Tybinga – optimal (ne) miasto

Tybinga jest proszę Państwa szwabska.

4

Gdyby spytać przeciętnego Polaka co to jest Tybinga, w najlepszym wypadku stwierdziłby, że to miasto. Z jego lokalizacją byłoby już pewnie dużo gorzej. Tybinga jest proszę Państwa szwabska. Przecież wszystkie miasta w Niemczech są szwabskie, odpowiedziałby zaskoczony Polak, a Niemcy to przecież Szwaby. Otóż w tym wypadku Tybinga naprawdę jest szwabska to znaczy leży w krainie geograficznej, zwanej Szwabią (po niemiecku Schwaben). Szwabia najprościej rzecz ujmując leży na samym dole Niemiec, na lewo od Bawarii, chociaż tak naprawdę obejmuje również część Bawarii. Miasto leży tylko dwie godziny jazdy od nas. Oznacza to, że w momencie kiedy mój lewy pośladek zaczyna orientować się, że reszta ciała znajduje się w jakiejś dłuższej podróży, dociera się na miejsce. A więc optymalnie daleko. Zresztą słowo optymalny (niemieckie optimal) pojawi się w tym poście jeszcze nieraz.

Rynek
Rynek w Tybindze.

Korona w starym stylu

Do Tybingi docieramy o 9 rano. Być może, gdybyśmy jechali na zwykłą wycieczkę, poranne guzdranie trwałoby o wiele dłużej, ale jechaliśmy z nie byle jakiego powodu. Jechaliśmy na zaproszenie. I to nie byle kogo, bo samego miasta. A miastu Tybindze się po prostu nie odmawia. Zresztą trzeba by być chyba niepoczytalnym wiedząc, że czeka nas nocleg w czterogwiazdkowym hotelu Krone, na którego tabliczce przy wejściu widnieje jeszcze w dodatku napis superior. No skoro superior to już w ogóle musi być nie tylko optimal, ale zwyczajnie super. W hotelowej recepcji czekała na nas tajemnicza torba z napisem Presse Reise (podróż prasowa). W środku znaleźliśmy rożne mapy, foldery i …mieszankę studencką. Nie był to przypadkowy upominek, bo Tybinga to miasto przede wszystkim studenckie.

To dzięki uniwersytetowi się rozwinęło i do dziś to najważniejsza instytucja w mieście, która zajmuje większość najważniejszych, najstarszych i najpiękniejszych gmachów miasta. Nie było mi dane nacieszyć się obszernym pokojem z aneksem kuchennym i tym co lubię najbardziej, czyli specyficznym klimatem starych hoteli. Dzisiaj niestety już coraz trudniej znaleźć hotele, które nie należą do jakiejś sieci i nie wyglądają identycznie pod każdą szerokością geograficzną. Krone ma jeszcze to coś, co trudno jednoznacznie wytłumaczyć, ale składają się na to długie, nie kończące się korytarze, wyściełane miękkimi dywanami, ciężkie zasłony, wszechobecne kinkiety, kanapy i fotele na każdym kroku. No i obowiązkowy miedziany dzwoneczek na recepcji.

Hotel Krone Tybinga
Za rogiem znajduje się nasz aneks kuchenny, gdzie popełniliśmy zbrodnię, przysmażając na patelni kupne pierogi.
Hotel Krone Tybinga

Miejscowa celebrytka

Jak już już wspomniałem mogłem to tylko zobaczyć w przelocie, bo zaraz miała się pojawić w hotelowym lobby nasza przewodniczka Andrea Bachmann (specjalnie piszę jej pełne imię i nazwisko, bo prosiła o to wielokrotnie). Bardzo baliśmy się, że czeka nas parogodzinny spacer, w trakcie którego zostaniemy zasypani datami, historycznymi wydarzeniami, stylami architektury i tysiącem innym rzeczy, które wlecą jednym uchem, po to, aby zaraz wylecieć, w przerwie między ziewnięciami, a drugim. Andrzeja, bo tak ją nazwałem, okazała się być tego totalnym przeciwieństwem, a wędrówka nią przez miasto bardziej przypominała arcy ciekawą opowieść zakochanej w swoim mieście przyjaciółki, niż pani przewodnik, nie ujmując oczywiście ogromnej wiedzy, jaką posiada.

Andrzeja to lokalna celebrytka. Jej miejsc pracy, piastowanych urzędów i stanowisk nie sposób zapamiętać. Jednego dnia pracuje w miejskiej informacji turystycznej, innego widzimy ją, przyjmującą rejestracje do testów na koronę. Po godzinach śpiewa w lokalnym chórze, a w międzyczasie koordynuje festiwal filmowy, wydaje przewodnik i robi jeszcze milion innych różnych rzeczy. Oczywiście każdy ją tutaj zna, więc kiedy spacerujemy z nią po zaułkach Tybingi, wciąż kogoś pozdrawia, lub ucina sobie krótkie small talki, by na koniec stwierdzić, że jedyną okazją do odpoczynku od celebryctwa są wyjazdy do Berlina, gdzie JESZCZE nikt jej nie zna.

przewodnik
Andrea Bachmann

Najdłuższa aleja Niemiec

Najpierw Andrzeja zaprowadza nas do centrum testów na koronę. Takie centra testowe są rozsiane po całym mieście, więc nie czekamy zbyt długo w kolejce. Po prostu optimal. Po pobraniu próbki otrzymujemy specjalną bransoletkę z kodem QR. Ma to nam umożliwić sprawdzenie po kilku minutach testu za pomocą telefonu, ale też jest informacją dla sprzedawców i pracowników knajp, że jesteśmy bezpieczni i możemy wejść do środka. Łatwo, sprawnie i szybko, czyli optimal.

Ponieważ nasz hotel znajduje się w samym sercu miasta już po paru krokach docieramy do pierwszej atrakcji, czyli wyspy na rzece Neckar. Wyspa powstała przez wykopanie sztucznego kanału wzdłuż rzeki. Dzięki temu powstał tutaj jeden z pierwszych w Niemczech terenów spacerowych, gdzie człowiek miał bliższy kontakt z naturą. Wcześniej zwykli rzemieślnicy, czy kupcy nie wyobrażali sobie, by po ciężkiej pracy można było odpoczywać spacerując na łonie natury. Pionierska Tybinga poszła o krok dalej i zaproponowała swoim mieszkańcom najdłuższą w całym kraju platanową aleję, składającą się z 88 drzew.

Sędziwie platany stoją tu do dzisiaj, chociaż coraz częściej trzeba stosować róże podpórki i liny, by były nadal bezpieczne dla spacerowiczów. Wciąż jest to bardzo popularne miejsce, zwłaszcza wśród 30 tysięcy miejscowych studentów, którzy okupują nie tylko wszystkie ławki, ale też nadrzeczny mur. Jest to też popularne miejsce oświadczyn, chociaż w przypadku Andrzeji chyba było trochę inaczej, bo pochodzi ona z Flensburga, oddalonego od Tybingi o jakieś 400km. Chociaż któż to wie…

Platany
Platanowa Aleja

Dwubiegunowy piechur

Naprzeciwko wyspy znajduje się wieża (uwaga, trudna nazwa) Hölderina. Jest to część większego domu, w którym mieszkał, jak sama nazwa wskazuje Hölderin. Dokładniej wynajmował w nim pokój, a żeby było śmieszniej, czynsz płacił rodzinie Zimmer (Zimmer to po niemiecku pokój). Tak, wiem, wiem, z pewnością nie macie pojęcia co to za Hölderin, ale gdybyśmy to samo pytanie zadali mieszkańcowi Szwabii, odpowiedziałby bez chwili wahania, że to pisarz i poeta. Jego wiersze można znaleźć na przykład w na tabliczkach, wbitych w ziemię , w okolicznych winnicach. Fryderyk, bo tak miał na imię tworzył w latach 1793-1803.

Pomimo że nigdy nie był w Grecji doskonale władał greką i przetłumaczył na niemiecki wiele greckich dzieł, np. Antygonę. Nieszczęśliwa miłość, a do tego choroba dwubiegunowa (której nie leczono jeszcze w tamtych czasach) doprowadziły do jego śmierci w wieku zaledwie 37 lat. Fryderyk zdążył jednak tuż przed śmiercią przejść pieszo z Frankfurtu do Bordeaux (ponad 1000 km), a potem jeszcze wrócić do Niemiec. Zreszta nie był to dla niego wielki wyczyn. Chodził na przykład 30 km co tydzień do rodziny, na niedzielny obiad. Podczas takich spacerów tworzył swoje dzieła, dlatego miały one swój charakterystyczny rytm, zgodny z tempem chodu.

Dziś jego dom nad rzeką ( a właściwie pokój), opatulony starymi murami, kryje futurystyczne wnętrze. Pomimo że to świeżo co otwarte, poświęcone poecie muzeum, nie znajdziemy tutaj starych mebli i innych, typowym muzealnych eksponatów. Są za to interaktywne pokoje , w których można pobawić się z językiem i lingwistyką. Brzmi może przerażająco, ale to naprawdę ciekawa ekspozycja. Moje serce skradła gra podobna do komputerowego Mario, w której trzeba pokonywać przeszkody skacząc na każdą sylabę wyrazów. Fascynujące, jak z pozoru nudny temat, można przedstawić w nowoczesny i porywający sposób. A tak na marginesie: sami Niemcy mają problem z interpretacją i czytaniem wierszy Fryderyka. Nie jest to bynajmniej spowodowane jego chorobą. 😉

Lingwistyka w muzeum
Nowoczesne wnętrza muzeum.

Uleczyć duszę związanych

Tuż obok domu Hölderina, a właściwie w jego ogrodzie, stoi drzewo. Niestety nie pamiętam co to za drzewo, ale utkwiło mi w pamięci, że co roku miasto produkuje z niego nalewkę. Jej limitowaną serię można kupić w sklepie. Idylliczny ogródek nie powstał tutaj przypadkowo. Góruje nad nim olbrzymi budynek dawnego szpitala. Dziś optima(ną) Tybingę obsługuje aż 17 szpitali, ale w czasach Hölderina całe miasto obsługiwał jeden uniwersytecki. Znajdowały się w nim wszystkie oddziały, w tym również psychiatryczny. Zamiast wiązać pasami, zbudowano pacjentom ogród, który miał „leczyć ich dusze”, co było ewenementem w ówczesnej służbie zdrowia.

Dziś nie ma już tutaj szpitala, ale wnętrza nadal okupują studenci, już nie medycznych wydziałów. Zresztą okupują oni nie tylko ten, ale wszystkie większe budynki w mieście, a wiele zabytkowych kamienic to akademiki. Łatwo je rozpoznać bo ich partery pokrywają graffiti, wątpliwej urody. No cóż…dla miejscowych studentów nie ma żadnych świętości, a już na pewno nie liczy się stopień „uzabytkowienia” ich domostw.

Przez okulary widać wujaszka

Jak się tak chodzi po mieście to oczywiście prędzej czy póżniej człowiek robi się głodny. Przed nami jednak było jeszcze wiele punktów, a Andrzeja wcale nie miała zamiaru zwalniać tempa. Wkrótce jednak wydarzyła się niespodzianka. Podeszliśmy do małych, szwabskich delikatesów na rynku, tuż obok przepięknego ratusza. Myślałem, że nasza celebrytka znów spotkała jakąś znajomą. Tym razem była to, specjalnie dla nas, przygotowana przez sklep Silberburg degustacja. Czekała na nas kaszanka, Fleischkäse, ser i precle, a do tego pyszny Apfelschorle. W sklepie znajdziecie wszystko czym może się szwabska ziemia pochwalić, łącznie z tak abstrakcyjną dla Polaków, szwabską whisky.

To, co może wydawać się mało niemieckie, tutaj ma wieloletnią tradycję. W Szwabii jest nawet więcej destylarni niż w całej Szkocji razem wziętej. Przewagą miejscowego trunku jest to, że nie ma tu wielkich koncernów i rozlewni, które całkowicie opanowały już szkocki rynek. Szwabskie destylarnie są z reguły małe i nie używają w procesie produkcji torfu. Jego wydobycie jest w Niemczech surowo zakazane. Oferują jednak wyborne trunki, o czym mieliśmy się przekonać już parę godzin później.

Tymczasem po zakąszeniu kaszaneczką spróbowaliśmy największej dumy sklepu Silberburg czyli trunków z serii Schwarzstoff. Właściciel sklepu oprócz sprzedaży szwabskich specjałów zajmuje się również produkcją ginu, owocowego brandy cydru i likierów. Każdą butelka zaopatrzona jest w specjalne okulary na etykiecie. Spoglądając przez nie widzimy na przeciwległej ściance różne komiksowe postaci, które firmują poszczególne smaki. I to wcale nie po wypiciu całej butelki. 😉 Część z nich jest prawdziwa, np. Uncle Willy (najlepszy przyjaciel właściciela). Są też fikcyjne, na przykład Sis’s Mercy, czyli dwie siostry zakonne popijające wiśniówkę. My spróbowaliśmy gin Bro’s Gun z wyraźną nutą różowego pieprzu oraz jabłkowo – gruszkową brandy Uncle Buddy, której honorowym patronem był…pies właściciela. Nigdy nie byłem entuzjastą tego typu trunków, ale muszę przyznać, że bardzo mi smakowały. Tak więc…Dawid Owczarzak. Polecam. 😉

Pleksa
Panie chwaliły się, że mają najpiękniejszą pleksę w mieście.
degustacja
Nasza degustacja przygotowana przez sklep Silberturm.

Tybinga jest po prostu optimal(na)

Popijając alkoholowe napoje prawdopodobnie stresowalibyśmy się, że zaraz będziemy musieli pokonać milion schodów, aby dotrzeć na szczyt miejscowej katedry. A tak niczego nie świadomi i zrelaksowani, opróżnialiśmy kolejne kieliszki. Być może to właśnie dzięki nim tak łatwo i przyjemnie się potem wchodziło na górę. I to w tempie ekspresowym, bo Andrzeja z szybkością błyskawicy pokonywała kolejne stopnie i trudno było dotrzymać jej kroku. Równie szybko otwierała kolejne drzwi tajemniczym pękiem kluczy. Dzięki temu odkrywaliśmy kolejne zakamarki kościoła (aktualnie niedostępne dla przeciętnego turysty), łącznie z katedralnym strychem.

Na górze oczywiście bardzo wiało. Nie przeszkadzało to Andrzeji w wywodzie na temat jak bardzo Tybinga optimal miastem jest. Nie za duża, tak by po 15 minutach spaceru z rynku, znaleźć się w środku lasu, a po 40 minutach lokalną komunikacją szusować na nartach. No i nie za mała, dzięki czemu atrakcje, zarezerwowane dla większych miast typu teatry, kina, galerie i studenckie kluby, są na wyciągnięcie ręki.

Pan od fuksji

Zanim się rozstaliśmy Andrzeja pokazała nam jeszcze tzw. Nonnenhaus. Nonnenhaus (czyli Dom Zakonnic) został tak nazwany prawdopodobnie z powodu tego, że mieszkało tam kiedyś parę zakonnic, ale być może była to tylko grupa zwykłych lokatorek. To jeden z najstarszych , zachowanych miejskich domów w Niemczech, z 1488 roku, całkiem niedawno, pieczołowicie odrestaurowany. W domu tym mieszkał też Leonhart Fuchs, który w przydomowym ogródku wyhodował wiele roślin, które później okazały się leczniczymi. Jego nazwisko pewnie niewiele Wam mówi, ale kiedy skojarzy się z je balkonowymi roślinami będzie to dobry trop. Tak, tak, to od pana Leonharta nazwane zostały fuksje.

Fascynujące, że wnętrza tak starego domu nie zostały zamienione na muzeum i wciąż toczy się w nich zwykłe, codzienne życie. Na górnych kondygnacjach są zwykłe mieszkania, a na parterze księgarnia, połączona ze sklepem odzieżowym. W ich wnętrzu można przymierzać ubrania w chyba najbardziej staro wyglądającej garderobie na świecie. 500-letnie kamienie, pokrywające ściany i podłogę, kontrastują z całkiem współczesnymi, plastikowymi wieszakami na ubrania.

Nonnenhaus Tybinga
Domek Pana od fuksji.

Setki tysięcy wycinanek

Rzut beretem od Domu Zakonnic znajduje się miejskie muzeum. Tu również nowoczesność miesza się się z historią i to jeszcze w większym stopniu niż w Nonnenhaus. Zachowana fasada starego magazynu zbożowego z 1453 roku łączy się z nowoczesnym wnętrzem z surowego betonu. Najlepsze jest to, że wszystko tu jakoś do siebie idealnie pasuje. Poznawanie historii Tybingi pewnie i było by ciekawe ale dużo ciekawsze jest wystawa, poświęcona Lotte Reiniger.

Powszechnie uważa się, że prekursorem filmu rysunkowego był Walt Disney, jednak to właśnie Lotte stworzyła pierwszy na świecie pełnometrażowy film. Poszczególne jego kadry tworzyła z papierowych wycinanek. Posiadała niezwykły talent wycinania bez wcześniejszych szkiców, tzn. jej ołówkiem były nożyce. Postacie miały ruchome elementy, tak by w kolejno fotografowanych scenach mogły zmieniać pozycje, stwarzając wrażenie ruchu. Powstały w 1926 roku film był efektem tytanicznej pracy i 300 tysięcy zdjęć. Tysiące jej papierowych dzieł, rozsianych po całym świecie, zostało zebranych w jednym miejscu. Jedynym muzeum na świecie, gdzie można je wszystkie zobaczyć jest właśnie to, w Tybindze.

Wycinanki
Wycięte z papieru, ruchome postaci, występujące w filmie.

Won z sieciówkami

Dokładnie naprzeciwko muzeum znajduje się Löwen Laden (Lwi sklep). To jedyny market na całym starym mieście. Stworzony przez fundację, specjalnie na prośbę mieszkańców, którzy narzekali na brak możliwości robienia zakupów. Inne sieciówkowe dyskonty nie mają tu wstępu, ze względu na zachowanie unikatowego klimatu dzielnicy. Podobnie jest z odzieżowymi sieciówkami. Jest ich tylko kilka i mają nie rzucające się w oczy szyldy. Nie oznacza to bynajmniej, że centrum Tybingi jest martwe i nie można tam zrobić zakupów. Wręcz przeciwnie. Sklepów i knajp jest mnóstwo, ale wszystkie one mają prywatnych właścicieli i nie należą do żadnych sieci. Dzięki temu znajdziemy tutaj mnóstwo bardzo ciekawych sklepików. Palarnie kawy, lokalne produkty, piekarnie z domowym pieczywem, second handy z modą z lat 80-tych, sklepy z wyposażeniem wnętrz w stylu meksykańskim ,prowansalskim, czy zegarmistrz, produkujący własne zegarki.

zegarmistrz
Tybiński zegarmistrz, wytwarzający również własne zegarki. Niestety już rzadkość w dzisiejszych czasach.

Wszystko to nie jest niczym dziwnym, za to kebaba, czy sieciówkowej pizzerii można ze świecą szukać. Dzięki restrykcyjnej polityce miasta, która skrupulatnie kontroluje kto i gdzie może otworzyć swój sklep, Tybinga uniknęła błędu prawie wszystkich niemieckich miast. Ich handlowe ulice wciąż , jak refren, powtarzają stały zestaw sklepów. Tak więc w optimal (nym) mieście obok zabytków, również sklepy są atrakcją samą w sobie. Lokalsi wciąż chętnie stoją w kolejce do piekarni po precle, lub bułki, a warzywa kupują od okolicznych gospodarzy, na straganach. Rozstawiają się one na rynku i okolicznych ulicach trzy razy w tygodniu.

ratusz
Ratusz w Tybindze i targ.

Tutaj rzygał Goethe

Po czterech intensywnych godzinach z Andrzeją czyli Andreą Bachmann (powtórzę raz jeszcze, niech się cieszy nasza celebrytka) rozstaliśmy się w bardzo znamiennym punkcie miasta, obok akademika, zajmującego zabytkową kamienicę. Właściwie to już nie akademik, bo byli studenci, po prostu zostali w nim po studiach, a miasto zbytnio nie protestowało. Dziś to taka komuna, w której działa też jeden z najpopularniejszych, studenckich klubów, w którym noce zarywały też dzieci Andrzeji. Na byłym akademiku wisi tabliczka: „Tutaj wymiotował Goethe”. Ten swoisty rodzaj podziękowania słynnemu poecie jest wynikiem jego niepochlebnych miastu listów, które pisał przebywając w Tybindze. Nie było to może spowodowane samym urokiem miasta, lub jego brakiem, ale tym, że Goethe trafił na bardzo zła pogodę. Znudzony i narzekający na brak zainteresowania ze strony gospodarzy, dał upust swoim narzekaniom w licznych listach.

Oczywiście na wzór wielu innych miast, w których przebywał Goethe, nawet przez parę godzin, również i Tybinga ma popularną tabliczkę z cyklu: „Tutaj, w tym i tym roku przebywał Goethe”. Najśmieszniejsze jest to , że tabliczka ta znajduje się dosłownie parę metrów od tabliczki informującej o jego wymiocinach. No cóż…Szwabom nie tylko można przypisać legendarne skąpstwo (na temat którego często żartowała Andrzeja), ale też wyrafinowaną złośliwość. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w zwiedzaniu miast z przewodnikiem, ale jeśli tak to wygląda (a mam ogromną nadzieję, że tak jest) to ja już nigdy nie chcę zwiedzać na własną rękę. Chociaż charyzmę i poczucie humoru Andrzeji raczej trudno już będzie przebić. O! Andrzejo, jejo, jejo…wróżę Tobie wielką karierę, jeśli tylko zdecydowałabyś się na zostanie w Berlinie. 🙂

akademik w Tybindze
Były akademik i tabliczka „Tutaj rzygał Goethe”.

Bo szwabska whisky jest bardzo dobra

Ostatnim punktem naszego pierwszego, szwabskiego dnia była degustacja whisky. Tym razem już nie w sklepie, ale w destylarni, z prawdziwego zdarzenia. Może się to wydawać dziwne i lekkomyślne, ale udaliśmy się na nią…samochodem (ale ciiii, nie mówcie o tym nikomu). Zresztą nie przypuszczaliśmy, że będziemy degustować aż takie ilości. W celach degustacyjnych udaliśmy się do destylarni Ammertal. Nazwa wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z Ameryką, ale z pobliską rzeką Ammer (tal to po niemiecku dolina). Rzeka przepływa przez Unterjesingen, które do niedawna było osobną wsią, ale dokładnie 50 lat temu zostało przyłączone do Tybingi. Pan Volker Theurer, właściciel Ammertal, produkuje nie tylko szwabską whisky, ale też brandy, likiery, giny, Mosecco (czyli musujące wino z owocowego moszczu), wódkę, a od niedawna piwo. Każdy może u niego zdegustować alkohole, ale pod warunkiem, że grupa będzie miała minimum 10 osób. Oczywiście dla nas zrobił wyjątek. 🙂

Przed degustacją można sobie obejrzeć film, na którym sam pan Volker opowiada o produkcji whisky. Po degustacji zaopatrujemy się w trunki, które szczególnie przypadły nam do gustu. Gdyby kosztowanie się przedłużył można skorzystać z hotelu i restauracji pana Volkera. A wszystko to w zabytkowych, kilkusetletnich zabudowaniach, gdzie z każdego kąta wyziera historia. Whisky kojarzy się każdemu z drewnianymi beczkami i piwnicami, na których wilgotnych ścianach pleśnie malują różnorodne wzorki. No i dokładnie tak to wygląda w Ammertalu. Szczególnie przypadła nam do gustu orkiszowa whisky, ale wódeczka miętowa też była wyśmienita. I tak oto w przeciągu zaledwie paru godzin stałem się wielbicielem whisky. Oczywiście nie byliśmy wstanie wrócić od razu do hotelu, więc postanowiliśmy trochę pospacerować po okolicy. Cisza, pola, majacząca w oddali kapliczka na wzgórzu (do której pojechaliśmy dwa dni później) i pasące się owce zupełnie nie wskazywały na to, że znajdujemy się nadal w mieście.

destylacja szwabskiej whisky
Destylacja szwabskiej whisky.
piwniczka
Wejścia do piwniczki strzeże diabeł, który wcześniej był wykorzystywany jako teatralna maska.

Szwabska zbrodnia

Szwabska gospodyni pewnie stwierdziłaby, że popełniamy właśnie przestępstwo, bo na koniec dnia kupiliśmy w SKLEPIE Maultaschen. Wbrew recepturze z opakowania, która mówiła, że należy je ugotować w bulionie, przyrządziliśmy je na patelni z masłem w naszym hotelowym, kuchennym aneksie. I wiecie co? Były pyszne. Parę tygodni później przypadkiem na Youtubie trafiłem na test, w którym szwabscy przechodnie mieli wybrać, które pierogi lepiej im smakują. Pięćdziesiąt procent wskazało na te ze sklepu. Tak więc chyba nie popełniliśmy aż takiej zbrodni…Wy też na pewno jej nie popełnicie, przyjeżdżając do Tybingi…

4 Comments

  1. Andrea Bachmann

    Vielen Dank! Ihr habt so schöne Texte und Fotos, dass ich mich noch einmal neu in meine Lieblingsstadt verliebe! Herzliche Grüße aus Tübingen von Andrea, eurer Gästeführerin!
    http://www.andrea-bachmann.de

    1. Michał Bator

      Wir möchten uns nochmals ganz herzlich für die sehr interessante Stadtführung bedanken. Wir wünschen Ihnen nur nette Touristen und gelungene Ausflüge nach Berlin:)

  2. FUKO

    Długa i interesująca relacja. W dodatku bardzo ciekawe zdjęcia. Gratulujemy i pozdrawiamy!

    1. Michał Bator

      Wielkie dzięki. Z ręką na sercu możemy polecić Tybingę i zachodzimy w głowę dlaczego wciąż tak mało znana jest wśród Polaków. Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *