Avenida Marginal

Jak dla mnie najpiękniejsza droga szybkiego ruchu na świecie. W dzień może traci wiele ze swojego uroku, ale za to w nocy robi niesamowite wrażenie. Droga łączy Lizbonę z Cascais, a jej nazwa oznacza aleję końca, graniczną, za którą nic już nie ma. Wije się wzdłuż wybrzeża najpierw Tagu, a potem Atlantyku. Jest dosyć niebezpieczna i to nie tylko ze względu na wiele ostrych zakrętów, bliskość oceanu (na niektórych odcinkach przebiega tuż przy wodzie), ale też, a może przede wszystkim na styl jazdy Portugalczyków, który pozostawia wiele do życzenia. Miejscowi jeżdżą bardzo szybko, nerwowo, nie zwracając uwagi na innych kierowców. Wieczorną jazdę Marginalem, obowiązkowo z włączonym radiem “Lisboa” (bardzo polecam), zagłuszanym przez wzburzone fale, zapamiętuje się zdecydowanie do końca życia. Aleją można dojechać do najbliżej położonej plaży od centrum Lizbony, w Caxias. Swoją drogą nazwy przedmieść lub dzielnic Lizbony naprawdę mogą się mylić: Caxias, Cacilhas, Cascais, Caselas lub: Almada, Amadora, Alameda. Prawda, że pikuś? Avenida Marginal ma w sobie tyle uroku, że w Angoli, która kiedyś była portugalską kolonią, postanowiono na jej cześć nazwać tak samo jedną z reprezentacyjnych, nadmorskich ulic.

Długie noce na Avenida Marginal
Plaża w Caixas

Massama

Założę się, że jestem pierwszym Polakiem, który dotarł do Shopping Center Massama. Wbrew szumnej nazwie nie jest to jakaś nowoczesna galeria handlowa. Centrum handlowe- owszem tak, ale atmosfera zatrzymała się tutaj mniej więcej na latach 60-tych ubiegłego wieku. Co ciekawe ze świecą szukać tutaj białego człowieka, dlatego ma się wrażenie nagłej teleportacji do jakiegoś afrykańskiego miasta typu Kinszasa, Nairobi, albo coś w tym stylu. Dominują jakieś małe prywatne sklepiki i warsztaty usługowe. Jedynym sklepem sieciówkowym jest Pingo Doce, o którym już wspominałem przy okazji postu “Co zjeść i czym się upić w Lizbonie”. A swoją drogą w wielu marketach w Portugalii jest system kartkowy, tak jak u nas na poczcie, czy w urzędzie. Czyli, żeby kupić coś na stoisku z mięsem trzeba wydrukować sobie numerek i czekać aż wyświetli się na monitorze, lub (o zgrozo) nie zostanie wykrzyczany przez sprzedawcę. I tutaj pojawia się problem nieznajomości  portugalskiego. Stoję w kolejce i nigdy nie wiem czy to już mój numerek, czy jeszcze nie no i skoro sprzedawca nadziera się po raz trzeci, a ja słyszę mniej więcej to samo, to pewnie mój numerek. I tak historia kolejno powtarza się na stoisku z serami, rybami i tak dalej.:)

Duża liczba czarnoskórych na takich przedmieściach jak Massama jest spowodowana masowym napływem Afrykanów w latach 70-tych i 80-tych, z kolonii portugalskich. Najwięcej ludzi przybyło wtedy z Angoli, Gwinei i Zielonego Przylądka. Ponieważ wszędzie tam mówi się po portugalsku, ludzie ci nie mieli problemu z zaaklimatyzowaniem się w nowej ojczyźnie, a ze względu na to, że mieszkania w Lizbonie były i są stosunkowo drogie, osiedlali się na, o wiele tańszych, przedmieściach. Stąd widok taki jak w Massama Shopping Center nie jest niczym nadzwyczajnym, choć dla mnie to trochę jak podróż do innego, bardziej egzotycznego kraju. Część czarnoskórych kobiet do dziś nosi tam tradycyjne, kolorowe afrykańskie suknie i turbany.

Ajuda

W Ajudzie na pewno nie znajdzie się żadnego turysty, bo to jedno z nieciekawych osiedli. Jednak jest coś przez co tam trafiłem. Przeglądając zdjęcia z Lizbony w internecie natrafiłem na wiatraki, sztuk słownie dwa. Znalezienie miejsca, gdzie zrobiono zdjęcie nie było wcale proste. W końcu udało mi się je zlokalizować właśnie w Ajudzie. No tak tylko, że Ajuda to spora dzielnica, w dodatku pokryta podobnym do siebie blokami. Poszukiwania za pomocą samochodu trwały prawie dwie godziny. Sprawa nie jest prosta. Dwa wiatraki znajdują się w środku osiedla, w dodatku nie widać ich z ulicy, bo schowane są w głębi parku. W końcu jednak się udało. Kiedyś tego typu budowle były rozsiane po całej Portugalii. W przeciwieństwie do polskich były murowane, najczęściej białe, z niebieskimi elementami, a ich skrzydła wydawały charakterystyczny dźwięk. Oficjalnie nie można wejść do ich środka, no ale jak tu nie wejść po dwóch godzinach poszukiwań, na dodatek kiedy wejścia nie chronią żadne drzwi, ani inne zabezpieczenia.

Wiatrak w Ajuda

Boavista

Boavista to lizboński Ursynów. Ogromne blokowisko jednak o wiele przyjemniejsze niż jego polski odpowiednik. Przede wszystkim dlatego, że dominującym kolorem nie jest szary tylko biały. Bloki mają ciekawszą architekturę, o wiele przyjemniejszą dla oka. Poza tym przestrzenie między nimi są bardzo zadbane. W ogóle standard mieszkań jest o wiele wyższy niż w polskich blokowiskach. Już same klatki schodowe wyglądają dużo lepiej. Często pokryte są wykładzinami, stoją na nich roślinki, a drzwi do mieszkań nie są kawałkami dykty, ale prawdziwymi, grubymi, drewnianymi wrotami. Również wielkościowo znacznie odbiegają od polskich czy niemieckich realiów i nie rzadko można spotkać metraże 120, a nawet 150 metrów kwadratowych i nie są to jakieś apartamentowce, tylko najzwyklejsze bloki. Swoją drogą na takich wielkich metrażach, bez kaloryferów zimą jest przeraźliwie zimno.

Ucieczka ludzi z centrum Lizbony na przedmieścia zaczęła się już w latach 80-tych. A wszystko przez pana Salazara. Portugalskiego dyktator mimo wielu swoich wad miał też jedną zaletę. Dbał o godziwe warunki do mieszkania Portugalczyków. To za jego rządów weszła ustawa, która sztucznie zaniżała wielkość czynszów w prywatnych kamienicach, aby stać było na ich opłacenie zwłaszcza starszych ludzi, którzy dominowali i zresztą nadal dominują w centralnych dzielnicach Lizbony. Spowodowało to to, że właściciele nie mieli pieniędzy na jakiekolwiek remonty. Przeciekające dachy, odpadające kafle z elewacji i wadliwe instalacje spowodowały, że ludzie nie mieli ochoty dłużej mieszkać w centrum i masowo przenosili się na wielkie osiedla, takie jak właśnie Boavista. Ustawa w końcu, po kilkudziesięciu latach, została cofnięta w zeszłym roku, co spowodowało prawdziwy boom budowlany w centrum. Niestety mieszkania przerabiane są na biura i hostele, a prawdziwe, codzienne życie, przenosi się coraz dalej od centrum Lizbony.

W Boavista znalazłem się kiedyś przypadkiem w upalne popołudnie. A wszystko za sprawą … polskiej wódki. W ramach krzewienia polskiej kultury stwierdziłem, że absolutną podstawą jest polski alkohol. Google pokazało mi, że mogę go kupić w specjalistycznym sklepie, na drugim końcu miasta. No więc wsiadłem w metro, wysiadłem w środku osiedla na stacji, a jakże, Boavista i zacząłem iść w kierunku, który pokazywała mi nawigacja w telefonie. Na miejscu okazało się, że nic takiego nie ma i po godzinie szwędania się z nadzieją , że to może nie ta strona bloku, albo blok obok, dałem sobie spokój. Jak się później okazało byłem w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Lizbony słynącej z … osiedlowych gangów.? Co do wódeczki to polskiego Sobieskiego można kupić w każdym hipermarkecie sieci Continente za 9,99 euro, o czym przekonałem się parę godzin później.? A wracając do osiedlowych klimatów to kiedyś postanowiłem skrócić sobie drogę do sklepu. Nie była to już Boavista, bo nie mam zamiaru się tam już zapuszczać, ale wspomniana już przeze mnie, Massama. Wszedłem do małego zagajnika między blokami i nagle w jednym momencie spojrzało na mnie około dwadzieścia białek oczu (a raczej czterdzieści?), które wydawały się jeszcze bielsze na ciemnym, właściwie czarnym tle. Towarzystwo przerwało na chwilę wąchanie kleju i wydawało mi się, że ta chwila trwa wiecznie. Starałem się nie dać po sobie znać, że jestem przerażony i jak gdyby nigdy nic poszedłem przed siebie, mając wrażenie, że zaraz cała zgraja rzucił się na mnie z nożami lub maczetami. Wąchanie kleju jest na osiedlach dość popularne, bo narkotyki są zwyczajnie za drogie.

Niektóre z osiedli zmieniają się w getta biedy, jednak nie ma to żadnego związku z uchodźcami, tak jak w innych krajach. Czarnoskórzy to Portugalczycy z krwi i kości, którzy mieszkają w tym kraju od wielu pokoleń i portugalski jest dla nich ojczystym językiem. Zresztą w Portugalii, podobnie jak w Polsce i z tych samych powodów, nie ma w ogóle uchodźców. Pomimo że na ulicy można spotkać cały przekrój ras i kolorów skóry, wszyscy mieszkają tam od dawna i biegle mówią po portugalsku. A swoją drogą zabawnie wygląda, kiedy Chińczyk mówi po portugalsku. Chińczycy masowo osiedlali się w Portugalii w latach 1960-1980 na zaproszenie rządu i dziś są jedną z największych  grup emigrantów, co łatwo można dostrzec w okolicach Placu Martim Moniz, będącego takim lizbońskim”Little China”.

Tak więc Lizbona to nie tylko pocztówkowe stare tramwaje, plaże, palmy i wąskie uliczki Alfamy. Ma też swoje drugie, a może nawet trzecie, oblicze, które wcale nie odejmuje jej uroku.

A w części czwartej: lizboński street art

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *