Co prawda mieliśmy w planie pojechać na jeden dzień do Makao, jednak nie mieliśmy konkretnego planu ani terminu. Całkiem spontanicznie padło hasło „jedziemy jutro do Makao?”. No i następnego dnia tak właśnie uczyniliśmy.

Zacznijmy może od tego, że Makao to (podobnie jak Hongkong) to specjalny region administracyjny Chin, który do 20 grudnia 1999 roku był kolonią portugalską. Około 2049 roku będzie już w pełni pod władzami Chińskiej Republiki Ludowej. Tak więc jest niby Chińskie, a jednak nie. Gdy Hongkończyka nazwiemy Chińczykiem, jest to delikatne faux pas (po prostu oni są Hongkończykami i kropka). Z tego względu również Makao nie umieszczamy w kategorii Chiny. To celowy zabieg, jeśli ktoś by się tym interesił 😛

Makao
Panorama Makao

 

No dobra. Nie zanudzam już suchymi faktami. My jemy śniadanko w naszym śniadaniowym lokalu i jedziemy.

Śniadanie w Hongkongu
Śniadanie w Hongkongu. Placek ziemniaczany, ryba i jajka sadzone. Dawid miał kurczaka chyba. 😛

Jak dotrzeć do Makao?

Aby dostać się do Makao, trzeba płynąć promem. My wyruszyliśmy z China Hong Kong Ferry Terminal przy Gateway Blvd. Wejście na terminal jest lekko zakamuflowane, albo z nas takie ciapy, bo przeszliśmy obok myśląc, że to wejście do galerii. Mieliśmy wcześniej upatrzonego przewoźnika, jednak po wejściu na terminal, przed kasami rzucił się na nas Chińczyk (tu właśnie faux pas, napisane zanim nakreśliłem poprzedni akapit :D) z zapytaniem „do Makao?”, na co my „tak”. No więc Pan zaznajomił nas ze swoją ofertą, my w tym zamieszaniu wzięliśmy od niego bilety na przewóz inną firmą niż planowane i w efekcie wyruszyliśmy 20 minut później promem Cotai Water Jet.

Podróż trwa niecałą godzinę, a cena biletu w jedną stronę to $165. Osobiście uwielbiam podróżowanie drogą wodną, więc czas upłynął mi bardzo przyjemnie. Po dotarciu na miejsce, trochę zakręceni jak zwykle, wzięliśmy mapę z punktu informacyjnego i przy okazji poprosiliśmy panią o wskazanie nam na mapie terminalu, z którego mamy powrotny prom. Otóż w Makao wysiadaliśmy na Macau Outer Harbour Ferry, a powrotny prom był z Macau Taipa Ferry Terminal. Gdy już pani się nas pozbyła, sprawdziliśmy czy do miasta jedziemy taksą, czy może pójdziemy pieszo. Mimo tego iż pogoda średnio nam dopisała, bo cały dzień lało, zdecydowaliśmy się rozłożyć parasol i szurać z buta.

Tym promem mieliśmy płynąć :D
Tym promem mieliśmy płynąć 😀

Mapa. Skomplikowana rzecz…

Przed portem rozciąga się ulica Avenida de Amizade (większość nazw nadal jest w języku portugalskim). Poszliśmy w prawo, właściwie nie wiem dlaczego, bo do miasta można dojść z każdej strony. Może dlatego, że z prawej strony chodnik częściowo zasłaniał wiadukt, który choć trochę uchronił nas przed deszczem. Tam też, pod osłoniętą od deszczu częścią, mijaliśmy pracowników budowy, którzy wsuwali „makarą” na wynos. Biedni… Taka pogoda, a oni muszą pracować pod gołym niebem.

Tak na prawdę, to średnio wiedzieliśmy gdzie idziemy. Według mapy, trzeba było minąć wzgórze Guia. Skręciliśmy więc w prawo na Rua de Malaca, przeszliśmy do końca i dalej co? Właściwie to sam nie pamiętam dokładnie jak trafiliśmy na drugą stronę. Wiem, że po drugiej stronie Av. Do Dr. Rodrigo Rodrigues (fajnie się koleś nazywał :P), szliśmy między zabudowaniami, aż doszliśmy do windy, która wjeżdżała na wzgórze. Nie na szczyt, ale tak ze 20 metrów może. Może nawet nie. W każdym razie po wyjściu z niej, trafiliśmy na przejście, które akurat było w trakcie remontu. Na końcu trafiliśmy na rozwidlenie, gdzie jedna droga prowadziła do centrum, jednak nie tam gdzie chcieliśmy, a druga prowadziła  na szczyt wzgórza. Pomyśleliśmy, że może idąc pod górę, odbijemy gdzieś w lewo i wylądujemy tam, gdzie chcieliśmy. Idziemy i idziemy, zziajani, spragnieni, a w połowie drogi okazało się, że w pobliżu nie ma innego zejścia do miasta. Także rozczarowani naszymi umiejętnościami czytania mapy, wróciliśmy na drogę prowadzącą ku miastu.

Choć na chwilę poczuj się jak celebryta 😀

Naszym celem na początek była Katedra św. Pawła, a właściwie jej południowa fasada, która się ostała po pożarze w 1835 roku. Po drodze, jak na miasto turystyczne przystało, mijaliśmy cukiernie, McDonald’s oraz liczne sklepy z pamiątkami. Co mnie jednak zaskoczyło, to krajobraz zupełnie różniący się od tego w Hongkongu. Kamienice nie były wysokie i wyglądały podobnie jak te w Lizbonie, z tą różnicą, że na nich wisiały klimatyzatory. Generalnie miasto wygląda bardzo europejsko. Wąskie ulice wykładane kamieniem, małe sklepiki w kamienicach, pranie rozwieszone na sznurkach. Nawet teren taki górzysty jak w Lizbonie.

Kamienice
Kamienice

 

Do katedry dotarliśmy od strony północnej (czyli od tyłu). Generalnie z poziomu ulicy nie wyglądała dla mnie jakoś specjalnie spektakularnie, jednak gdy ją minęliśmy i zeszliśmy schodami w dół i się obróciliśmy to… wow. Patrząc z dołu na dość bogato zdobiony mur, stojący na wysokości, to jednak robi wrażenie.

Pstryknęliśmy sobie fotki i schodząc w dół zaczepiły nas dwie chińskie turystki. Chyba matka z córką. Tak przynajmniej wyglądały. Starsza macha mi aparatem przed nosem i coś tam nawija po mandaryńsku. Pomyślałem, że chce żebym im cyknął fotkę. Wziąłem więc jej aparat i pokazałem żeby się ustawiły do zdjęcia. Ta mi zaczyna kręcić głową i machać łapkami. Potem zrozumieliśmy, że chodzi im o zdjęcie z nami! To dość zabawne, ale ludzie z Chin kontynentalnych, a zwłaszcza z małych miejscowości, rzadko mają okazję zobaczyć na żywo europejczyków, czy generalnie białych ludzi, a wielu nawet w ciągu całego życia  nie zobaczy ani jednego. Dlatego też biali są w Makao dodatkową „atrakcją” dla Chińczyków. Tak więc przez sekund parę, poczuliśmy się jak celebryci. 😀 Niestety chwilę później znów byliśmy zwykłymi zwiedzaczami…

Gwiazdy przed katedrą

 

Mięso w cukierni?

Następnym punktem naszej wycieczki był Plac Largo Do Senado. Poszliśmy więc wzdłuż Rua de Sao Paulo. Kolejna wąska uliczka prowadząca do głównego placu, a na niej dziesiątki sklepików, barów i cukierni. Te ostatnie są chyba najciekawsze. Z tych słodyczy, które próbowaliśmy w Azji, śmię stwierdzić, iż nie są one jakieś zajebiaszcze, jednak są tam takie, które warto spróbować.

Rua de Sao Paulo

Typowe dla Makao są na przykład tarty jajeczne. Takie same jak te w Lizbonie, choć Dawid twierdził, że w Portugalii robią lepsze. Jak się później okazało, miał rację. Poza tartami, wszędzie można kupić typowe dla Makao kruche ciasteczka migdałowe, czyli almond cookies. W tamtejszych cukierniach, ciastka nie są jednak na pierwszym miejscu. Króluje tam… suszone mięso. Tak, dobrze czytacie. Suszone mięso na słodko, w różnych smakach. Nazywa się to beef/pork jerky i choć suszone mięso, w dodatku na słodko, brzmi dla nas nieco dziwnie, to naprawdę jest dobre. Nam najbardziej smakowała wołowina o smaku barbecue. Ogólnie jednogłośnie stwierdziliśmy, że suszona wołowina jest smaczniejsza od wieprzowiny, ale jak już się tam jest to warto spróbować jednego i drugiego.

Suszone mięso
Suszone mięso

Po przeciśnięciu się przez tłum ludzi, doszliśmy do placu Largo Do Senado. Na placu znajduje się między innymi budynek poczty i kościół Św. Dominika. Najbardziej podobała mi się jednak kostka na placu. Była taka sama jak w Lizbonie. Przy okazji tak samo śliska i gdy jest mokro, to radzę stąpać ostrożnie. 😉

Plac Largo Do Senado

Po dość długim łażeniu, przyszedł czas na obiad, a jak obiad w Makao, to co? McDonald’s?! No tak… Jakoś tak wyszło 😀

To tyle na dziś. Niebawem wrzucę kolejną część, a po jej przeczytaniu, to już w ogóle zobaczycie jakie z nas sieroty. 😀

M.

A to ja :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *