Strasburg w dwa dni – panna młoda w czerni, czary mary i syfilis.

Już dwa razy miałem okazję odwiedzić to piękne miasto w północno-wschodniej Francji, jednak za każdym razem podróży tej towarzyszył konkretny cel i nie było czasu na zwiedzenie miasta. Tym razem było inaczej. Co nas urzekło w Strasburgu? Zapraszam do lektury.

0

Strasburg. Gdy słyszymy tę nazwę, automatycznie przypisujemy do niej konotacje polityczne, ze względu na to, iż miasto to jest siedzibą licznych urzędów Unii Europejskiej, m.in. Parlamentu Europejskiego, czy Trybunału Praw Człowieka. Nie raz widzimy w telewizji zdjęcia właśnie z tych miejsc, i o ile ich architektura jest ciekawa, to tak naprawdę nie wiemy za bardzo jak wygląda samo miasto i co w sobie kryje. Tymczasem okazuje się, że stare miasto w Strasburgu (Grande île), które znajduje się na wyspie, jest wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO. Dlaczego? O tym później. Niechaj będzie wszystko chronologicznie.

Widok na Katedrę

Przysmaki kuchni alzackiej

Ze względu na to, że do stolicy Alzacji przyjechaliśmy mniej więcej w porze obiadowej, to zwiedzanie zaczęliśmy od odwiedzenia regionalnej restauracji, aby skosztować tutejszych przysmaków. Restauracja nazywa się Aux Armes de Strasbourg i skupia się na kuchni alzackiej. Niektóre z potraw znamy również z kuchni niemieckiej, lub ich bardzo podobne wersje. Wszystko przez to, że tutejsze tereny bywały też chwilowo niemieckie, a więc kulinarnie (i być może kulturowo) granice nieco się pozacierały. 

Na dzień dobry przy wejściu powitała nas miła pani, która wskazała nam nasz stolik. Otrzymaliśmy kartę, poprosiliśmy o lokalne Crémant i zaczęliśmy studiować menu zagryzając czekadełko i sącząc orzeźwiające, musujące wino. Wybór nie był łatwy, ponieważ wszystkie propozycje brzmiały fantastycznie. Na początku rozważałem domowy quiche, jednak ostatecznie wybrałem Pâté, czyli coś pomiędzy pasztetem, a naszą pieczenią. Dawida wybór był oczywisty i nie podlegał dyskusji. Ślimaki. Jakże by inaczej? Przecież jest we Francji. Natomiast w przypadku dania głównego byliśmy jednogłośni. Tatar. Nie wiem czy wiecie, ja już kiedyś o tym pisałem, ale tatar tak naprawdę jest francuskim daniem, choć wielu polaków myśli, że to wymysł naszych regionów. Oczywiście różni się dodatkami, ale zapewniam, że jest równie wspaniały. Jedyne co było mi niepotrzebne to parmezan (lub podobny ser). Wiem, że ładnie wyglądał, ale jakoś nie pasuje on do tatara. 

Poza tymi daniami typową dla tamtego regionu jest Tarte flambée, czyli cieniutkie ciasto chlebowe, w standardowej wersji z kwaśną śmietaną, boczkiem i cebulą. Trochę jak pizza, tylko lepsze. 😉

Pyszny, francuski tatar. Obowiązkowo z frytkami.

Strasburg – Zabytkowa karuzela i Katedra

Teraz najedzeni możemy zwiedzać miasto. Na początek plac Gutenberga, przy którym znajduje się restauracja Aux Armes de Strasbourg. Plac ten nosi nazwę rzemieślnika, który stworzył pierwszą przemysłową metodę druku na świecie. Oczywiście na placu tym również znajduje się jego pomnik. Poza pomnikiem jest też przepiękna, zabytkowa karuzela, która nadal raduje nie tylko dzieci, ale także dorosłych. Jej piękni najbardziej uwydatnia się po zmroku, gdy rozbłysną wszystkie zamontowane na niej żarówki. Bajka.

Niedaleko placu Gutenberga, jakieś 200 metrów na wschód, znajduje się jeden z najważniejszych, albo nawet najważniejszy zabytek. Mianowicie Katedra Najświętszej Marii Panny. Zbudowana z czerwonego piaskowca między 1176–1439 rokiem do dziś urzeka licznymi zdobieniami w stylu romanizmu i gotyku. Od początku XVII wieku, do prawie końca XIX wieku, była najwyższym budynkiem świata. Pamiętam ją z mojego drugiego pobytu w tym mieście, kiedy pojechaliśmy tam na Jarmark Bożonarodzeniowy. Wieczorem, wśród straganów, świątecznych dekoracji i zapachu grzanego wina i świątecznych ciastek, zawisła w mej głowie jak pocztówka na lodówce.

Zabytkowa karuzela
Katedra Notre Dame

Mała Francja

Dalej, będąc na starym mieście, nie sposób nie zapuścić się do Petite France, czyli Małej Francji, znanej również jako Dzielnica Garbarzy. Mała Francja również stanowi część wyspy i dodatkowo poprzecinana jest kanałami. Uroku dodają jej brukowane uliczki i średniowieczne domy z muru pruskiego. Cztery kanały, które dzielą dzielnicę, łączy Ponts Couverts, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „okryte mosty”. Nazwa ta wzięła się z tego, iż mosty dawniej były zadaszone. Co prawda od XVII wieku daszków już nie ma, ale nazwa została. Podobnie jak wieże, które razem z mostami stanowiły strukturę obronną miasta. Dalej znajduje się tama, która broniła miasto przed powodziami. Na niej jest taras widokowy, z którego podziwiać można stare miasto. 

Jedną z najbardziej znanych atrakcji dzielnicy jest La Maison des Tanneurs, czyli Dom Garbarzy z 1572 roku. Jeśli będziecie mieli szczęście, tak jak my, to traficie może na jakiś występ w jego pobliżu. Nam udało się zobaczyć koncert orkiestry dętej późnym wieczorem tego samego dnia.

Nazwa „Mała Francja” pochodzi od „hospicjum syfilityków”, które zostało zbudowane pod koniec XV wieku na wyspie, w celu leczenia osób chorych na kiłę, zwaną wówczas po niemiecku Franzosenkrankheit, czyli „choroba francuska”.

Po lewej zabytkowy dom garbarza
Widok z tamy na „przykryte” mosty

Muzeum aż ciarki przechodzą

Strasburg potrafi zaskoczyć. Po spacerze przez Petite France, udaliśmy się do muzeum, w jakim nigdy wcześniej nie byłem. Jak tylko zobaczyłem, że takowe tam jest, nie mogłem go pominąć. Chodzi o muzeum Voodoo. Tam dowiedziałem się, jakim byłem ignorantem w stosunku do tej wiary. Voodoo zawsze kojarzyło mi się z południową Ameryką, Brazylią, może Meksykiem. Nie wiem dlaczego. Poniekąd miałem rację, bo w Brazylii na przykład Voodoo jest praktykowane, jednak tak naprawdę pochodzi z Afryki. Możecie się teraz ze mnie śmiać, że to Ameryka była pierwszym, co przychodziło mi do głowy na myśl o Voodoo.

W muzeum można zobaczyć między innymi laleczki, różne figurki, kostiumy do odprawiania rytuałów i dowiedzieć się jakie wyznawcy Voodoo mają tradycje i obrzędy. Tyle, że aby się dowiedzieć, trzeba znać jeden z języków dostępnych w audio-przewodniku. Na przykład angielski lub niemiecki. Niestety nawet to nie pomaga w każdym temacie. Po pierwsze prawie wszystkie tabliczki zamieszczone przy eksponatach są tylko w języku francuskim. Szkoda. Po drugie nawet włączając przewodnika przy wybranych eksponatach otrzymujemy komunikat „aby dowiedzieć się czegoś na temat tego przedmiotu, przeczytaj opis znajdujący się na ścianie”. To bardzo pomocne, prawda? Zwłaszcza, że opis jest po francusku. Jest to natomiast rzecz, którą we Francji spotyka się często. Nawet w tak dużym mieście jak Paryż opisy często są tylko w języku francuskim. Szkoda, że przeciętny turysta z nich nie skorzysta. Tak więc polecam uczyć się francuskiego. To bardzo ładny język.

Mimo wszystko eksponaty w muzeum zrobiły na mnie wrażenie, a w niektórych momentach przyprawiły o dreszcze. Zwłaszcza, gdy ogląda się ludzkie czaszki ozdobione różnymi przedmiotami, albo widzi figurkę bliźniaków. Jak się okazuję, bliźniacy według wierzeń Voodoo, nie mogą żyć bez siebie. W sensie, gdy jeden umrze, drugi też, a więc aby się przed tym uchronić, robi się figurkę, w którą wchodzi dusza zmarłego, aby drugi bliźniak mógł dalej żyć.

Czaszka „szamana”
Symbole Voodoo

Strasburg i Najstarsze wino świata

Na zakończenie dnia udaliśmy się do Cave Historique des Hospices de Strasbourg, czyli szpitalnej piwnicy, w której znajduje się najstarsze na świecie wino. Serio. Nadal mają oni wino z roku 1472 oraz oryginalną beczkę, w której wówczas było leżakowane. Oczywiście beczka się już do niczego nie nadaje, a więc jest tylko eksponatem, natomiast wino przelewa się co jakiś czas do nowej beczki. Oczywiście można je też zobaczyć w butelce. Jest to białe wino, jednak przez czas i leżakowanie, bardziej przypomina różowe.

W piwnicy dodatkowo zobaczyć można olbrzymią beczkę zrobioną z okazji Wystawy Światowej w Paryżu w 1889 roku. Ponadto jest też beczka, która należała do Ludwika XVI. Czad, co nie? No i przede wszystkim można tam też kupić wino, które w tamtejszych beczkach jest leżakowane, jak i wina regionalnych producentów. 

Przed nami wejście do piwnicy
To jeszcze nie jest największa beczka

Batorama i park l’Orangerie

Kolejnego dnia nie mieliśmy jakoś specjalnie dużo czasu, a miejsc do zobaczenia było jeszcze sporo, no i droga między nimi była dość odległa. Na szczęście Strasburg ma najbardziej rozwiniętą linię tramwajową we Francji, a więc dojazd do poszczególnych miejsc nie stanowi problemu. W dodatku tramwaje mają fantastyczne, wielkie okna, dzięki czemu można podziwiać miasto ze środka. 

Poranny Strasburg zaczęliśmy odkrywać podczas spaceru po mieście i przejażdżki łodzią „Batorama”. Płynie ona po rzece i kanałach, pokazując nam najważniejsze atrakcje widoczne z poziomu wody. Wchodząc na pokład dostaje się jednorazowe słuchawki, które podłączamy do urządzenia przy fotelu i słuchamy ciekawostek na temat miasta. 

Po rejsie chcieliśmy zobaczyć muzeum Alzacji, jednak to z jakiegoś powodu było tego dnia czynne dopiero po 13. Nastąpiła więc mała zmiana planów i udaliśmy się do parku de l’Orangerie, który jest niedaleko Parlamentu Europejskiego. Park ten jest przepiękny i z pewnością można w nim miło spędzić niedzielne popołudnie z rodziną i przyjaciółmi. Można tam zobaczyć zróżnicowaną roślinność o całej rozpiętości barw i kolorów. Mają tam również restauracje, kawiarnie i małe zoo. Tam też napiliśmy się kawy, chociaż z jakiegoś powodu w tamtejszym barze cappuccino podają z bitą śmietaną w sprayu zamiast ze spienionym mlekiem. 

Widok z wejścia na pokład

Strasburg i Parlament Europejski

Dodawszy sobie energii poszliśmy z wizytą do Tuska i Merkel. Taki żarcik. Oczywiście nie było ani jednego, ani drugiej. Poszliśmy zobaczyć Parlament Europejski. Aby tam wejść, trzeba przejść małą kontrolę. Można wziąć audio-przewodnik, albo zwiedzać samemu. Jeżeli myślicie, że można zobaczyć każde pomieszczenie, to muszę was rozczarować, choć powinno to być oczywiste. Do zwiedzania jest wyznaczona trasa i tylko niektóre poziomy, ale wystawa zorganizowana na trasie zwiedzania jest niezwykle interesująca. Najbardziej podobało mi się okrągłe pomieszczenie z biurkami i fotelami, gdzie dookoła na ścianach wyświetlane były filmy o historii Unii Europejskiej. Jako, że Polska należy do Unii, byłoby dziwnie, jakby treści nie były również w języku polskim, a więc spokojna wasza rozczochrana. Jest też po polsku. A jako europejczyk będący w Strasburgu, Parlament jest punktem obowiązkowym do zobaczenia.

Po zwiedzeniu parlamentu zrobiło się popołudnie, a więc muzeum już otworzyli. Jeśli lubisz stare domy, średniowieczne klimaty, to jak najbardziej jest to miejsce dla Ciebie. 

Muzeum Alzacji

Muzeum Alzacji znajduje się w centrum miasta, w starym domu, który wyglądem, zwłaszcza podwórka, przypominał mi szekspirowskie opowiadania. Piękne wnętrza urządzone jak dawniej, do tego kostiumy i przedstawione alzackie tradycje. Czy wiedzieliście, że dawniej panny młode ubierały się na czarno? Później inne ciemne kolory, a tak na prawdę dopiero od niedawna zaczęły nosić białe suknie? W muzeum można również zobaczyć piękne, drewniane szafy, łóżka, narzędzia, jakich wówczas używano, a także stare dewocjonalia. Jak już wspomniałem, sam budynek jest fantastyczny, ponieważ jest prawie równie stary, jak eksponaty w nim zebrane. Dodatkowo podczas zwiedzania mamy widok z okien na stare miasto. 

Jedno z pomieszczeń w muzeum
Podwórko

Strasburg poleca się nie tylko latem, ale również w okresie zimowym, gdyż mają oni największy w Europie Jarmark Bożonarodzeniowy. Wtedy całe stare miasto ozdobione jest świątecznymi dekoracjami. Nie tylko stragany i ulice, ale również domy. I to na bogato! Nawet świątecznie udekorowane domy z amerykańskich filmów im nie dorównują. To trzeba zobaczyć przynajmniej raz w życiu. My w tym roku, jak wszystko się uda, chcielibyśmy pojechać tam gdy będzie jarmark. Trzymajcie kciuki, to zobaczycie o nim film na YouTube. Póki co możecie zobaczyć tu nasz antyczny post o jarmarku w Strasburgu.

M.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.