Innsbruck – złoto, kryształy i ośnieżone szczyty

Dawno temu, przejeżdżając przez Alpy w kierunku Włoch zobaczyłem z autostrady przepięknie położone miasto. Leżało w kotlinie i otoczone było wysokimi górami, których szczyty, mimo że było lato, pokrywał śnieg. Na tablicy zjazdu z autostrady zobaczyłem, że to Innsbruck i pomyślałem sobie wtedy, że koniecznie muszę kiedyś zobaczyć to miasto.  Kilkanaście lat później wracaliśmy z […]

0

Dawno temu, przejeżdżając przez Alpy w kierunku Włoch zobaczyłem z autostrady przepięknie położone miasto. Leżało w kotlinie i otoczone było wysokimi górami, których szczyty, mimo że było lato, pokrywał śnieg. Na tablicy zjazdu z autostrady zobaczyłem, że to Innsbruck i pomyślałem sobie wtedy, że koniecznie muszę kiedyś zobaczyć to miasto. 

Kilkanaście lat później wracaliśmy z włoskiej Padwy do Neuschwanstein w Niemczech i w końcu nadarzyła się okazja żeby zjechać z tej samej autostrady i zobaczyć stolicę Tyrolu. 

Wjeżdżając do centrum z autostrady trzeba pokonać kilkaset metrów w dół i już wtedy naszym oczom ukazuje się wspaniała panorama miasta z Alpami w tle. Przed przyjazdem  przestudiowaliśmy lokacje do zaparkowania w centrum, bo znalezienie wolnego miejsca na ulicy graniczy z cudem. Zostają wielopoziomowe płatne parkingi, jednak trzeba dokładnie je sprawdzić, bo ceny w niektórych potrafią być wysokie. Najlepiej znaleźć w internecie jakąś wyszukiwarkę i porównać ceny. Zdecydowaliśmy się na parking w hotelu Marriott, bo po pierwsze był bardzo blisko głównego deptaku, a po drugie za kilka godzin zapłaciliśmy niecałe 10 euro, co na tutejsze warunki jest w miarę tanio. 

Triumf Marii Teresy i złoty dach

Pokonując z hotelu kilkadziesiąt metrów dotarliśmy do pierwszej atrakcji czyli Łuku Triumfalnego. Jak widać nie tylko Francuzi uwielbiali stawiać łuki w swoich miastach ku czci kogoś lub czegoś. Także w Austrii można znaleźć mini odpowiedniki paryskiego Łuku. Ten tutaj ma dwie strony: jedną weselszą poświęconą zaślubinom księcia Leopolda, który był synem słynnej cesarzowej Austrii Marii Teresy. Druga smutniejsza strona poświęcona jest śmierci małżonka cesarzowej.

Monument stoi na początku, lub jak kto woli na końcu, głównej ulicy miasta Marii Teresy. Ulica jest jednym z najpiękniejszych deptaków Europy i przewija się na wielu widokówkach, na których koniecznie muszą być uchwycone alpejskie szczyty. Pomimo że istnieje już od średniowiecza i niegdyś stanowiła główny wjazd do miasta, stoją dzisiaj przy niej budowlę dużo późniejsze, głównie bogato zdobione, barokowe kamienice. 

Mniej więcej w jej połowie stoi kolumna Świętej Anny. Wbrew pozorom nie ma ona żadnego związku z postacią Świętej, ale ze zwycięstwem wojsk austriackich, broniących Tyrolu przed najazdem Bawarczyków w wojnie sukcesyjnej, a że nastąpiło to akurat 26 lipca, w dniu Świętej Anny stąd nazwa.

Idąc od strony Łuku Triumfalnego, na drugim końcu deptaku znajduje się słynny „Złoty Dach”. Podobnie jak w przypadku Łuku, też powstał w związku z zaślubinami, tym razem cesarza Maksymiliana. Znajduje się na balkonem w kamienicy i pokrywa go 2600 pozłacanych gontów. Największy efekt jest kiedy odbija promienie słoneczne. Nam niestety nie było dane to zobaczyć, a w dodatku cała okolica była rozkopana. Zamiast dachu zaczepił nas uliczny mim, stojący w pobliżu, z którym nawet przez chwilę Michał zatańczył. Wypadało coś mu wrzucić, a że nie mieliśmy ze sobą drobniaków w Euro, w jego koszyku wylądowały złotówki i forinty. 😆

Michał myślał, że anioł ze złamanym skrzydłem to nadszarpnięte zębem czasu resztki dekoracji świątecznych. Tak naprawdę była to społeczna kampania na rzecz niepełnosprawnych dzieci.

Innsbruck – Sznycel tylko po wiedeńsku

Zbliżała się pora obiadowa, a że będąc w Austrii nie wypada nie zjeść sznycla po wiedeńsku, szybko znaleźliśmy serwujący takowe, lokal. Stiftskeller to ogromna restauracja na ponad 800 miejsc, rozlokowanych w kilku salach. Znajduje się tutaj największy ogródek piwny w całym Innsbrucku, a do środka można wejść przez siedem wejść. Brzmi to może nieco zabawnie w kontekście tego, że nie mogliśmy znaleźć żadnego z nich. Na naszą obronę niech jednak przemówi fakt, że główne wrota od strony deptaku były zamknięte (pewnie ze względu na pandemię). Obok tradycyjnej kuchni tyrolskiej są tu dania bawarskie i monachijskie piwo Augustiner. Sznycel po wiedeńsku okazał się wyborny. Do tego zimne piwo i przez chwilę można poczuć się jak w raju. I po co jeździć na nartach skoro można w tym czasie zjeść sznycla? 😉

Wnętrze restauracji.

Hofburg, Dom Muzyki i górska kolejka

Po obiedzie poszliśmy jeszcze zobaczyć pałac cesarski Hofburg. Wspaniała budowla w stylu rokoko z 400 pokojami robi wrażenie. Jej otoczenie jest jednak całkiem współczesne. Po drugiej stronie ulicy znajduje się kontrastująca z jasnym kolorem pałacu nowoczesna, czarna bryła Domu Muzyki. Oprócz sali koncertowej mieści ona wiele instytucji związanych z muzyką min. siedzibę orkiestry symfonicznej i Instytut wiedzy muzycznej.

Po tej samej stronie ulicy co Hofburg, ale kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się również nowoczesna stacja kolejki górskiej Nordkette, która wygląda trochę jak szklana rzeźba. Kolejka wspina się aż na wysokość 2269 m.n.p.m i jest podzielona na trzy odcinki. Pierwszy stanowi trasa biegnąca po szynach, a dwa pozostałe to już kolejka linowa z gondolami. Niestety nie dane nam było się nią przejechać ze względu na brak czasu. W porównaniu z kolejką linową na niemiecki Zugspitze, gdzie za wjazd i zjazd trzeba zapłacić astronomiczne 61 euro, Nordkette wydaje się być w miarę „tania”. Tu zapłacimy jedyne 40 euro za wjazd i zjazd.

Wróciliśmy na deptak, żeby wstąpić jeszcze do Świata Kryształów Svarovskiego. Atrakcja jest niewielka, ale wstęp jest darmowy, więc warto tu zajrzeć w drodze do Złotego Dachu. Kryształowe naszyjniki, nakrycia głowy i instalacje połączone z neonami sprawiają, że aż mieni się w oczach.

Instagramowy Innsbruck

Pozostało nam już tylko zobaczyć najbardziej instagramowe miejsce Innsbrucka, czyli słynny widoczek na którym widać kamieniczki nad rzeką Inn, na tle gór. Niebo tego dnia było zachmurzone, ale i tak widoki były zacne, a rzeka to nie jakaś tam leniwa Wisła, czy Dunaj, ale rwący, dziki , górski, sporych rozmiarów potok. Podobno latem przybiera on niebieską barwę, ale kiedy my byliśmy woda była mętna i zielona.

Niedaleko od tego miejsca jest plac, na którym postawiono stare auta. Zamiast rdzewieć gdzieś na wysypisku wykorzystano je jako donice. I tak z wnętrza, okien lub bagażników wystawały różne rośliny. Niektóre z nich osiągały rozmiary małych drzewek. Świetne miejsce na zrobienie sobie zdjęcia, z czego bardzo skrupulatnie oczywiście skorzystaliśmy.

Szkoda, że spędziliśmy w Innsbrucku tak mało czasu. Z pewnością widzieliśmy raptem parę procent wszystkich atrakcji stolicy Tyrolu. Mimo to, nawet jeśli jesteś przejazdem warto zatrzymać się choćby na obiad na Starym Mieście. Nie będziecie żałować!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *