Przychodzi taki moment w życiu każdego człowieka, kiedy ma tą przyjemność… napisać recenzję książki. No może nie każdego, ale takiego, który pisze bloga. Książka to “ Merhaba”, a jej autor to Witold Szabłowski. Nie, wcale nie jest moim kolegą, nigdy nawet nie widziałem Pana Witolda, dlatego nie muszę wychwalać tej książki i mogę podejść do niej zupełnie obiektywnie. “Merhaba” jest o Turcji, ale będzie zawiedziony ten, który szuka przewodnika, praktycznych informacji dla turystów, czy kolorowych zdjęć plaż, lazurowego morza, czy zabytków Stambułu. Zdjęcia owszem i są, ale wszystkie są czarnobiałe i daleko im do katalogów biur podróży. Czytało mi się łatwo i szybko, bo książka składa się z krótkich, nie powiązanych ze sobą, reportaży, więc nie musiałem przypominać sobie o czym autor pisał 50 stron wcześniej.

Pomimo łatwości czytania,  poruszane w reportażach tematy nie zawsze były lekkie. Przyznam szczerze, że początek książki trochę mnie zniechęcił. Nie jestem fanem historii Imperium Osmańskiego i politycznej zawieruchy pierwszej połowy dwudziestego wieku, choć na pewno dzieje Hikmeta- jednego z największych, tureckich poetów, którego los przygnał do Polski, gdzie zmienił nazwisko na Borzęcki, są zaskakujące. Dalej jednak robi się już tylko ciekawiej. Autor pisze o  współczesnej, wielobarwnej Turcji. Czasem są to lekkie tematy jak na przykład fenomen tureckich telenowel, które robią w Grecji i w wielu innych krajach do tego stopnia furorę, że niektóre czasopisma zaczęły dodawać do swoich wydań płyty CD z intensywnym kursem języka tureckiego.

Która z naszych mam nie uciszała nas podczas “ Wspaniałego Stulecia”- bardzo popularnego i w Polsce serialu, lecącego całkiem niedawno na Jedynce? Inny reportaż dotyczy tureckiej herbaty, która ma trzy stopnie intensywności i można ją wypić praktycznie wszędzie np. ze sprzedawcą, podczas zakupów na targu. Autor pisze też o tureckim przemyśle erotycznym, który upadł w latach 70-tych, kiedy Turkowie z dnia na dzień przestali chodzić do kin, bo odkryli, że wszystkie sceny były tylko odgrywane przez aktorów i nie miały nic wspólnego z prawdziwym seksem. Dowiadujemy się też o niezwykłej dbałości o wygląd  tureckich mężczyzn, których zarost musi być zawsze idealny, klata wygolona, a włosy w uszach i nosie wypalone zapalniczką. Akurat pod tym względem niemieccy Turkowie są bardzo podobni do swoich braci z Turcji, co łatwo zauważyć na ulicach Berlina, czy Mannheim, gdzie wychodzący koniecznie z BMW, lub Mercedesa (nieważne który rocznik) ma zawsze idealnie ścięte włosy i zadbaną brodę. Nie bez powodu też najlepszymi fryzjerami w Niemczech są Turkowie. 

Fragment o tureckiej kuchni nie tylko spowodował u mnie ślinotok, ale również przemożną chęć znalezienia w okolicy prawdziwej, tureckiej restauracji. Nie takiej z turecką pizzą, czy kebabem, ale miejsca, gdzie znajdę pierożki nadziewane białym serem z miętą, ryżu zawiniętego w liście winogron i dziesiątek innych, tureckich odpowiedników tapas. Na razie szukam, o wynikach poinformuję. Ciekawy jest też temat tureckiego Casanovy, którego można łatwo znaleźć w każdym tureckim kurorcie i który zawsze romansuje z kilkoma turystkami naraz, obiecując im często nawet małżeństwa, a kiedy zostaje przyłapany, płacze jak dziecko. 

W drugiej części książki przechodzimy już do tematów znacznie trudniejszych, ale równie ciekawych. Każdy z nas widział w telewizji tysiące uchodźców, ale jak to wszystko wygląda w rzeczywistości? Autor dotarł do jednej z miejscowości na zachodzie Turcji, która stała się bazą wypadową dla emigrantów, próbujących za wszelką cenę dostać się do wymarzonej Europy. Nikt tutaj nie używa słowa przemyt. Nie płaci się haraczu, ale bilety, a za dodatkowy bagaż jest też dodatkowa opłata, jak w samolocie. Na kolejnych stronach poznajemy też smutne historie tureckich prostytutek, które są sprzedawane do burdeli nawet przez swoich mężów, którzy tylko po to biorą z nimi ślub, żeby zarobić na transakcji sprzedaży. 

Najbardziej fascynującym dla mnie reportażem w całej książce jest ten o Ali Agcy- zamachowcu, który strzelał do papieża. Jego niesamowity życiorys jest tym bardziej zaskakujący, że w jego rodzinnej miejscowości jest uważany za bohatera, a podczas meczów miejscowej drużyny trybuny jednym ciągiem skandują: “niech żyje Agca, niech żyje papież”. Autor dociera nawet do brata Ali Agcy i jego rodziny, która dość pokrętnie próbuje wytłumaczyć i usprawiedliwić jego zachowanie. 

Książkę kończy wstrząsający temat honorowych zabójstw kobiet w Turcji. Nawet dłuższe spojrzenie  kobiety na mężczyznę może zrodzić plotkę o jej złym prowadzeniu, która spowoduje, że rodzinna starszyzna wyda na nią wyrok śmierci, a na zabójcę, często wbrew swojej woli, zostanie wyznaczony jej brat, lub mąż. Nie tylko plotka może doprowadzić do tragedii, podwożenie do domu przez kolegę ze szkoły czy gwałt, no bo skoro kobieta została zgwałcona to widocznie sama się prosiła. To wszystko wciąż się dzieje w całej Turcji, a zwłaszcza w jej wschodniej, bardziej tradycyjnej części, o której mieszkańcy Stambułu, lub innych nowoczesnych miast na zachodzie mowią, że mieszkają tam dzikusy.

I taka jest właśnie Turcja. Pełna sprzeczności. Kraj w którym w metrze w Stambule można spotkać kobiety w Hidżabie i w krótkiej mini. Jak bardzo jesteśmy przepełnieni różnymi stereotypami dotyczącymi Turcji i Turków, zwłaszcza tutaj, w Niemczech, gdzie czasem idąc przez miasto przez pół godziny nie słychać ani razu niemieckiego języka tylko wszędzie turecki. Moja konkluzja po przeczytaniu tej książki jest taka: warto chociaż trochę bardziej poznać ten fascynujący kraj, zarówno jego jasne jak i bardzo ciemne strony. Pomoże nam w tym na pewno “ Merhaba”, dlatego bardzo polecam!

P.S. Czytając tę książkę na pewno nie raz wyrwie się Wam do kogoś obok: “a słyszałeś o tym”, “miałeś pojęcie, że”, lub “ to niesamowite, że” i na pewno nie uzyskacie twierdzącej odpowiedzi.

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *