Drachenburg: siedem wcieleń netflixowej rezydencji

Drachenburg: siedem wcieleń netflixowej rezydencj czyli o fascynującej historii pewnego zamku nad brzegiem Renu.

0

Być w Bonn i nie zawitać do zamku Drachenburg? To jak pojechać do Krakowa i nie zobaczyć Wawelu. Zamek nie znajduje się co prawda w samym Bonn, ale po drugiej stronie Renu. I w sumie to dobrze. Dzięki temu położony jest wspaniale na wysokim wzniesieniu, w przecudnym otoczeniu. Kiedy czytacie słowo zamek przed Waszymi oczami pojawia się pewnie jakaś średniowieczna warownia z basztami, zwodzonym mostem i fosą. No cóż… Drachenburg jest i zamkiem, ale napewno nie średniowiecznym. W dodatku ma tylko nieco ponad 130 lat, a więc przy Wawelu, czy innych zamkach i pałacach jest prawie współczesny. Nie oznacza to wcale, że nie jest godny uwagi. Co więcej, to jeden z najpiękniejszych zamków jakie widziałem do tej pory, a widziałem już ich całkiem sporo. No, ale o gustach się nie rozmawia. Przejdźmy lepiej do jego historii, bo ta jest co najmniej ciekawa. 

Aby dostać się do niego należy odbyć podróż kolejką, lub iść dość stromym, leśnym szlakiem około 30 minut. Ponieważ lubimy ruch i jesteśmy pełni energii wybraliśmy oczywiście kolejkę.😆

Był to jeden z pierwszych kursów, wiec wagonik był jeszcze pustawy. Kiedy dotarliśmy do pośredniego przystanku zobaczyliśmy, że brama na teren rezydencji jest jeszcze zamknięta. Na szczęście w pobliżu był akurat dozorca, któremu powiedzieliśmy, że mamy umówione zwiedzanie. Zadzwonił więc do naszej pani przewodnik i w ten sposób byliśmy pierwszymi gośćmi, którzy tego dnia, z samego rana weszli na teren Drachenburg. Było to niesamowite uczucie kiedy stopniowo spośród drzew, w pierwszych promieniach porannego słońca wyłaniały się kolejne detale budowli, o której można by nakręcić cały serial dokumentalny. A i fabularny też by dał radę. Może kiedyś zobaczymy taki na Netfliksie.😉

kolej
Wjazd kolejką zębatą na górę.
Drachenburg
Wyłaniający się powoli zza drzew Drachenburg o poranku.

Pierwsze wcielenie rezydencji: luksusowa siedziba księcia

Zwiedzanie zaczęliśmy od bocznego dziedzińca na którym znajduje się fontanna oraz charakterystyczne dwa złote jelenie. I tu nasza pani przewodnik rozpoczęła fascynującą opowieść o historii zamku. Zbudowano go w 1882 roku. Dzisiejsi inżynierowie, zwłaszcza ci odpowiedzialni za kilkunastoletnią budowę lotniska w Berlinie, lub dworca kolejowego w Stuttgarcie, powinni uczyć się od ówczesnych budowniczych, którzy bez całego, współczesnego sprzętu potrafili zbudować na szczycie góry tak monumentalną budowlę w zaledwie dwa lata i to transportując wszystkie materiały na górę za pomocą… osłów. Rezydencję wzniesiono dla Stephana Sarter’a. Stephan urodził się w Bonn, ale w młodości wyjechał do Paryża, gdzie pracował na giełdzie jako analityk finansowy. Później założył własną firmę, która doradzała innym jak inwestować na giełdzie. Również sam Sarter inwestował i to tak umiejętnie, że wkrótce zbił fortunę na akcjach kanału Sueskiego.

zamkowa kuchnia
Archiwalne zdjęcie zamkowej kuchni.
taras zamkowy
Fasada zamku od strony Renu.

Kupujesz von i zostajesz księciem

Bajecznie bogaty już Stephan zapragnął uzyskać tytuł książęcy. Nie mógł go odziedziczyć po przodkach, więc poprostu kupił go sobie za kwotę czterdziestu tysięcy marek, a przed jego nazwisko wskoczył przedrostek von. Na swój herb wybrał wagę i widnieje ona na fasadzie zamku. Dziś taka sytuacja w Niemczech nie mogła by już mieć miejsca. Da się jednak wciąż uzyskać tytuł książęcy przez adopcję i wcale nie trzeba być dzieckiem, bo zdarzają się adopcje zupełnie dorosłych już ludzi. Von Sarter jak na księcia przystało musiał mieć swoją rodową siedzibę. Dlatego wkrótce po uzyskaniu tytułu rozpoczął budowę zamku na wzgórzu, na którą  wydał 1,7 miliona  marek. Miał tu zamieszkać ze swoją największą miłością życia jeszcze z czasów młodzieńczych, ale zanim budowa się zakończyła jego ukochana zmarła. 

Być może dlatego nigdy tutaj nie zamieszkał, a zamek wykorzystywał tylko od czasu do czasu, żeby przyjmować swoich prominentnych gości. Na codzień mieszkał w Paryżu w, nieco tylko większym od przeciętnego, mieszkaniu.

W przeciwieństwie do historyzującej fasady wnętrza były w momencie oddania do użytku rezydencji całkiem współczesne jak na owe czasy i wyposażone w najnowsze zdobycze techniki min. lampy gazowe, czy centralne ogrzewanie.

sypialnia
Jedna z zamkowych sypialni ze wspaniałym widokiem na góry i Ren
zamek
Wspaniałe wnętrza zamku

Drugie wcielenie rezydencji: hotel i restauracja

Ponieważ Stephan zmarł nie mając dzieci rezydencję odziedziczył po nim jego bratanek Jakob Biedenbach. Aby móc w stanie ją i ogromny ogród wokół utrzymać, udostępnił dom zwiedzającym. W ogrodzie wybudował także hotel i restaurację w stylu szwajcarskiej, górskiej chaty. Wyburzył przy tym jedyny prawdziwy, średniowieczny zabytek  w pobliżu. W piwnicy rezydencji otworzył również restaurację.

restauracja
Wybudowana w późniejszym czasie restauracja tuż obok zamku.

Trzecie wcielenie rezydencji: katolicka szkoła

Niedługo potem rezydencja dwukrotnie zmieniła właściciela i pozostawała niezmieniona w prywatnych rękach do 1931 roku. Wtedy to otworzono w niej katolicką szkołę z internatem. Bogaty wystrój wnętrz kompletnie nie pasował do szkolnych ideałów takich jak prostota i miłość do natury. Dlatego też wszystkie meble wystawiono na sprzedaż. Pomieszczenia zamieniono na klasy, a najbardziej widowiskowe pomieszczenie Kunsthalle (galerię sztuki) zamieniono na kaplicę, natomiast w tzw. knajpie (Kneipe), która służyła jako pomieszczenie dla panów w trakcie różnych imprez, zorganizowano zakrystię. Niektóre nie pasujące freski na ścianach usunięto, lub poprostu zamalowano.

galeria
Najbardziej reprezentacyjne pomieszczenie zamku, gdzie odbywały się imprezy, a za czasów szkoły katolickiej msze. Na samym końcu po lewej znajduje się tzw. Kneipe, czyli kącik gdzie panowie prowadzili męskie rozmowy i palili. Później w tym miejscu znajdowała się zakrystia.

Czwarte wcielenie rezydencji: szkoła Adolfa Hitlera

Kiedy do władzy w Niemczech doszli nacjonaliści  zmuszono braci zakonnych prowadzących szkołę do jej sprzedaży związkowi DAF, czyli nazistowskiej organizacji zrzeszającej pracowników i pracodawców. Urządziła ona w rezydencji szkołę dla nazistowskiej kadry zarządzającej. Budynek znów przerobiono. Tym razem ofiarą padły wspaniałe schody w holu wejściowym i samo wejście, które uwspółcześniono, a pozostałe po tej operacji kamienie rozrzucono po parku. Szkole nadano oczywiście imię Adolfa Hitlera.

Czwarte wcielenie rezydencji: kolejowe centrum szkoleniowe

W czasie Drugiej Wojny zamek bardzo ucierpiał, zresztą widzieliśmy na jego fasadzie ślady po kulach. Dach był częściowo uszkodzony , większość wspaniałych okien witrażowych została zniszczona. Do dzisiaj w wielu miejscach nie zostały jeszcze uzupełnione i zamiast kolorowych wzorów gdzieniegdzie są wprawione proste okna. Tuż po wojnie na zamku zamieszkali uchodźcy, a proces jego dewastacji postępował dalej. Skradziono wtedy wiele ręcznie malowanych tapet. 

Wkrótce potem urządzono tutaj ponownie szkołę. Tym razem było to centrum szkoleniowe niemieckich kolei. W 1953 roku zamek przejął land Nadrenii Westfalii, po tym jak wspomniani przeze mnie wcześniej bracia zakonni zrzekli się go.

Piąte wcielenie rezydencji: obozowisko bezdomnych

Siedem lat później kolejową szkołę zlikwidowano ponieważ coraz mniej młodych ludzi było zainteresowanych pracą na kolei. Przez wiele lat zamek stał pusty i popadał w ruinę. W pewnym momencie chciano go nawet wyburzyć i postawić w tym miejscu nowoczesny biurowiec. Na szczęście protesty okolicznych mieszkańców doprowadziły do tego, że zrezygnowano z tego pomysłu. Nie miało to jednak żadnych pozytywnych konsekwencji dla rezydencji, która nadal niszczała. Drewno z wnętrz kradziono na opał, zniknęły również wszystkie lampy, aż w końcu osiedlili się tutaj bezdomni.

Szóste wcielenie rezydencji: kicz, Andy Warholl i dzikie imprezy

W 1971 roku pojawił się inwestor. Paul Spinamy, przedsiębiorca, kupił zamek od landu za pół miliona marek i zainwestował w generalny remont kolejnych parę milionów. Ścienne malowidła odnowiono, niestety zrobił to początkujący artysta z raczej marnym skutkiem. Zamiast kolorowych witraży wprawiono w okna barwne malowidła na szkle. Wnętrza natomiast wypełniły antyki wymieszane z kiczowatymi meblami jak na przykład kolorowym krzesłem nazywanym tronem Ludwika XIV. Ekscentryczny właściciel podjeżdżał pod swój zamek złotym Rolls-Roycem, a we wnętrzach urządzał dzikie imprezy. Na jednej z nich pojawił się nawet Andy Warholl.

Najsłynniejsze jednak były jego koncerty organowe. W jednej z sal zainstalował olbrzymią atrapę organów. Zapraszał swoich gości na „swoje” muzyczne popisy, po czym włączał nagrane dźwięki na… głośnikach. Przez długi czas nikt się nie zorientował, a jego żona aż do jego śmierci była święcie przekonana, że jest wybitnym organistą. Dopiero wiele lat później przekonano ją w końcu, że organy nie mogą wydawać z siebie żadnego dźwięku bo są jedną wielką atrapą. A tak na marginesie w sali , w której się one znajdują odprawiane są cywilne śluby i świeżo poślubieni małżonkowie bardzo chętnie fotografowują się na ich tle.

tron
Jeden z elementów nowego, kiczowatego wyposażenia rezydencji: fotel wzorowany na tronie Ludwika XVI.
organy
Fałszywe organy i sala koncertowa, gdzie dziś odbywają się śluby.

Siódme (i miejmy nadzieję ostatnie) wcielenie: muzeum i studio telewizyjne

Kilka lat później zamek znów dostał się w ręce landu Nadrenii Westfalii. Po wielu latach został s końcu odrestaurowany pod fachowym okiem konserwatora zabytków. Prace poprzedzono dokładnymi badaniami, które wykazały, że remont potrwa aż 12 lat. Przypominam, że budowa rezydencji trwała raptem dwa lata! I tak też się stało. Dopiero w 2010 roku zamek oddano do zwiedzania. Jednak dopiero rok później zakończono wszystkie prace w otaczającym zamek ogrodzie, a także uruchomiono nową stację kolejki w pobliżu. W pracach brało udział 65 biur projektowych i 270 różnych firm, łącznie około 3500 ludzi. Cała skomplikowana operacja zakończyła się rachunkiem na kwotę 27 milionów euro. Jeszcze trzy lata temu rekonstruowano ostatnie okna w galerii sztuki. W pozostałych pomieszczeniach widzieliśmy , że fragmenty niektórych okien są jeszcze wciąż nie wymienione. Organizuje się w tym celu nadal zbiórki pieniędzy. Poza nimi właściwie wszystkie pomieszczenia ukończono i można je dziś podziwiać w całej okazałości. 

witraż
Jeden ze wspaniałych witraży w Kunsthalle. Wiele z nich przedstawia znane osobistości.

Kiedy byliśmy w środku, na parterze krzątała się ekipa telewizyjna. Wszędzie stały reflektory i różne profesjonalne sprzęty. Nie był to jakiś ewenement w tym miejscu, ponieważ cyklicznie nagrywa się tutaj telewizyjny show Barres für Rares w trakcie którego uczestnicy sprzedają różne dzieła sztuki. Były tutaj nagrywane również inne produkcje min. mój ulubiony serial Babilon Berlin (dostępny na HBO). Nie udało nam się przy okazji wkręcić do telewizji, ale za to zwiedziliśmy wszystkie zakamarki rezydencji. Miejsce to oczarowało nas zupełnie. Kiedy usłyszałem, że w zamku są dwa apartamenty na wynajem od razu w mojej głowie zaświtało marzenie, że chciałbym kiedyś spędzić noc w takiej rezydencji. Kiedy jednak później zobaczyłem w internecie jak wyglądają te apartamenty i że każdy z nich jest urządzony zupełnie współcześnie (są nawet płaskie telewizory na ścianach) mój entuzjazm opadł. 

jadalnia
Zamkowa jadalnia i napoje ekipy telewizyjnej
hol
Zamkowy hol powoli zmienia się w studio telewizyjne.

Zamiast tego pojechaliśmy jeszcze kolejką jedną stację wyżej, do punktu widokowego z którego rozciągała się wspaniała panorama Renu i okolic Bonn. Dodam jeszcze tylko, że kolejka jest najstarszą koleją zębatą na terenie Niemiec i sama w sobie jest już mega atrakcją. A jeśli jeszcze dodamy do tego mój, jak dotąd, ulubiony zamek w Niemczech to poprostu mamy bajkę. I tak, widziałem Neuschwanstein.😉 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.