Czasem tak jest, że jak się jest na wakacjach w dużym mieście to ma się ochotę od niego odpocząć i chociaż na chwilę odnaleźć ciszę i spokój. Zwłaszcza kiedy podróżuje się przez pół Europy, a kolejnymi przystankami na trasie są duże, a czasem nawet, wielkie miasta. Uciekaliśmy już od Lizbony, o czym przeczytasz TUTAJ. Uciekaliśmy też z Egeru do małej wioski Noszvaj. Tym razem uciekniemy z Budapesztu. Żeby uciec z węgierskiej stolicy wystarczy wsiąść w auto i skierować się drogą numer 10 na północ. Tuż za granicą miasta, nad Dunajem leży Szentendre, które wielu Polaków określa mianem węgierskiego Kazimierza nad Wisłą.

Wyjeżdżamy wczesnym popołudniem, bo z samego rana daliśmy się jeszcze zgubić w budapesztańskim labiryncie, o którym będzie jeszcze mowa w innym poście. Docieramy w miarę szybko i parkujemy właściwie zaraz na początku miasteczka, przy głównej drodze, pod drzewem. Zaraz po wyjściu z auta zauważamy grupę kilkudziesięciu dzieciaków, tak na oko 10-12 lat, które zmierzają w naszą stronę. Najpierw nie wiemy o chodzi, ale za chwilę dostrzegamy, że przed naszą Łucją (tak mówimy na nasz samochód, bo pierwsze litery rejestracji to LUHA) stoi autobus, prawdopodobnie szkolny. Przechodzimy na drugą stronę ulicy, w kierunku rzeki. Nie patrzymy na mapę, bo Szentendre jest tak małe, że właściwie bez problemu w końcu dotrze się do jego malutkiego centrum.

Po budapesztańskich tłumach ludzi, autach, turystach, tramwajach i autobusach nie ma śladu. Dunaj jest tutaj na wpół dziki. Po drugiej stronie rzeki widać dużo drzew, po stronie miasteczka jest krótka promenada. Jak zwykle jesteśmy głodni, więc zauważając pierwsze małe domki nad rzeką, w których są bary i restauracje śledzimy uważnie każde menu, wywieszone przed ogródkami. Mamy już upatrzoną swoją knajpę, ale być może po drodze trafi się coś jeszcze lepszego. W końcu odbijamy z nadrzecznej ulicy w głąb wąskich uliczek i docieramy do małego placyku, który stanowi centralny punkt miejscowości. Jest tu malutki kościółek i mnóstwo knajp, cukierni, barów i lodziarni.

Wbrew pozorom Szentendre jest bardzo popularne wśród turystów a i mieszkańcy stolicy wpadają tutaj na obiad, lub spacer. Tak więc normalnie na ulicach są tłumy ludzi, ale w tym roku, ze względu na pandemię, jest zupełnie pusto i tylko kilku niedobitków takich jak my, spaceruje po brukowanych uliczkach. Nawet pieseł zmęczony upałem nie ma ochoty wałęsać się i rozłożył się na środku głównego deptaku.

Wodzeni coraz większym głodem idziemy w kierunku jednej z najlepszych, według Google, miejscowej jadłodajni . Znajduje się ona w małym domku, a że dookoła pełno takich, prawie wiejskich, chat łatwo ją przeoczamy . Kiedy w końcu orientujemy się, że coś jest nie tak, jesteśmy już prawie na końcu miejscowości. Zresztą o to nietrudno, bo rozmiary miasteczka są naprawdę niewielkie, za to zagęszczenie domów tak duże, że niektóre z uliczek mają ledwie metr szerokości. Wracamy się i siadamy w barowym ogródku, który kiedyś pewnie był prawdziwym, przydomowym ogrodem. Zamawiamy zupę krem z papryki, która okazuje się strzałem w dziesiątkę i kilka przystawek min. humus, pieczone warzywa, ser i cevapcici, czyli pieczone kotleciki z mięsa baraniego, wieprzowego i wołowego. To bardzo popularne danie na Bałkanach, a że Węgry mają do nich blisko i tu można często je spotkać.

Szczęśliwie najedzeni ruszamy dalej. Znów mijamy puste ulice, kolorowe okiennice, zamknięte sklepy z pamiątkami i galerie sztuki. Gdzieś po drodze, w wydawać by się mogło, bocznym zaułku pojawia się mini ratusz, a naprzeciwko dowód na to, że świat skomercjalizował się już do reszty, bo zza rogu wyłania się mały sklepik… Disneya, który nijak tu pasuje. Wspinamy się na małe wzgórze – najwyższy punkt miasteczka, z którego widać dokładnie gdzie kończy się miejscowość. Widać też Dunaj i morze krytych drewnianym gontem, dachów.

Ratusz
Sklep Disneya

 

Wracając natykamy się jeszcze na nową modę, która parę lat temu opanowała cały świat czyli ulicę parasolek. Nie wiem jakie miasto było tego prekursorem, ale dziś parasolkowe pasaże stały się tak popularne, że robiąc sobie zdjęcie na ich tle już w sumie nie wiadomo, czy jesteśmy jeszcze w Europie, a może to już Azja lub Ameryka Południowa.

Tak więc i Szentendre ma swoje kolorowe, instagramowe parasolki. Mimo to, można tu odnaleźć błogostan. Może nie będą to prawdziwe, autentyczne Węgry, ale w sumie to co dziś jest w 100% autentyczne? Może tylko szum wody przepływającego Dunaju, szelest liści i gra cieni, na odrapanych, kolorowych ścianach. I to wystarczy. Do zobaczenia w Szentendre…

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *