Nasz Budapeszt [cz.2] – nie ufaj zdjęciom na AirB’n’B!

Dziś zabiorę Cię w kolejną podróż po przepięknym Budapeszcie.
Miłej lektury!

0

Kolejny dzień w Budapeszcie rozpoczęliśmy od śniadania w naszym mało udanym mieszkaniu z AirB’n’B. Śniadanie było rewelacyjne, bo mieliśmy wałówkę od mamy i kuzynki w postaci smalczyku i ogórków kiszonych. Nawet węgierski, chałkowaty chleb był niczego sobie. Niestety niesmak jaki budziło we mnie otoczenie był nie do przejścia. Starałem się za bardzo nie rozglądać na boki i skupić na posiłku.

Nasze mieszkanie w Budapeszcie

W pierwszej części relacji z Budapesztu, pisałem o tym jakie mieszkanie tam na nas czekało. Nie dość, że było brudno, to jeszcze tego poranka odkryłem w kuchni mrówki, a w salonie pod sufitem pajęczyny z zaplątanymi w nich muchami. Pająk zapewne się cieszył z tego widoku, ale my tak nieszczególnie. Jakby tego było mało, to kuchenka gazowa była niezbyt sprawna. Najpierw trzeba było odkręcić główny zawór gazu. Zastanawiałem się po co w ogóle go zakręcają. Potem okazało się, że pokrętła od poszczególnych palników trzymają się na słowo. Nie można było w stu procentach stwierdzić, czy gaz jest tym pokrętłem dobrze zakręcony czy też nie, ponieważ pokrętła te kręciły się jak im się podobało. Zagadka z zaworem głównym została wyjaśniona.

Nie zapomnę też łazienki, która była wprost obleśna. Na szafkach kleił się kurz, nad prysznicem wisiały czyjeś włosy. Pojedyncze oczywiście, nie cały skalp. Postanowiłem napisać do właściciela z nadzieją, że zaproponuje nam posprzątanie mieszkania, gdy wyjdziemy zwiedzać miasto. Niestety nie doczekałem się takiej odpowiedzi, a w zamian za to otrzymałem następującą informację: „dziękuje mi za zwrócenie uwagi na problem, przekaże sprzątaczce, żeby przed następnymi gośćmi bardziej się postarała”. I to by było na tyle. To znaczy, że my przez następne cztery dni nadal będziemy mieszkać w brudzie. Mogliśmy ogarnąć to sami, bo środki czystości były w szafce razem z mopami i innymi przydatnymi gadżetami. Nie przyjechałem jednak do Budapesztu po to, by sprzątać czyjeś mieszkanie. Tym bardziej, że aby doprowadzić je do ładu potrzeba było spokojnie całego dnia, a na to szkoda nam było czasu.

Budapeszt
Parlament

Czy można ufać komentarzom na AirB’n’B?

Ten, kto korzystał kiedykolwiek z aplikacji AirB’n’B wie, że można też tam wystawić opinię wynajmującemu i najemcy. Wszystko byłoby super, gdyby wszystkie opinie były publikowane. Niestety jest tak, że nasz komentarz zostanie udostępniony publicznie dopiero wtedy, gdy nasz host wystawi komentarz nam. Można więc bardzo szybko wywnioskować, że skoro napisałem do niego wcześniej, że w mieszkaniu jest brudno, to spodziewa się on też pewnie, że komentarz mój nie będzie zbyt pochlebny. Co więc robi właściciel mieszkania? Nie wystawia opinii mi i tym samym mój komentarz nigdy nie ujrzy światła dziennego. No więc teraz czy można ufać opiniom na AirB’n’B? No tak nie do końca.

Obiecuję, że i mieszkaniu już więcej nie napiszę. Koniec marudzenia. Mam na myśli mieszkanie w Budapeszcie bo wszystkie kolejne były super i z pewnością o nich wspomnę.

Tuż po śniadaniu wybraliśmy się do centrum, by zobaczyć piękną kamienicę, która nie raz robiła za scenografię do hollywoodzkich filmów. Oczywiście nie był to jedyny cel tego dnia, ale z pewnością jeden z ważniejszych.

Pociągiem po Budapeszcie

Żeby nie marnować czasu, postanowiliśmy, że pojedziemy do miasta pociągiem. Drugą opcją był autobus. Oczywiście metro też jest i jest szybkie. Tego dnia akurat było jeszcze zamknięte z powodu remontu, i autobus je zastępował. Oczywiście jechał też dużo dłużej, więc słusznym wyborem okazał się właśnie pociąg.

Dworzec kolejowy znajduje się w pobliżu wynajętego przez nas mieszkania, a dostęp do peronów na nim jest nieco utrudniony. Tak naprawdę nie było żadnej, w stu procentach bezpiecznej możliwości wejścia na peron, ponieważ nie było ani przejść podziemnych, ani też kładek. Trzeba było więc przejść po torach. W dodatku był tam dość duży ruch lokomotyw i pociągów technicznych, które wykonywały wówczas różne manewry. Co prawda był szlaban, ale tylko na przejeździe, a ludzie i tak omijali go bokiem.

W dodatku pociągi tam również do najnowszych nie należały. Dla mnie to nawet dobrze, bo uwielbiam klimat starych wagonów. Ich zapach i ten charakterystyczny stukot, który mnie usypiał, gdy byłem dzieckiem.

Wysiedliśmy na dworcu Nyugati, o którym pisałem w liście 40 miejsc, które trzeba zobaczyć w Budapeszcie (warto przeczytać). Z dworca udaliśmy się prosto pod budynek parlamentu, by zobaczyć, czy robi takie samo wrażenie w dzień, jak i w nocy. Robi. Następnie skoczyliśmy do pobliskiego sklepu spożywczego po coś do picia. Kupiliśmy sobie po butelce coli u usiedliśmy na ławce na placu przy ulicy Batorego. Niedaleko parlamentu. Chwilę odsapnęliśmy, bo przecież pięciominutowa podróż pociągiem jest strasznie męcząca, i poszliśmy zobaczyć kamienicę.

Kamienica Szabadság tér 16

Znaleźliśmy ją! Choć tak właściwie nie jest wcale trudna do znalezienia. Jest tak charakterystyczna, że trudną ją wręcz przeoczyć. Ponoć kamienica ta jest najbardziej znanym budynkiem mieszkalnym w mieście. Wcześniej była siedzibą węgierskiej spółki żeglugowej, co widać po zdobieniach na elewacji, które nawiązują do morza i morskich zwierząt. Były to czasy, kiedy jeszcze Węgry miały dostęp do Morza Adriatyckiego.

Dziś budynek jest w bardzo złym stanie, jednak mimo to, wciąż mieszkają w nim ludzie. Z uwagi na mieszkańców właśnie, nie można sobie tam wchodzić jak nam się podoba i trzeba liczyć na uprzejmość lokatorów. Pewnie w kółko dzwoni im domofon, bo tacy jak my przychodzą i chcą zobaczyć wnętrze. Nam się poszczęściło, bo akurat z budynku wychodziła pani listonosz. Zapytaliśmy grzecznie czy można, i oczywiście przytaknęła, choć z pewnością było jej to zupełnie obojętne.

Kamienica w środku jest przepiękna. Zniszczona, ale przepiękna. Nic dziwnego, że filmowcy sobie ją upodobali. Niestety po zrobieniu kilku zdjęć, w drzwiach wejściowych stanęło dwóch mężczyzn. Byli to robotnicy, którzy wykonywali tam właśnie prace remontowe, bo na szczęście miasto w końcu się wzięło za remont tego budynku.

Panowie byli delikatnie zdziwieni naszą obecnością i szybko nas stamtąd wyprosili pod pretekstem niebezpieczeństwa, gdyż konstrukcja ich zdaniem groziła zawaleniem. Dziwne, że w takim razie wciąż mieszkają tam ludzie.

Nie udało nam się więc zobaczyć nic poza podwórkiem, a wiem, że klatka schodowa i w ogóle wnętrza w kamienicy są niesamowite. Można zobaczyć je na YouTube. Zresztą podobnych miejsc w Budapeszcie jest mnóstwo, tylko trzeba wchodzić przez bramy na podwórka. Jest jeden gość, który odkrywa w Budapeszcie właśnie takie miejsca i robi im przepiękne zdjęcia. Chciałem tu podlinkować, ale niestety nie mogę go teraz zlokalizować. Ale Wy szukajcie, a być może znajdziecie.

Kamienica Blade Runner
Nic dziwnego, że kręcą tu filmy. Klimat jest.

Tramwaj numer 2 w Budapeszcie

Następnym punktem tego dnia była przejażdżka słynnym tramwajem numer 2. Tramwaj ten mija na swojej trasie większość najsłynniejszych atrakcji w mieście, a w dodatku jego tory biegną w dużej części wzdłuż rzeki, co dodatkowo potęguje doznania podczas przejażdżki. Tak właściwie wystarczyłoby postawić w środku przewodnika, który opowiadałby o mijanych miejscach, i można by zwiedzić Budapeszt w nieco ponad 20 minut, bo właśnie tyle zajmuje przejechanie trasy.

My do końca nie jechaliśmy, ale prawie, gdyż wysiedliśmy w pobliżu głównej hali targowej. Jest to największa i najstarsza hala targowa w mieście. Została zniszczona podczas Drugiej Wojny i odbudowana pod koniec XX wieku. Można tam kupić zarówno owoce i warzywa jak i ciuchy, lub można też zjeść coś na miejscu. Obowiązuje tam też jedna zasada podczas zakupów. Towar zawsze podaje sprzedawca. Nie grzebiemy sami.

Po hali targowej poszliśmy zobaczyć jeszcze dwie biblioteki, które bardzo chciałem zwiedzić, bo są niesamowicie piękne w środku, jednak ze względu na choróbsko panujące teraz na świecie, były one zamknięte. Mimo to informacje o nich znajdziesz tu.

Tramwaj w Budapeszcie

Alternatywa dla drogiej New York Cafe

Planowaliśmy podczas pobytu w Budapeszcie odwiedzić słynną kawiarnię New York Cafe. Niestety po sprawdzeniu cen w tej kawiarni, zrezygnowaliśmy. Zwyczajnie dlatego, że nie mieściło się to w naszym budżecie. Ja wiem, że pobyt tam to atrakcja sama w sobie, jednak postanowiliśmy poszukać równie wspaniałej, ale nieco tańszej alternatywy. W ten sposób znaleźliśmy Párisi Passage Café & Brasserie. To hotel, pasaż oraz kawiarnio-restauracja w jednym. Przepiękne wnętrza w paryskim stylu, bardzo uprzejma obsługa, pyszna kawa i w dodatku o wiele tańsza niż w „Nowym Jorku”.

W pasażu jest tak luksusowo, że czułem się nieco onieśmielony. Panowie w eleganckich garniturach otworzyli nam drzwi, schludnie ubrana kelnerka zaprosiła do stolika. Z każdego kąta wyskakiwał przepych i luksus. Nawet toalety były jakby luksusowe. Pomyślałem sobie, że trochę obciachowo tak nagrywać i robić zdjęcia wewnątrz tego wspaniałego budynku, podczas gdy mijają nas ludzie, którzy z pewnością zapłacili krocie, by tam przenocować. Na moje szczęście była tam też para, małżeństwo na oko po 60, którzy zachowywali się jak nastolatkowie na koncercie Lady Gagi. Co dwa metry przystawali i robili sobie fotki. W dziesięciu różnych pozycjach. No więc stwierdziłem, że skoro oni się nie przejmują, to dlaczego ja mam się krępować. Wyciągnąłem więc aparat i zrobiłem kilka ujęć.

Po kawce w paryskim stylu, udaliśmy się do lodziarni naprzeciwko. Jégbüfé to jedna z najsłynniejszych lodziarni i cukierni w mieście, choć ponoć ciasta mają tam teraz przeciętne, to mieszkańcy z sentymentu tam chodzą. Nie wiem czy informacja o ciastach jest prawdziwa, bo my tam jedliśmy tylko lody, a te były całkiem dobre. Obsługa tylko taka średnio miła.

Kawiarnia w Budapeszcie

Wielka Synagoga w Budapeszcie

Po lodach poszliśmy zobaczyć Wielką Synagogę. Jest największa w Europie i trzecia co do wielkości na świecie, po Nowym Jorku i Jerozolimie. Zbudowana w stylu mauretańskim. Synagoga została wysadzona w powietrze siedem miesięcy przed wybuchem II Wojny Światowej przez pronazistowskie ugrupowanie, a odbudowano ją dopiero w 1996 r. za 5 mln dol. ufundowanych przez Estee Lauder – amerykański koncern kosmetyczny. Niestety z wiadomych przyczyn nie można było do niej wejść. Podobnie jak z trzema kolejnymi atrakcjami, które chcieliśmy zobaczyć tego dnia. Mianowicie Węgierska Opera Państwowa, oraz dwie biblioteki. Biblioteka Metropolitalna Ervin Szabó oraz Biblioteka Uniwersytecka. Tak bardzo zależało mi na tych bibliotekach, bo naprawdę robią ogromne wrażenie. Niektórzy nawet porównują ich wnętrza do wnętrz Hogwartu, a że ja jestem fanem Harry’ego Pottera… W każdym razie pocałowaliśmy klamkę i poszliśmy na obiad.

Restauracja w której ucztowaliśmy nazywa się Kisharang Étkezde. Opinie w necie są dobre, ale nie urywają, z tym, że jak się zagłębi w treść tych opinii, to wszyscy chwalą jedzenie, a narzekają na jednego typka z obsługi. Nie wiemy nawet czy nadal tam pracuje, ale przez niego ludzie dawali po jednej gwiazdce, co dla mnie jest jakimś absurdem. Niby dlaczego zaniżać ocenę aż tak, tylko przez kelnera? W każdym razie my chcemy zjeść coś dobrego i lokalnego, więc jeżeli chodzi o żarełko, to opinie mieli bardzo dobre.

Na stół wleciała obowiązkowa, węgierska zupa gulaszowa oraz domowy makaron z twarogiem ze śmietaną, i do niego mocno paprykowy gulasz. Dla mnie wszystko było rewelacyjne. Nieskomplikowane, domowe i wizualnie niegrzeszące, ale przecież taka domowa kuchnia powinna być!

Inna Strefa
Pomnik koło Synagogi
Obiad
Obiadek

Bary w ruinie

Kolejną atrakcją z jakiej słynie Budapeszt, to bary otworzone w starych, walących się budynkach, czyli ruinach. Oczywiście nie walą się, ale dla zobrazowania sytuacji uznałem, że fajniej tak brzmi. Jest ich w stolicy Węgier kilka, albo nawet kilkanaście, a my na dzisiejszy wieczór wybraliśmy chyba ten najbardziej znany, czyli Szimpla. Czyta się to Simpla, ponieważ Węgrzy sz czytają jak s, a samo s jak polskie sz.

Bar ten, a właściwie bary, bo jest ich tam chyba z dziesięć, został zrobiony w budynku, który dawniej był jakimś zakładem (choć właściwie wygląda jak stara kamienica i jest w centrum miasta). Pomysł był taki, żeby ratować stare budynki i zamiast je burzyć, wykorzystać do czegoś innego, jednocześnie nie niszcząc tego co jest i nie pozbawiając budynku duszy. Pomysłodawca zebrał grupę ochotników, którym plan się spodobał i tak oto powstał kompleks barów w ruinie.

Każda z osób miała oczywiście własną, odjechaną wizję na swój bar, a więc efekt końcowy zwala z nóg. Ściany w większości zostały takie, jakie było. Czyli brzydkie i odrapane. Wygląda to tak, jakby przez lata nikt tam nie urzędował, aż przyszły jakieś świrusy, nastawiały przypadkowych rzeczy z wystawki i zrobiły sobie squat. Tym sposobem mamy tam shisha bar, w którym zamiast stolików i krzeseł są wanny. To w nich sobie leżymy lub siedzimy we dwoje i w nich jesteśmy obsługiwani. Jeden bar ma małe telewizorki kineskopowe na wszystkich ścianach upchane tak gęsto, że skojarzyły mi się z jakimś centrum dowodzenia tajnych służb. W jednym wiszą dziesiątki żyrandoli, niekoniecznie do siebie pasujących, a w jeszcze innym jest sala chirurgiczna i fortepian wiszący na ścianie. Jeden wielki galimatias, ale wygląda niesamowicie! Zwłaszcza w nocy, gdy wszystko jest pięknie oświetlone. Coś niesamowitego!

M.

Dla zainteresowanych jest też film na naszym kanale na YouTube, w którym możecie zobaczyć wszystko to, czego tu nie napisałem i nie pokazałem. Na przykład Szimple. 🙂

Ruin bar w Budapeszcie
Szimpla

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *