Lizbona to mój mały, osobisty pępek świata. Ani ten pępek nie jest olśniewający, ani zbytnio czysty, czy nowoczesny. Wciąż jednak idealnie spełnia swoją rolę i raz w roku natarczywie o sobie przypomina, nie dając spokoju i zmuszając do wertowania tanich lotów, które tanie już dawno być przestały. Pępek kusi jak tylko może. A to wspaniałą pogodą, a to boskim jedzeniem, a to możliwością zobaczenia Eurowizji od kuchni. I tak o to wciąż latam do Lizbony i już dawno straciłem rachubę ile razy tam byłem. Za każdym razem tak samo odczuwam ekscytację przed wyjazdem i ogromny smutek, że czas już wracać. Potem, po powrocie,  jak zwykle wertuję ogłoszenia o pracę i wynajmie mieszkań. I po raz setny przekonuję się, że zamieszkanie tam jest praktycznie niemożliwe. No chyba, że ktoś zrezygnuje z wszelkich wygód i będzie wisieć na słuchawce w jakimś ogromnym call center w dzielnicy Oriente, bo nie znając portugalskiego tylko na taką pracę można liczyć. Nie mówiąc już o niskich płacach i ogólnej drożyźnie, bo to temat rzeka. 

Wakacyjna Lizbona pomija jednak zgrabnie te wszystkie przyziemne tematy i wciąż kusi o każdej porze roku udowadniając, że nawet tak problemowa, wciąż ma swój niepowtarzalny urok. 

Przez te wszystkie lata poznałem jej różne oblicza, również te mniej oficjalne. Wszystkie bezkrytycznie przypadły mi do gustu, bo po prostu nie potrafię być obiektywny w stosunku do tego miasta. Zwykła wizyta w piekarni, markecie, jazda nocnym autobusem, czy przesiadka w metrze jawią się jak niezwykłe zjawiska, które wciąż chciałbym powtarzać, a w mojej głowie wciąż tkwi myśl: gdybym tu mieszkał robiłbym to i to. Jadłbym to i to. Tutaj kupowałbym chleb, a tam przesiadał się na inną linię metra dając do zrozumnienia, jako miejscowy, że turyści męczą mnie niesamowicie i powinni wszyscy stąd wyjechać. 

Rzeczywistość okazałaby się pewnie bardziej brutalna i szybko Lizbona stałaby się źródłem codziennych trosk, problemów i stresu jak każde, inne miasto na świecie. Jednak już samo myślenie o możliwości zamieszkania w pępku świata sprawia mi radość.

Są jednak pewne granice uwielbienia. Spaliny, ogromne korki, ryk klaksonów, tłumy turystów, ścisk w metrze i znudzeni sprzedawcy, mający dość ludzi nie mówiących po portugalsku. 

Wszystko to powoduje, że na moment ma się ochotę uciec. Uciec od hałasu i ludzi. I co wtedy?

Wystarczy pójść na przystań, do Cais do Sodre. Podejść do kasy i kupić bilet na katamaran do Seixal. Za jedyne 2,45 euro po 35 minutach przenosimy się do innego świata. 

Po wyjściu z małej przystani promowej uderza cisza. Kilkoro ludzi z promu rozchodzi się momentalnie we wszystkich kierunkach i zostajemy z mamą na środku wielkiego placu, zupełnie sami. Jest południe. Nikt o tej godzinie nie wraca do domu z pracy, a na pracujących w Lizbonie czeka morze równo ustawionych wokół przystani aut. 

Do centrum małego Seixal jest spory kawałek drogi. Po drodze mijamy małe kutry rybackie, warsztaty, zajmujące się naprawą łodzi i zadeptane mini łąki. Nic tutaj nie wita turystów, bo i Seixal nie jest turystami zaintetesowane. Toczy się tutaj zwykłe, codzienne portugalskie życie. Dzieci idą do szkoły, mamy gotują obiady, lub piorą. Ojcowie ciężko pracują po drugiej stronie rzeki, emeryci dyskutują w paru miejscowych barach, podczas gdy ich żony ucinają sobie południową drzemkę. Nic nie wskazuje na to, że po drugiej stronie rzeki turystyczny moloch przyciąga ludzi z całego świata, którzy co 10 minut wysypują się z samolotów, żeby robić tysiące zdjęć tramwajów, ośmiornic na talerzach i widoków miasta z kilkunastu miradouros, czyli punktów widokowych.

Seixal zdaje się mieć to gdzieś i jedynym hałasem w wąskich uliczkach jest trzepot prania za oknami. 

Naprawa łodzi

Ten dzień w Seixal był jednym nieco inny. Codzienna rutyna została przełamana przez karnawałową paradę. Niestety nie było nam dane jej zobaczyć, bo w południe było już po wszystkim, a jedyną oznaką że cokolwiek się działo było rozsiane po chodnikach konfetti, które sprzątały miejscowe służby. Zdąrzyliśmy jeszcze zobaczyć ostatnie grupki poprzebieranych dzieci, odprowadzane przez niepracujące mamy, lub dziadków do domu. Na pustych uliczkach grała jeszcze, ze specjalnie na tę okazję zainstalowanych głośników, karnawałowa muzyka w rytmach samby, ale i ta szybko ucichła i nastała zupełna cisza. Było coś w tym niezwykle magicznego, kiedy nagle człowiek uświadamia sobie, że jest zupełnie cicho i tylko fale Tagu odbijają się od, dopiero co wyremontowanej, nadrzecznej promenady, z której miejscowi są bardzo dumni. Nie było tutaj sklepów, kawiarni, czy lodziarni. Chciałem się napić gdzieś kawy, ale nie było za bardzo gdzie. Pewnie znalazlbym jakieś miejsce, bo przecież Portugalczycy bez “bica” (małej kawy) nie mogą żyć, ale nie było to ważne w tym momencie. Nie było też ważne, że spóźniliśmy się na paradę. Usiedliśmy na ławce i po prostu gapiliśmy się na rzekę, czując na policzkach promienie nieśmiałego jeszcze, marcowego słońca. I nie było już ważne nic.

Promenada

Idąc z powrotem na przystań mijaliśmy totalnie puste ulice, zaułki i place. Kiedy w końcu doszliśmy do przystani okazało się, że najbliższy katamaran jest za godzinę. Ale to też nie było ważne. Poszliśmy na położoną obok mini plażę, na której zamiast piasku były prawie same muszle. Układałem je w równych rzędach, zatrzymując się zupełnie w tej czasoprzestrzeni, jak gdyby na chwilę ktoś wcisnął pauzę na filmie. Ani się nie obejrzałem, a już byliśmy z powrotem na pokładzie statku, płynącego w stronę głośnej i chaotycznej Lizbony.

Tak. To była wspaniała ucieczka od niej…

D.

Przystań


3 Komentarze
  1. Niech ci nigdy do glowy nie przyjdzie zamieszkanie w Portugalii. Mieszkam tu juz kilka lat i nie moge doczekac sie powrotu. Powrotu do tej znanej mi obyczajowosci i kultury, ogrzewania zima w mieszkaniu i slonca wiosna zamiast deszczu. Wyrafinowanych przystawek zamiast chleba i pieknie ubranych na ulicy ludzi! Tego dążenia do “lepszego”. I wodki!

    1. Na szczęście moja chęć do osiedlenia się w Portugalii pozostaje wyłącznie w sferze marzeń. To fakt, brak ogrzewania w mieszkaniach jest przerażający, tym bardziej, że wiem jak zimno może być nocami poza sezonem. A polską wódeczkę można w Continente kupić;)

  2. Uwielbiam to moje Seixalowe “zadupie” 🙂 Tym bardziej teraz, kiedy tak bardzo wypiękniało 🙂 Pamiętam, jeszcze sześć lat temu, kiedy zębami zgrzytałam nad jego zaniedbanym i ponurym widokiem i marzyłam o polskich krajobrazach…ludziach…. Teraz, kiedy jestem w Polsce po kilku dniach tęsknię za tym spokojem…. chilloutem… niespiesznością….. za zachodami słońca nad zatoką ze szklaneczką cydru i…. za warzywniaczkiem…..i za panią w piekarni z którą nigdy nie zamieniłam słowa porozumiewając się jedynie uśmiechem…. I co z tego, że zimą chłodniej….. i co z tego, że latem woda w kranie ciepła tylko….. Siedząc na tarasie,sącząc sangrię z książką w ręku i kotem na kolanach czuję ten spokój i oddycham czystym powietrzem…. Fajnie tu jest! Kiedy czasami ochota mnie najdzie na “mocniejsze” wrażenia – prom – Lizbona i w ciągu dwudziestu minut jestem w innym świecie 🙂 Zawsze po tym lizbońskim “schodkowaniu” z ulgą wracam na “wieś”, gdzie mijając stado zaprzyjaźnionych owiec i kóz wędrując do domciu po drodze zrywam półdzikie pomarańcze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *