Neuschwanstein – naga i mokra prawda [cz.2]

Tego widoku nie da się zapomnieć i żadne zdjęcie nie odda prawdziwego piękna tego miejsca.

0

Po ciężkim dniu i jeszcze cięższej nocy o której przeczytasz TUTAJ nadszedł poranek. Według moich oczekiwań miał to być ten jeden z najpiękniejszych poranków w moim życiu, kiedy odchylasz namiot i na twoją twarz pada pierwszy promień słońca. Spoglądasz przed siebie i widzisz w oddali ośnieżone szczyty Alp, a gdzieś między nimi majaczy zamek Neuschwanstein. 

Rzeczywistość niestety okazała się ździebko inna. 😉

Było jeszcze zupełnie ciemno i wciąż padał deszcz. Założyłem na nogę buta i okazało się, że jest wilgotny w środku. Kiedy założyłem drugiego i wystawiłem nogi na zewnątrz namiotu momentalnie ugrzęzły w błocie. Uświadomiłem sobie natychmiast, że nie tylko buty są wilgotne, ale wszystko dookoła, łącznie z ubraniem na mnie. Marzyłem tylko o tym, żeby znów być suchym i wypić ciepłą kawę. Wziąłem parę ciuchów ze sobą i poszedłem pod prysznic, a Michał w tym czasie zaniósł zawilgocone ubrania do pralni, żeby wrzucić je do suszarki. Czekała nas jeszcze długa droga do domu i nocleg w Monachium, więc mogłyby tego nie przetrwać. 

Zanim zjedliśmy śniadanie w aucie zwinęliśmy namiot i zaparkowaliśmy na  parkingu pod restauracją, na terenie campingu. Suchy, najedzony i po kawie w końcu doszedłem do siebie po nocnej traumie. 

Wkrótce potem wsiedliśmy do darmowego autobusu na pobliskim przystanku i pojechaliśmy w kierunku Neuschwanstein. Podróż trwała około 15 minut. Wysiedliśmy u stóp góry, na której stoi zamek. Pomimo ósmej rano było już tutaj mnóstwo ludzi. Poszliśmy w kierunku niskiego budynku, w którym była kasa biletowa. Okazało się, że utworzyła się tam już spora kolejka takich ludzi jak my, tzn. nie przewidujących, że do największej atrakcji turystycznej Niemiec bilety trzeba kupić z dużym wyprzedzeniem. Kolejka posuwała się dość powoli. Przed nami stało jeszcze jakieś 100 osób, kiedy nagle ktoś krzyknął, że bilety zostały wyprzedane.

Żeby zdobyć bilety w dniu odwiedzin zamku, bo oczywiście mają zawsze pulę biletów na dany dzień, trzeba pojawić się przed kasami na minimum godzinę przed otwarciem. My się nie wyrobiliśmy.

Gospoda pod zamkiem.

No cóż… trudno. Mimo to postanowiliśmy wejść na górę, żeby chociaż z zewnątrz zobaczyć to bajkowe cudo. 

Droga spod kasy biletowej zajmuje 30 minut. Pod same wrota prowadzi asfaltowa droga. Nie jest jakoś zbytnio wymagająca, zwłaszcza w porównaniu do naszych szlaków w Bieszczadach, ale mimo to można się trochę zmęczyć. Na trasie kursują bryczki zaprzężone w konie, podobne do tych, które można zobaczyć na trasie do Morskiego Oka. Przyznam się szczerze, że przykro było patrzeć na te biedne zziajane zwierzęta, zwłaszcza kiedy w bryczce siedziały dzieci i młodsze osoby, które bez problemu weszłyby na górę i to na jednej nodze. Myślę, że w tym wypadku niemieckie konie mają jeszcze gorzej niż polskie, bo stromizna, którą muszą pokonać jest spora.

W drodze na zamek.

W końcu doszliśmy na górę, rozbierając stopniowo kolejne części ubrania, bo w końcu przestało padać i robiło się coraz cieplej. Na górze, podobnie jak na samym dole również było sporo ludzi. Część z nich czekała na wejście do wnętrza, bo kolejne grupy są wpuszczane co 30 minut. Nie wyobrażam sobie jakie tłumy muszą tu być normalnie, bo nawet teraz, w dobie pandemii i zakazu lotów spoza Europy (przypominam jest lipiec 2020), ludzi było naprawdę dużo i trzeba było czekać w kolejce, żeby zobaczyć zamek z tarasu widokowego, w pobliżu jego wejścia.

To małe w środku to taras widokowy.

Wzdłuż Neuschwanstein biegnie ścieżka, która prowadząc nieco pod górę, dociera do mostu, z którego jest najpiękniejszy widok na zamek, znany ze wszystkich widokówek. Musieliśmy chwilę poczekać na wejście na pomost, bo liczba ludzi, którzy jednocześnie mogli na nim przebywać była ograniczona. 

Myślę, że dopiero z tego punktu widać ogrom tej budowli i jej przepiękne położenie. Tego widoku nie da się zapomnieć i żadne zdjęcie nie odda prawdziwego piękna tego miejsca.

Widok na zamek z mostu.

Kiedy zeszliśmy z powrotem na dół mieliśmy problem ze znalezieniem właściwego autobusu do campingu. Przystanków jest kilka, a linii autobusowych kilkanaście. Ich trasy nic nam nie mówiły. W końcu jednak rozkminiliśmy temat, jednak o określonej na rozkładzie jazdy godzinie, nadjechał autobus, który nie zatrzymywał się przy campingu. Następny był dopiero za półtorej godziny.

Po długim czekaniu w końcu nadjechał nasz upragniony bus. Chwila radości trwała jednak krótko, bo pomimo że nacisnęliśmy przycisk stopu przy naszym przystanku, kierowca tego nie zauważył i pomknął dalej. W podobnej sytuacji jak my była jeszcze jedna parka, która zwróciła uwagę kierowcy, że się nie zatrzymał. Ten powiedział, że zrobi pętlę i za jakiś czas będzie przejeżdżał znów obok naszego campingu. I tak jechaliśmy i jechaliśmy, coraz bardziej oddalając się od naszego celu. W końcu autobus się zatrzymał, a kierowca polecił nam żebyśmy przesiedli się do stojącego obok innego autobusu, który jechał w przeciwną stronę. I tak zamiast 15 minut wracaliśmy godzinę, a licząc czekanie na autobus prawie trzy. 

Już pewnie zawsze Neuschwanstein będzie mi się kojarzył z deszczem i błotem, ale tego widoku na góry i bajkową budowlę nie zapomnę nigdy. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *