Lipsk. Miasto we wschodnich Niemczech. Wschodnich, czyli tych biedniejszych. Opuszczone, walące się kamienice, dziurawe drogi, puste fabryki z powybijanymi szybami, tanie mieszkania, bo i kto chciałby tam mieszkać? W takiej dziadowskiej miejscowości. Parę ładnych budynków na krzyż, które pokazują we vlogach i postach na różnych stronach, by wydawało się, że to miasto jakoś tam egzystuje i niby ma się dobrze. Taka niemiecka Łódź, przy czym Łódź to i tak perełka… Tak myślałem. Jak bardzo można się jednak mylić, dowiedziałem się dopiero, gdy tam się znalazłem.

Mieszkam w Niemczech już od 2000 roku (fakt, z małą przerwą, ale łącznie już jakieś 14-15 lat), ale tylko przez pierwszy rok mieszkałem we wschodnich Niemczech, i to jako dzieciak, więc niewiele pamiętam. Pamiętam tylko bloki z betonowej płyty, które z roku na rok pustoszały, ponieważ większość mieszkańców emigrowała do zachodniej części kraju. Tam było lepiej. Więcej pracy za lepsze pieniądze i lepsze perspektywy. Tak samo było z nami. Lepsza praca i raz dwa znaleźliśmy się w tej “lepszej” części kraju. Tak też dawne tereny NRD pozostały w mojej pamięci i takie zdanie o nich miałem do tej pory.

Już na samym początku przyjemnym zaskoczeniem był dla mnie przepiękny dworzec czołowy. Główny dworzec Lipska jest jednocześnie największym dworcem czołowym w Europie. Monumentalny, olbrzymi i bardzo zadbany.

W zależności od tego, jak daleko od dworca macie nocleg, można wybierać pomiędzy autobusami, tramwajami, taksówkami, S-bahnami oraz od niedawna również CleverShuttle. Jest to projekt i jednocześnie firma córka Deutsche Bahn, która oferuje przejazdy elektrycznymi samochodami w bardzo korzystnej cenie. Działa podobnie jak taksówka, tyle, że zamawia się ją poprzez aplikacje. Kierowca jadąc po Ciebie, zgarnia inne osoby jadące w tym samym, lub podobnym kierunku, a więc może być tak, że odbierze Ciebie, a w środku będzie inny pasażer, którego po drodze gdzieś wysadzicie. Co prawda podróż będzie trwała kilka minut dłużej niż normalną taksówką, ale za to zapłacicie zamiast na przykład 15€, tylko 5€. Oczywiście, żeby nie krążyć z kimś po mieście, w regulaminie jest określone, że kierowca może jechać kilka minut dłużej niż normalna taksówka i jest to około (max) 1/4 czasu przejazdu więcej, ale za to taniej i bardziej ekologicznie. Duży plus za pomysł. 🙂

My wybraliśmy jednak nasze niezawodne nogi, ponieważ do hotelu było niedaleko, a przy okazji mogliśmy powoli zaprzyjaźniać się z miastem.

Hotel nasz, znajdował się jakieś 10-15 minut pieszo od dworca i zajmował ostatnie dwa piętra kamienicy. Czytaliśmy w opiniach, że okolica nie jest ciekawa, jednak naszym zdaniem była bardzo fajna. Ciekawe widoki za oknem i łatwy dojazd praktycznie wszędzie. Ogólnie komunikacja w Lipsku jest moim zdaniem bardzo dobra.

Na początek wybraliśmy się prosto na obiad, ponieważ w Lipsku byliśmy dopiero około 12 w południe, a wyjechaliśmy około 5 nad ranem, więc już trochę zgłodnieliśmy. Naszym celem była restauracja o nazwie “Gaststätte Kollektiv” w dzielnicy Suedvorstadt. Lokal był niesamowity. Stylizowany na czasy NRD. Był podzielony na kilka pomieszczeń, a każde z nich się od siebie różniło. Było tam mnóstwo różnych rzeczy. Jak w jakimś muzeum. Stare podłogi, stoły jak u babci przykryte różnymi obrusami. Krzesła delikatnie odrestaurowane, ale na pierwszy rzut oka tak stare, że strach było na nich siadać, żeby nie rozwalić. Były tam kredensy, a w nich i na nich mnóstwo kurzołapek z tamtych czasów. Lokówki, suszarki do włosów, zabawki, latarki, opakowania po różnych przedmiotach, puszki po daniach z lat 70-tych, sznurówki, ściereczki, zdjęcia, słoiki z przetworami, lampki choinkowe i co tylko dusza zapragnie. Dosłownie wszystko, a będąc w środku czuliśmy się, jakbyśmy się przenieśli w czasie.

Samo wnętrze robi takie wrażenie, że w zasadzie nie ważne co się będzie jadło, to i tak będzie fajnie.

Karta zawiera potrawy domowej kuchni niemieckiej z tamtego okresu, czyli w zasadzie nic, czego byśmy nie znali, mieszkając tak długo w Niemczech, oraz kuchni czeskiej, a więc wybraliśmy tą drugą.

Ja zamówiłem pieczoną kaczkę z knedlami czeskimi, a Dawid niemiecki Tafelspitz – czyli pieczeń w sosie chrzanowym również z czeskimi knedlikami.

Jedzenie było dobre. Może nie było jakieś super wyśmienite, ale było dobre i na pewno robione na świeżo, bez ściemy. Uczciwie. Dlatego z czystym sumieniem możemy polecić ten lokal.

Nasze żołądki były już zapełnione, a więc czas na zwiedzanie, ale żeby was czytaniem zbytnio w ten weekend nie zamęczyć, postanowiłem podzielić ten dzień na dwa posty, a więc reszta w kolejnym. Udanego weekendu i pamiętajcie by do nas zaglądać.

M.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *