Łódź w Lizbonie

Kolejny dzień w Lizbonie był dla nas szokujący. Ale zacznijmy od początku, dość niewinnie, od LX Factory. Pod tą nazwą kryje się kompleks poprzemysłowych budynków, w których urządzono min. bary, restauracje, sklepy z pamiątkami, galerie sztuki, biura i hostel. Znajduje się tutaj również wiele firm z branży modowej, reklamowej, muzycznej, czy designu, a całość jest suto okraszona street artem i różnymi artystycznymi instalacjami. Budynki znajdują się w dzielnicy Alcantara, w pobliżu mostu 25 kwietnia. Niegdyś był to największy teren przemysłowy całej Lizbony, w którym działało wiele, wzajemnie ze sobą powiązanych fabryk, głównie przędzalniczych i produkujących tekstylia oraz drukarni. Ostatnie z nich działały jeszcze do 2007, a później kiedy cała Portugalia zaczęła staczać się powoli w otchłań ekonomicznego kryzysu cały teren zamknięto na cztery spusty i zapomniano o nim. Już jednak w 2008 roku zdecydowano, że powstanie tutaj artystyczne centrum.

LX Factory

Do LX Factory dotarliśmy dopiero około południa, bo z Alfamy to jednak spory kawałek. Nie mieliśmy pojęcia, że wszystkie sklepy otwierają się dopiero około dwunastej, a restauracje i bary dopiero wieczorem. Dlatego o tej porze brukowane uliczki między dawnymi fabrykami były zupełnie puste i było bardzo spokojnie i klimatycznie. Jaka miła odmiana po tłumach turystów w centrum! Szkoda tylko, że byliśmy tutaj w tygodniu, bo w weekendy odbywa się tutaj targ na którym można kupić naprawdę oryginalne rzeczy. Weszliśmy do jednego z takich miejscowych sklepów pod tytułem: “naprawdę tego nie potrzebujesz, ale jakie to fajne” i co chwilę z naszych ust wydobywały się słowa: a patrz na to! A to! A to też! Jakie super! Na szczęście dość wysokie ceny, a jak na Portugalię, wręcz astronomiczne, skutecznie uchroniły nas przed wyjściem stamtąd z dziesięcioma torbami.

Moglibyśmy tak spacerować godzinami i odkrywać coraz dziwniejsze grafitti i inne odjechane zakamarki, ale czekała na nas jeszcze tego dnia zupełnie inna Lizbona. Lizbona, której nie znajdziecie w żadnym przewodniku i gdzie nie zapuszcza się żaden turysta.

Zupełnie inne oblicze Lizbony

Ajuda to dzielnica pomiędzy centrum, a Belem. Dwa najważniejsze turystycznie miejsca w tej dzielnicy to ogród botaniczny i pałac królewski. My jednak zaczęliśmy zwiedzanie Ajudy od jej wschodniej części, która z turystyką nie ma nic wspólnego. Wydaje się, że o tej części Lizbony zapomniał cały świat i ma się wrażenie, że nagle przenieśliśmy się setki kilometrów od Portugalii, do jakiegoś biednego, afrykańskiego kraju. Kontrast pomiędzy tą dzielnicą, a centrum Lizbony jest porażający. Widać tutaj prawdziwą biedę mieszkańców. Liche, kilkupiętrowe kamienice wyglądają jak gdyby nigdy nie były remontowane. Część z nich jest niezamieszkała i powoli ulega całkowitej destrukcji. Wrażenie dodatkowo potęgują zupełnie puste ulice, po których wałęsają się bezpańskie psy. Pomiędzy domami są zaniedbane, biedne ogródki działkowe, otoczone lichymi płotami. Dziwny to widok, tym bardziej, że w oddali widać wspaniały most 25 kwietnia.

Przyznam się szczerze, że kiedy weszliśmy w jedną z takich pustych uliczek, gdzie w większości okien zamiast szyb były dykty, czuliśmy się niezbyt bezpiecznie, a już na pewno nie zapuszczałbym się tam wieczorem. 

Ajuda

Ogródki w Ajudzie

Pałac w wiecznej budowie

Wróćmy jednak do bardziej cywilizowanej Lizbony czyli do pałacu królewskiego, który znajduje się na zachód od dzielnicy nędzy. Po wielkim trzęsieniu Ziemi i tsunami, które kompletnie zniszczyło całą Lizbonę, rodzina królewska zmuszona była opuścić dotychczasowy pałac, który znajdował się na dzsiejszym Praca Comercio i zamieszkać tymczasowo w tzw. drewnianym pałacu, właśnie w Ajudzie. Miał on być odporny na kolejne trzęsienia Ziemi, ale nie postał za długo, bo zniszczył go pożar. Wkrótce na jego miejscu rozpoczęto budowę nowej królewskiej siedziby, ale ze względu na brak pieniędzy budowa ciągnęła się niemiłosiernie. Rodzina królewska wyjechała do Brazylii i pod ich nieobecność budowa pałacu miała być kontynuowana.

Po wielu latach, kiedy powrócili do Lizbony pałac wciąż nie był skończony, więc zamieszkali gdzie indziej, a w budynku odbywały się tylko królewskie ceremonie. W końcu po wielu latach ciągłych przerw i wznawiana budowy rodzina królewska wprowadziła się do pałacu, ale wiecie co? Pałac nigdy nie został dokończony, a po upadku monarchii prace nad nim zupełnie ustały.

Dziś budynek nadal jest w rozbudowie, ale potrwa to pewnie jeszcze bardzo długo, bo całość ma być ogromna. Główne wejście do niego w planach miało być tylko bocznym, a całość jest tylko w jednej trzeciej zrealizowana. Mimo to budynek już jest bardzo duży, a wchodząc na dziedziniec jedno skrzydło jest tylko ścianą z pustymi otworami na okna. Robi to niesamowite wrażenie. Wewnątrz znajduje się biblioteka i Instytut Dziedzictwa Architektonicznego.

Niekończąca się budowa pałacu

Spod pałacu zeszliśmy w dół i wsiedliśmy w tramwaj numer 18, sądząc, że dojedziemy do centrum. I tak sobie jedziemy wąskimi uliczkami Ajudy i Santo Amaro aż tu nagle tramwaj zatrzymał się i wszyscy zaczęli wysiadać. Okazało się, że dalej nie jedzie mimo że nie był to koniec trasy i przejechaliśmy raptem może ze cztery przystanki. No nic. Trzeba wysiadać. 

Pani domu bez gwiazdki Michelina

Zaczęliśmy szukać czegoś w pobliżu do jedzenia. Google podsunęło nam całkowicie nieturystyczną restaurację z bardzo wysoką oceną, w zupełnie nieturystycznej okolicy: Imperial de Campo de Ourique. W typowo rodzinnym przybytku do którego zaglądają tylko lokalsi z dzielni Campo de Ourique miało być mega autentyczne jedzenie. I w sumie było autentyczne, nawet aż za bardzo. Zamówiłem parowanego dorsza z ciecierzycą. Całość tak naturalna jak tylko się da: zero przypraw, zero sosów, zero chrupiących skórek, a dodatkowo mięso ryby było suche jak wiór. Kuracjusz na ścisłej diecie w sanatorium w Ciechocinku byłby szczęśliwy. Michał zamówił duszoną kapustę z mięsem. Był w tym i boczek, i kaszanka, szynka i kiełbasa. Do tego był ryż i fasolka, a wszystko, podobnie jak w moim daniu, zupełnie nie doprawione. Tak więc dania były bardzo średnie, ale wynagrodziła nam to domowa atmosfera. Restaurację prowadzi starsze małżeństwo z synem. Mimo tego, że ojciec nie znal żadnego języka poza portugalskim, a nasza znajomość portugalskiego ogranicza się do bom dia to podchodził  do nas i probował zagadywać na migi. Poźniej dołączył do nas jego syn, w miarę ogarniający angielski, który wspominając o swojej ukraińskiej żonie, popisywał się znajomością polskich i ukraińskich słówek. Było wesoło, tym bardziej, że po butelce zielonego wina, na koniec dostaliśmy jeszcze rozchodniaczka na koszt firmy, czyli przepyszną wiśniówkę. Mimo średniej, nie do końca udanej, domowej kuchni, warto jednak odwiedzić to miejsce, chociażby ze względu serdeczną atmosferę, dobre zielone wino i jeszcze lepszą wiśniówkę. 😉

Wnętrze restauracji

Trawa w kościele

Stwierdziliśmy że dalej pójdziemy pieszo. Zajęło nam to sporo czasu, ale w końcu dotarliśmy do mojego ulubionego placu Largo do Carmo. Zielony plac, zwłaszcza wieczorem, jest przepiękny. Znajdują się przy nim ruiny kościoła Karmelitów, który został zniszczony podczas tego samego trzęsienia Ziemi, które spowodowało przeprowadzkę rodziny królewskiej do Ajudy. Koniecznie chciałem zobaczyć te ruiny od środka, bo widziałem je na zdjęciach i porośnięta trawą podłoga zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Tego wieczoru odbywał się w nich pokaz laserowy, stwierdziliśmy więc, że nie ma sensu zwiedzać riun w tłumie turystów. Poza tym wstęp był w bardzo turystycznej cenie. 

Kościół Karmelitów

Święta Justyna

Zamiast tego weszliśmy górnym wejściem na windę Santa Justa. To niekwestionowany symbol centrum Lizbony. Metalowa, 45- metrowa konstrukcja łączy dwie dzielnice: położone wyżej Chiado i niżej Baixa. Winda przypomina trochę wieżę Eiffla i nie bez powodu, bo jej projektantem był uczeń Gustava Eiffla. Z góry popodziwialiśmy czerwone dachy Lizbony, a później poszliśmy w stronę rzeki. 

Przejście z Baixy do Chiado
Santa Justa
Czerwony dachy Lizbony (w środku Plac D. Pedro IV z teatrem, po lewej dworzec Rossio)

Wielkie żarcie do drugiej w nocy

Naszym celem był nowoczesny budynek EDP Headquarters (pisałem już o nim TUTAJ). 

Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na znajdujący się po sąsiedzki targ Ribeira (w języku portugalskim Ribeira to nabrzeże). Targ jest typowym miejcem nastawionym na turystów i składa się z dwóch części.  W jednej jest typowy targ z owocami morza, rybami, warzywami itd., a w drugiej są długie stoły, a wokół nich zlokalizowanych jest kilkadziesiąt restauracji i barów oferujących kuchnie z całego świata, w tym również lokalną. Jest to tzw. Time Out Market. Tak więc każdego wieczoru odbywa się tutaj wielkie żarcie i po 19 trudno znaleźć wolne miejsce. Nie wiem jednak czy delektowanie się jedzeniem w takim hałasie i tłumie jest przyjemne, ale jeśli ktoś zgłodnieje w środku nocy może tu przyjść, bo cześć jedzeniowa otwarta jest aż do drugiej. Warto też spojrzeć na budynek z zewnątrz, bo jest przepiękny,  zwłaszcza główne wejście z zegarem. Wewnątrz, w bocznych pasażach, można pogapić się na różne morskie stwory w wielkich akwariach, które na bieżąco są łowione i przyrządzane na życzenie klienta.

Wielkie żarcie w Time Out Market

Po tylu atrakcjach momentalnie zasnęliśmy, a następnego dnia wcale nie miało być mniej wtażeń. Czekała na nas kolejka linowa i drugi półfinał na placu.

Cais do Sodré nocą

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *