Księży Młyn

Żegnamy się z mroźną Łodzią. Dziś dzień odjazdu, który okazał, się przez czekanie na pociąg, wyjątkowo długi. Tymczasem zjedliśmy bardzo dobre, hotelowe śniadanie i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Łodzi. Wsiedliśmy w tramwaj i pojechaliśmy w kierunku Księżego Młyna. Kompleks znajduje się nieco dalej od centrum, ale z naszego hotelu mogliśmy tam dojechać jednym numerem. Warto odwiedzić to miejsce zwłaszcza, tak jak my, w mroźny, słoneczny poranek, kiedy nie ma tam żywej duszy. Wędrówka po kocich łbach, pomiędzy równymi rzędami robotniczych domków (familoków) z brunatnoczerwonej cegły ma w sobie coś magicznego. Najlepsze jest to, że miejsce to nie zostało jeszcze odkryte przez masową turystykę. Nie ma tam kawiarni, sklepów z pamiątkami, czy foodtracków. Uliczki wyglądają dokładnie tak samo jak sto lat temu, no może poza zaparkowanymi autami i antenami satelitarnymi gdzieniegdzie. Osiedle dla pracowników kilku przędzalni, które znajdują się tuż obok, miało być samowystarczalne. Była tu szkoła, sklep (tzw. konsum), szpital, a nawet remiza strażacka. Wszystko wybudowane w tym samym stylu, z czerwonej cegły. Tuż obok przędzalni znajduje się również pałacyk, w którym mieszkał zięć ich wlasciciela- fabrykanta Karola Scheiblera, a dawne fabryczne hale (podobnie jak remiza) zostały całkiem niedawno pieczołowicie odrestaurowane i mieszczą dzisiaj różne biura.

Księży Młyn
Szkoła
Remiza
Przędzalnia

Biała fabryka z pierwszym kominem w Łodzi

Nieźle wymarzliśmy w Księżym Młynie dlatego prawie pobiegliśmy potem na tramwaj, żeby chociaż przez chwilę znów poczuć ciepło. Przesiedliśmy się w Stajni Jednorożca (uwielbiam tę nazwę!) na inny i dotarliśmy do Białej Fabryki. Trochę z przygodami, bo wysiedliśmy za daleko i musieliśmy cofnąć się tramwajem jeden przystanek.  Poza tym mamę dorwała jakaś starsza pani i obie całą drogę zawzięcie o czymś dyskutowały. Nie słyszałem o czym, ale do moich uszu dotarło tylko to, że “pani syn koniecznie niech wyjedzie za granicę, bo tu to żadnej przyszłości nie ma”. 

Stajnia

Przy okazji zbyt długiej przejażdżki zobaczyliśmy Halę Targową “Górniak”- wielkie targowisko, które pomimo modernizacji w 2012 roku przypomina mi targowiska z wczesnych lat 90-tych. Powstała w 1934 roku hala jest jednym z najstarszych targowisk w Łodzi. Niestety po jej remoncie trudno zorientować się, że to tak stary budynek. 

Jednak nie ze względu na halę tu przyjechaliśmy, ale budynek Białej Fabryki. W przeciwieństwie do innych, ceglanych fabryk Łodzi, ta jest otynkowana i jak nie trudno się domyślić ma mało fabryczny, biały kolor i wygląda bardziej jak elegancka kamienica. Jako pierwsza w Łodzi posiadała maszynę parową i w związku z tym powstał tutaj pierwszy w mieście fabryczny komin, a w chwili otwarcia była najnowocześniejszą nie tylko tkalnią, ale i fabryką w całym kraju. Dziś to Centralne Muzeum Włókiennictwa. Niestety jeśli nie ma się zamiaru zwiedzać muzeum można tylko zaglądać przez zamkniętą bramę od strony ulicy Piotrkowskiej, lub wysokie ogrodzenie od strony całkiem ładnego parku i podziwiać zadbane budynki, które zupełnie nie kojarzą się z wielkim kompleksem przemysłowym. Ehhh…gdyby tak dzisiaj dbano o architekturę zakładów przemysłowych świat byłby piękny!

Biała Fabryka
Staw przy Białej Fabryce

Gigantyczny mural i OFF Piotrkowska

Po powrocie do naszej  ulubionej stajni zahaczyliśmy jeszcze o jeden z najwiekszych murali w Łodzi, który znajduje tuż obok wieżowca Red Tower. Wbrew nazwie budynek nie jest zbytnio nowy, bo powstał w 1978 roku, ale i owszem jest czerwony i wciąż dzierży tytuł najwyższego w Łodzi. Mural przy Piotrkowskiej 152 o powierzchni 600 metrów kwadratowych jest nie tylko jednym z największych w Europie, ale w momencie namalowania był największy na świecie. Do jego wykonania zużyto aż 2 tysiące puszek ze sprayem. Nieźle co?

Największy mural Europy

Rzut beretem od muralu giganta znajduje się OFF Piotrkowska. Dziś w całej Polsce modne jest przerabianie starych poprzemysłowych budynków na biura, mieszkania, sklepy, czy kawiarnie, ale to OFF Piotrkowska była w tej dziedzinie pionierem i powstała w czasach, kiedy jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, żeby w stare fabryki tchnąć nowe życie. Wcześniej, jak to zwykle w Łodzi bywa, była tu tkalnia i przędzalnia. Po ich upadku były tu różne firmy, a na podwórku skupisko bud z azjatyckim jedzeniem, które przez Łodzian było nazywane China Town. Dziś to kawiarnie, pracownie architektów, projektantów mody, designu, kluby muzyczne itp.  

Ponieważ na obiad było jeszcze zbyt wcześnie, weszliśmy do jednego z lokali na kawę i ciacho. Siedząc w bardzo wystylizowanym wnętrzu i patrząc na widok za oknem miałem wrażenie, że jestem gdzieś w lokalu na nowojorskim Bronxie. Wszechobecna, odnowiona cegła, metalowe schody, wielkie pofabryczne okna, brakowało tylko Empire State Building, gdzieś na horyzoncie. Nawet moja mama wtopiła się idealnie w otoczenie i postawiła swoją równie designerską jak wszystko wokół torebkę, na parapecie. 🙂 Do tego wzorek na kawie, domowe ciasto z fancy kruszonką i fachowe czasopisma o designie i sztuce. Bardziej hipstersko już nie może być. Idealny obrazek lokalu burzył tylko gołąb spacerujący między stolikami, którego obsługa bezskutecznie próbowała wygonić ba zewnątrz, a może za bardzo nie chciała, traktując go jako niezłą rozrywkę w pracy. Mimo tego designerskiego zadęcia było miło, a co najważniejsze w tych ciężkich warunkach pogodowych, ciepło i za nic w świecie nie chciało nam się stamtąd wychodzić. 

Niestety godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie. 

OFF

Pożegnanie z chamską zapiekanką w tle

Pojechaliśmy na dworzec Łódź Kaliska, ten sam, który  niezbyt miło witał nas poprzedniego dnia. Chcieliśmy jeszcze kupić jakieś magnesy z Łodzi, ale pani z kiosku na dworcu z rozrzewnieniem stwierdziła, że “kiedyś to były, ale już nie ma”. No tak…kiedyś w Łodzi wszystko było inne. Na pocieszenie mama kupiła sobie babskie czytadła i poszliśmy na dworcowe, chamskie zapiekanki z mirkofali. Znawca tematu zapiekanek powiedziałby, że to świętokradztwo, ale jaka to była fascynująca odmiana po hipsterskiej kawie i cieście z fancy kruszonką. Jak zwykle w Łodzi, pan od zapiekanek był bardzo sympatyczny i widząc, ze mama jest na zdrowotnej diecie od razu nawiązał do tematu. No i zaczęła się opowieść o pani z budki obok, o jej chorych trzewiach i codziennej zupce pomidorowej, która podobno bardzo slużyła jej zdrowiu. Tak…Łodzianie są z innego świata. Tego trochę lepszego i sympatyczniejszego. A może to my mieliśmy jakieś wyjątkowe szczęście? Któż to wie.

Po wyjeżdzie z Łodzi nasze szczęście prysnęło jak mydlana bańka. Z powodu wypadku na torach wstrzymano cały ruch pociągów na trasie z Warszawy do Poznania i spędziliśmy ponad sześć godzin na dworcu w Kutnie modląc się żeby w końcu dotrzeć do domu. Poznałem każdy zakamarek kutnowskiej stacji, ruskie pierogi w dworcowym barze i większość angielskich numerów National Geographic, które ludzie w nim zostawiają na wymianę. Mimo wszystko zapamiętam na długo ten wyjazd i chyba już zawsze Łódź, pomimo jej ewidentnych braków, bardzo mile będzie mi się kojarzyć…

D.

2 Komentarze
  1. Księzy Młyn jest fantastyczny. Wspaniale, że tam trafiliście. To chyba moja ulubiona część miasta. Nazwa przystanku centrum: Stajnia Jednorożców też mi się bardzo podoba. jest nawet pomysł by powstał tam pomnik jednorożca. A o Górniaku, od moich rodziców często słyszałam, że wszystko można było tam kupić.

    1. No właśnie zupełnie nie rozumiem dlaczego ten magiczny Księży Młyn jest jakoś tak niedoceniany. A wielki jednorożec byłby w dechę;) Wielkie dzięki za komentarz.Polecamy się na przyszłość! Pozdro z pochmurnego Ludwigshafen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *