Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady. Pewnie znasz to powiedzenie. Z nami było tak samo. Prawie… No może poza tym “rzuć wszystko”. 😛

Otóż w tym roku po raz pierwszy zorganizowaliśmy spotkanie rodzinne z kuzynami i kuzynkami. Do wyboru były Mazury i Bieszczady. Zrobiliśmy głosowanie i wygrały góry. To był strzał w dziesiątkę!

Nocleg w Bieszczadach

Za organizację wyjazdu wzięliśmy się dobre pół roku wcześniej. Jak się okazało, znalezienie odpowiedniego domku w Bieszczadach, który ma wolny termin na pół roku wcześniej, wcale nie jest aż takie łatwe jakby się to mogło wydawać. Tym bardziej, jeśli jedzie się liczną ekipą i każdy ma inne wymagania. Ostatecznie znaleźliśmy prawie idealne “Szumilove Domki” w miejscowości Baligród. 20 minut samochodem od Cisnej.

Domki są przeurocze i świetnie wyposażone. Jest wszystko czego potrzeba, a nawet więcej. Kuchnia z pełnym wyposażeniem, wygodne łóżka, kominek, piękne dekoracje, mały plac zabaw dla dzieci, miejsce na grilla i ognisko, a nawet sauna i ruska bania. W dodatku całkiem fajna lokalizacja i wspaniałe widoki za oknem. Jest tam też strumień, który przyjemnie szumi.

Bieszczady to był nasz drugi punkt podczas naszego projektu “Samochodem po Europie”, z którego relację możecie czytać na blogu oraz oglądać na naszym kanale na YouTube. Na początku, ze względu na to, że było to spotkanie rodzinne, miałem go nie relacjonować, jednak stwierdziłem, że trochę słabo byłoby skitrać to co robiliśmy i czego się dowiedzieliśmy tylko dla siebie, więc się z Wami dzielę. 😉 Takie mam dobre serduszko 😛

 

Bieszczady
Szumilove Domki

Bieszczady

 

Co zobaczyć w Bieszczadach?

Miejscem zbiórki było Jezioro Solińskie. Najpierw trzeba było znaleźć miejsce parkingowe, co nie było trudne, bo w pobliżu tamy jest ich sporo. Dobrze jest mieć ze sobą drobne na opłatę, bo my przeważnie mamy ze sobą tylko kartę, bo przecież teraz kartą płacić można praktycznie wszędzie, ale niestety nie tam. Musieliśmy odstawić samochód gdzieś na boku i szukać bankomatu. Dlatego dla ułatwienia, zawsze miejcie ze sobą trochę gotówki.

Powracając do jeziora. Jest to największy, sztuczny zbiornik wodny w Polsce. Długość linii brzegowej to aż 166 km, a pojemność całkowita to 500 000 000 m3! Cyfry robią wrażenie, co? Można tam wynająć rowerki wodne, albo popływać statkiem. Wybraliśmy opcję numer dwa. Koszt takiej wycieczki to od około 20zł za osobę dorosłą.

Tego dnia, ze względu na to, że przyjechaliśmy późnym popołudniem, pospacerowaliśmy jeszcze trochę nad Soliną, zjedliśmy pyszny obiad w Karczmie Solina – Jędrulowa Chata, a poźniej, wieczorem urządziliśmy sobie grilla przy Szumilovych Domkach.

 

Połonina Caryńska

Następnego dnia rano, wybraliśmy się do Ustrzyk Górnych, by stamtąd ruszyć trasą na Tarnicę. Jest to najwyższy szczyt w polskich Bieszczadach. Ma 1346 m wysokości n.p.m.. Niestety plany pokrzyżowała nam pogoda, ponieważ internety pokazywały nam idącą w naszym kierunku burzę. Wychodzenie w góry, gdy jest taka pogoda, nie jest zbytnio rozsądne. Mimo to, poza internetami, nic nie wskazywało na to, by miało się to sprawdzić. Wspólnie zdecydowaliśmy, że wejdziemy, ale na niższą górę, a mianowicie Połoninę Caryńską.

Z parkingu w Ustrzykach rozpoczyna się czerwony szlak, po którym miało się wchodzić około 2,5 godziny. Nam się zeszło dłużej. 🙂

Przed naszym wyjazdem, sporo padało w Bieszczadach i niektóre szlaki trzeba było pokonać idąc po błocie. Tak było tym razem. Początek trasy, to było błoto po kostki. Buty na obcasach nie wchodzą więc w grę drogie panie.

To właśnie w błotnistym punkcie, nasza 20 osobowa ekipa zmniejszyła się o 1/3. Pół godziny później o kolejne kilka osób, a na szczycie ostatecznie znaleźliśmy się w sześcioro. Widoki z góry są wspaniałe i warte każdego wysiłku. Jeśli więc jest ciężko, polecam się nie poddawać, a robić częstsze przerwy. Nie zapomnij też zabraniu odpowiedniej ilości wody. Nam jej pod koniec zabrakło, i to nie było zbytnio przyjemne. Zeszliśmy szlakiem zielonym w kierunku Małej Rawki. Tam, przy szosie złapaliśmy busa, który zabrał nas na parking w Ustrzykach.

Po wspinaczce, pojechaliśmy na obiad, do knajpy niedaleko “Wypału u Zygmunta“, ale nie warto o niej wspominać raczej.

Wypał u Zygmunta

To miejsce, w którym pan Zygmunt w tradycyjny sposób, wypala węgiel drzewny w starych piecach retortowych. Zapach wypalanego drewna czuć już z daleka. Na miejscu pan Zygmunt opowiada różne, ciekawe anegdoty i zabawia odwiedzających. Słyszeliśmy, że w dobrym guście jest, zawiezienie panu Zygmuntowi piwka. Tak zrobiliśmy.

Węgiel tam wypalany można kupić na miejscu. To nie tylko rzecz przydatna, ale może też pełnić funkcję pełnoprawnej pamiątki z wyjazdu, ponieważ na opakowaniu jest zdjęcie właściciela, a i sam pan Zygmunt daje autograf nad fotką.

Ten wieczór również spędziliśmy w Szumilovych, bo jak się ma tak wspaniałe zakwaterowanie, to szkoda nie korzystać z jego oferty. Poprosiliśmy więc panią Kasię, która jest właścicielką domków, o przygotowanie dla nas bani. Pamiętajcie, że trzeba dać znać dzień wcześniej, ponieważ woda w bani nagrzewa się kilka godzin.

Taka bania to cudowny relaks na koniec dnia, po górskich wspinaczkach.

Wypał u Zygmunta
Wypał u Zygmunta

Bieszczadzka Kolejka Leśna

Kolejny i ostatni dzień w Bieszczadach, postanowiliśmy wykorzystać przed wyjazdem i wybraliśmy się do Majdanu, by przejechać się Bieszczadzką Kolejką Leśną. Normalny bilet to koszt 29zł, ulgowy 23zł, a dzieci do lat trzech mogą jechać za darmo.

Mamy dwie trasy do wyboru. Do Balnicy i do Przysłupia (aktualnie, trasa do Przysłupia jest nieczynna do odwołania. info z dnia 29.08.2020r.). Ta do Kalnicy trwa ponad godzinę i jest ponad połowę krótsza od trasy do Przysłupia. Wybraliśmy tę pierwszą, która jak się ostatecznie okazała, była wystarczająco długa.

Nie to, żeby było nudno, bo widoki za oknem są wspaniałe i co chwila się zmieniają, jednak mimo wszystko siedzi się cały czas w wagonie, a to z czasem staje się trochę męczące. No dobrze. Jest pół godzinna przerwa w Balnicy, gdzie przeczepiają lokomotywę, ale później wraca się tą samą trasą.

W samej Balnicy jest domek, w którym jest sklepik, oraz są też stoiska z pamiątkami i pysznym ciastem domowej roboty.

Z Majdanu pojechaliśmy do Cisnej, gdzie trafiliśmy na targ, na którym kupiliśmy sobie oscypki. Szukaliśmy tam też miejsca na obiad, ale opinie o restauracjach i karczmach w centrum nas przeraziły. Jakiś facet, podsłuchał, że szukamy restauracji i usłyszał o opiniach tych w pobliżu, podszedł do nas i polecił nam “Szynk na Zamościu“. Posłuchaliśmy go i nie zawiedliśmy się. Fajne miejsce, smaczne jedzenie i w dodatku ceny na każdą kieszeń.

Z Bieszczad to by było na tyle. Zapraszam jutro (30.08.2020) na nasz kanał na YouTube. Pojawi się tam film z naszego wyjazdu w Biesy. Tam zobaczysz z deczka więcej.

Do miłego!

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *