od głównych ulic, ale sandwichy i tostów unikałbym wszędzie. Zazwyczaj są z mikrofali, a portugalski chleb nie należy do najsmaczniejszych.

Kto tęskni za polskim jedzeniem, a konkretnie polskim jogurtem, może wstąpić do Pingo Doce. Jest tam szeroki wybór jogurtów Fruvita, prosto z polskiej Biedronki.

Jego wysokość Krab

Szczególnie polecam owoce morza z jednej z dwóch restauracji, zaraz przy porcie w Cacilhas, po drugiej stronie rzeki. Ok, może i są nastawione na turystów, ale jedzenie jest naprawdę smaczne. Jeśli nie jest się samemu, można zamówić całą paterę (mniejszą za 30, większą za 40 euro). Znajdziecie na niej cały przekrój morskich stworzeń od rożnych ryb, krewetek, ośmiornic po króla całej patery, nie bez powodu w samym środku, kraba, w którego skorupie jest boska zupa. Po zupie, na drugie danie, można spałaszować jego nóżki:). A po takim obżarstwie, wracając do Lizbony można podziwiać z promu (bilety te same co w komunikacji miejskiej) wspaniały widok na całe miasto.

6 Comments
  1. na puszkach sardynek jest rok przypominający o jakimś ważnym wydarzeniu w historii świata oraz małymi literkami opis czego dotyczy

    1. No to się sprawa wyjaśniła. Dzięki 😉 Znowu się czegoś nauczyliśmy.

  2. Nie mogę się z wami zgodzić. Porównanie pasteis de Belem do pasteis z Pingo Doce to jak porównanie pączków z prawdziwej cukierni do tych z Lidla. Te pierwsze są świeże, pachnące, obłędne ponieważ cukiernia sprzedaje je na pniu, prosto z pieca. Za to czego nie wiedzą turyści, to to, że zamiast stać w kolejce trzeba wejść do środka i zamówić pasteis i kawę do stolika. Sugeruję od razu po dwa pasteis 😉

    1. Michał się nie wypowiada bo nie ma porównania, a moje kubki smakowe są mało wymagające:) Serio!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *