Każde miasto, zwłaszcza duże, ma swoje różne oblicza. Kiedy pomyślimy sobie o Frankfurcie nad Menem zaraz pewnie mamy przed oczami morze szklanych wieżowców. Nikt nie pomyśli o zatopionych w zieleni starych kamienicach, małych, intymnych placykach, czy cichych parkach. Takie właśnie jest Sachsenhausen, dzielnica położona po południowej stronie Menu. Wieżowce po drugiej stronie rzeki wydają się być na wyciągnięcie ręki, a jednak panuje tutaj zupełnie inna atmosfera. Niemcy określają to jako „ Dörflichkeit”, czyli wiejskość. Oczywiście nie ma tutaj pól, stodół, czy chodzących po ulicach krów, ale można odnaleźć prawdziwy spokój i swego rodzaju lokalność.

Zielone Sachsenhausen

Lokalny dworzec

W wielu niemieckich miastach mamy do czynienia z dumą, że pochodzi się z danego miejsca. Rekordzistami w tym temacie są mieszkańcy Kolonii, którzy wieżą, że są potomkami starożytnych Rzymian i dla których bycie Kolończykiem to większy powód do dumy, niż bycie Niemcem. We Frankfurcie, w Sachsenhausen, mamy do czynienia z patriotyzmem na poziomie dzielnicy. Na biznesowe City po drugiej stronie nie mówi się „centrum”, ale północny Frankfurt, aby podkreślić, że jedyny i prawdziwy Frankfurt to ten południowy. Często też mieszkańcy mówią, że mieszkają po tej właściwej stronie rzeki.

Wszystko w Sachsenhausen jest jakby bardziej swojskie, nawet lokalna stacja kolejki miejskiej to po prostu Lokalbahnhof (dworzec lokalny). Za pierwszym razem myślałem, że Google ma jakiś błąd i karze mi wysiadać na jakimś dworcu bez nazwy. 😉

Tak jak i cały Frankfurt jest różnorodny tak i same Sachsenhausen nie jest jednolite, ale przez to jeszcze bardziej ciekawe i nie monotonne. Dzielnica dzieli się na dwie części. Tak zwane Alte Sachsenhausen (Stare Sachsenhausen) to skupisko podrzędnych knajp, w których królują klimaty pseudo Oktoberfestu. Jest tutaj głośno, piwo i wino jabłkowe leje się strumieniami i na pewno nie jest to okolica dla turystów szukających rozrywek wyższego rzędu. Alkohol sprzedaje się na metry, a w przerwach między jednym, a drugim sznapsem można zjeść kebaba w jednej z wielu bud. Do tego jeszcze Schlagermusik czyli odpowiednik naszego Disco Polo i można szaleć do rana, zapominając o stresującej pracy w banku, po drugiej stronie rzeki.

Obowiązkowe Apfelwein

Schnauze

My (może i na szczęście) odwiedziliśmy Alte Sachsenhausen w dzień i to w dodatku w niedzielę, więc po całonocnych ekscesach nie było śladu. Ulice były puste, a jedynym miejscem gdzie było mnóstwo ludzi była miejscowa lodziarnia, z (podobno) są ręcznie kręconymi lodami. No i oczywiście Affentorplatz czyli Plac Małpiej Bramy, na którym w kilku knajpach zawsze jest dużo ludzi, niezależnie od dnia tygodnia i pory. Lokale są tak oblegane, że kelnerom wydaje się, że są pół bogami i łaskawie mogą obsłużyć klienta, byle by ten nie siedział za daleko od głównego wejścia, bo przecież trzeba oszczędzać nogi. Słyszałem już o tzw. Berlinerschnauze (niewyparzonej, pyskatej berlińskiej “gębie”), ale frankfurcka wcale nie jest gorsza. 🙂 Kiedy zwróciliśmy uwagę kelnerowi, że skoro przystawka jest dla dwóch osób to przydałyby się też dwa talerze ten stwierdził, że oni tak podają i odwrócił się na pięcie. Wcześniej zasugerował żebyśmy się przesiedli, bo jego już naprawdę bolą nogi. Myślę, że obok wina jabłkowego i zielonego sosu (przeczytasz o nim TUTAJ) do lokalnego kolorytu koniecznie trzeba zaliczyć frankfurcką ”Schnauze”.

Niedzielna kolejka po lody
Napis nad jedną z imprezowych knajp mówi, żeby nie być fiu.. i wchodzić do środka. Typowe, czasem wulgarne, Stare Sachsenhausen.
Knajpy na Affentorplatz
Po lewej stronie ”Schnauze” 🙂

Klasycznie, jak “niby” lokalsi zjedliśmy tam niedzielny obiad, a żeby było już do bólu tradycyjnie na stół wjechały sznycle z podwójną porcją zielonego sosu i jabłkowym winem. Te, plus typowa frankfurcka przystawka (mogłaby być śniadaniem lub lekkim obiadem) czyli Handkäse mit Musik (biały ser potraktowany sodą, a do tego zeszklona cebulka- pychota!), ziemniaki i jajko na twardo znów z zielonym sosem, okazały się istną bombą kaloryczną. 2500 kalorii! Na długi czas mam dosyć sznycli, o zielonym sosie nie wspominając, a tego dnia już nic nie byłem w stanie zjeść. No ale cóż się dziwić. Jesteśmy w Niemczech. Tutaj każdy wychodzi z restauracji na granicy puszczenia pawia z przejedzenia. 😉

Sznycle giganty i zielony sos z ogromną ilością tłustej śmietany

Są dwie ważne instytucje. Biały Dom i…

Parę przecznic dalej od tego imprezowego piekła ”Rambazamba” (jakby powiedział Niemiec) zaczyna się znowu inny świat. To okolice Placu Szwajcarskiego i głównej ulicy Sachsenhausen, która jakże by inaczej mogła by się nazywać, Szwajcarskiej. To tutaj znajduje się najważniejsza instytucja w całym Frankfurcie, ba, miejscowi twierdząc że nawet na całej północnej półkuli (oprócz Białego Domu w Waszyngtonie). To knajpa ”Zum gemalten Haus” (Pod Malowanym Domem). Dom, a właściwie całkiem okazała kamienica rzeczywiście wygląda ”jak malowany”. Jego fasadę pokrywają kolorowe kwiaty, wśród których nie mogło oczywiście zabraknąć kwiatów jabłoni. Spotykają się tutaj bardzo różni ludzie. Od bankierów, przez miejscowych pijaczków z paroma euro w kieszeni, znanych pisarzy po urzędników. Młodzi, starzy, wszyscy delektują się obowiązkowym winem i rarytasami heskiej kuchni, które na pewno smakują o wiele lepiej niż gdzie indziej, bo właściciel, a jednocześnie główny kucharz, pobierał nauki w najbardziej nobliwym miejscu Frankfurtu, czyli Grandhotelu ”Frankfurter Hof”. Po tych tysiącach kalorii nikt nie zaciągnął by nas tam nawet siłą, ale przy następnej okazji na pewno tam zawitamy.

Wrota do ”Rambazamby”

Sama Schweizerstrasse tez jest pełna sprzeczności. Na jednym jej końcu znajduje się najlepsza restauracja Frankfurtu znanego (komuś) austriackiego kucharza Mario Lohninger, podczas gdy na drugim końcu króluje tani meksykański bar z podróbkami Taco. Tuż obok są słynne delikatesy ”Meyer”, pod którymi parkują Porsche Cayenne. Wysiadają z nich farbowane na blond żony bankierów, żeby kupić na przykład francuskie przepiórki z tzw. różowym certyfikatem, z wolnego wybiegu za 30 euro za kilogram. Parę metrów dalej, na Schweizerplatz, siedzą na ławeczkach miejscowe babcie, które ledwie wiążą koniec z końcem z powodu niskich emerytur i dla których łapanie ostatnich promieni jesiennego słońca jest jedyną rozrywką, na którą mogą sobie pozwolić. Na Szwajcarskiej, pomimo tak wielu kontrastów, na szczęście na próżno szukać sieciówek, a partery przepięknych secesyjnych kamienic zajmują małe sklepiki i urocze knajpki. Spacerując w cieniu dorodnych platanów pierwsze słowo jakie przychodzi do głowy to ”geniessen”. Trudno to przetłumaczyć dosłownie na polski język, ale najbardziej zbliżone byłoby ”czerpać radość”, lub ”rozkoszować się”.

Najważniejsze miejsce zaraz po Białym Domu
Piękne kamienice na Schweizerstrasse
Zielony Schweizerplatz
W cieniu platanów
Metro we Frankfurcie nie jest zbytnio urodziwe ani czyste, ale stacja Schweizerplatz należy akurat do tych ładniejszych

Wcale mnie nie dziwi, że lokalsi tak bardzo podkreślają swoją odrębność i odcinają się od “północnego Frankfurtu”. Chcą po prostu ”genissować” swój mikro świat. ”Von Gott und vor Ebbelwoi sind alle gleich”. Przed bogiem i winem jabłkowym (Apfelwein to w miejscowej gwarze Ebbelwoi) wszyscy są równi. To motto idealnie pasuje do Sachsenhausen.

D.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *