To nasz drugi dzień w Hongkongu. Pierwsza noc w nowym miejscu… Klimatyzacja była tak głośna, że gdyby nie to, iż byliśmy padnięci, pewnie nie mogli byśmy zasnąć. Bez włączonej klimy pewnie też byłoby ciężko, ze względu na wysoką temperaturę. Nawet może jeszcze gorzej. Tak więc postawiliśmy na hałas. Mimo nie zbyt dobrze przespanej nocy, byliśmy w pełnej gotowości do zwiedzania. Najpierw prysznic, potem śniadanie i to wcale nie byle jakie! Poprzedniego dnia, gdy szliśmy na promenadę, mijaliśmy po drodze potykacz restauracji serwującej m.in. Dim Sum. W dodatku mieli promocję w porze śniadaniowej i za porcje płaciło się $16.

 

Dim Sum w Serenade

Restauracja Serenade i fajtłapy in da city.

Wnętrze restauracji przypominało trochę salę balową. Przepiękne kryształowe żyrandole, okrągłe stoły nakryte białymi obrusami i kelnerki elegancko ubrane w białe koszule. Najlepsze jednak było to, że w restauracji były wielkie na całą ścianę okna z widokiem na wyspę Hongkong. Chyba najfajniejsze miejsce w Hongkongu by zjeść śniadanie.

Na stole leżały karty z porannym menu, oraz te z poranną promocją. Wybraliśmy więc cztery rodzaje potraw (w karcie zaznaczamy cyframi w kółkach ile porcji danej potrawy chcemy, i oddajemy zamówienie kelnerce). Zamówiliśmy Dim sum na parze z krewetkami, z warzywami w cieście z mąki ryżowej, z jakimś mięsem w cieście drożdżowym (choć to mięso smakowało jak podroby), oraz papryki podawane na gorącej patelni. Nie mogło też zabraknąć zielonej herbaty z jaśminem, która była obłędna! Czekaliśmy dość sporo, ale było warto. Jedzenie pyszne.

Star Ferry

Teraz tylko zapłacić i możemy jechać na wyspę. Ale zaraz… Dlaczego taki wysoki rachunek, skoro wszystko było po $16?! Taaa. Poszły dwie fajtłapy w sobotni poranek na promocję śniadaniową, która obowiązuje od poniedziałku do piątku. No trudno. Było warto i powiedzieliśmy, że koniecznie musimy tam iść innego dnia jeszcze raz.

 

Jedziemy na wyspę Hongkong.

Do centrum możemy dostać się na kilka sposobów: autobusem, taksówką, metrem albo promem Star Ferry (zdecydowanie nasz faworyt). Pierwsza przeprawa przez zatokę Wiktorii musiała odbyć się właśnie po niej! Star Ferry, to najstarszy przewoźnik oferujący przeprawy promem z półwyspu Kowloon do Central w Hongkongu. Cała podróż trwa około siedmiu minut i jest atrakcją samą w sobie. Promy są bardzo stare i widać to na pierwszy rzut oka. W dodatku jest to najtańszy środek transportu. Na prom są dwa wejścia.

Budynek 2IFC

Jedno na pokład dolny i jedno na górny. Za ten drugi płacimy nieco więcej. Warto zobaczyć jak jest na każdym z nich. Po wejściu na przystań idziemy do bramki, przy której płacimy kartą Octopus, przykładając ją w wyznaczone miejsce. Z każdego pokładu widoki są dobre, a zobaczyć panoramę centrum z pokładu Star Ferry jest bezcenne. Zarówno w dzień, jak i w nocy. Poczuć tę bryzę, usłyszeć szum fal, które przedziera prom. Nie można tego z niczym innym porównać.

 

Dotarliśmy do Central.

Gdy zeszliśmy z pokładu i wyszliśmy z przystani, przed nami pojawił się las drapaczy chmur, który sprawiał, że czułem się taki malutki. Taki tyci. Na początek poszliśmy w kierunku 2IFC, drugiego co do wysokości budynku w Hongkongu,

Bank of China i HSBC

po drodze mijając chyba największy salon Apple. Budynek IFC ma 415 metrów wysokości i oficjalnie 88 pięter. 88 jest tam szczęśliwą liczbą. Nie wiemy jednak czy piętro 14 i 24 są wliczane, ponieważ te liczby oznaczają w kantońskim dialekcie ?definitywnie martwy? oraz ?łatwo umrzeć?. IFC to mój ulubiony budynek w tym mieście i nie wyobrażam sobie hongkońskiego Manhattanu bez niego.

Następne w kolejce były budynki: Bank of China, HSBC Main Building, Ratusz (Hong Kong City Hall), a po drodze przechodziliśmy przejściem podziemnym pod Connaught Rd Central, w którym już zaczynały zbierać się Filipinki, które spędzają tam niedziele. Wygląda to dość dziwnie i pewnie, jeśli przeglądaliście już inne strony w poszukiwaniu informacji o Hongkongu, czytaliście że jest to ich jedyny dzień, który mogą spędzić ze znajomymi i robią to właśnie w taki sposób. Rozkładają kartony, koce, przynoszą jedzenie, gry planszowe i karciane, odtwarzacze muzyki i tak sobie siedzą i odpoczywają. Zauważyliśmy nawet że policja blokuje ulice na których przesiadują.

 

Ding Ding

Ding Ding. Kolejny ?supertransport? w Hongkongu.

Po zobaczeniu z bliska najważniejszych budynków w samym centrum, przyszedł czas na przejażdżkę Ding Dingiem. Ding Ding to stare, drewniane, piętrowe tramwaje. Małe, ciasne, ale bardzo klimatyczne. Obchodzą w tym roku swoją 118 rocznicą uruchomienia. Tramwaje kursują od wschodniej części wyspy (Shau Kei Wan) do zachodniej (Kennedy Town). Przejażdżka z jednego końca na drugi trwa około 80 minut, tak więc za jedyne $2,40 można zrobić sobie całkiem fajną wycieczkę. My wtedy ruszyliśmy z przystanku Bank Street, znajdującym się przed głównym budynkiem HSBC, do Western Market. Ding Ding w Hongkongu to kolejna rzecz, którą uwielbiam, i którą koniecznie trzeba przeżyć, gdy już tam się jest!

 

Escalators

Cały czas pod górkę, a jednak tak łatwo.

Mimo tego, że budynek Western Market jest bardzo ładny i ciekawy, nie zachwycił mnie jakoś specjalnie. Czytając o nim wyobrażałem sobie nie wiadomo co, i się trochę zawiodłem. W środku są kawiarenki i można kupić pamiątki. Na piętrze sprzedawali materiały, a wyżej była restauracja, w której akurat było jakieś przyjęcie weselne, co nie przeszkadzało kelnerowi by zaprosił nas do stolika, z czego ostatecznie nie skorzystaliśmy.

Z Western Market poszliśmy pieszo do Central-Mid Levels Escalators. Są to najdłuższe na świecie ruchome schody, które od 1993 roku ułatwiają ludziom komunikację między dzielnicami Central, a Mid Levels. Czyli kolejna komunikacyjna atrakcja. Uwaga! Schody rano jadą tylko w dół, ponieważ wtedy mieszkańcy spieszą do pracy w centrum, a później już tylko w górę. Jadąc schodami mijamy Soho. To tam znajduje się najwięcej knajpek i kawiarni. Oczywiście miejsce to jest polecane w większości przewodników, jednak naszym zdaniem bardzo nastawione na turystów, dużo knajp, nie chińskich, a przecież nie pojechaliśmy do Hongkongu jeść sznycla po wiedeńsku. Byliśmy tam w jednej knajpce na Dim Sum, ale nie dość że obsługa była niemiła, co generalnie było częste (może Hongkończycy tak mają?), to jeszcze jedzenie było bardzo słabe.

Targ z antykami
Świątynia Man Mo

Na końcu schodów, podążając w kierunku świątyni Man Mo, natrafiliśmy na targ z antykami. Tam jedna pani miała stoisko ze starymi zegarami, a że my z każdej podróży przywozimy zegarek, to był dla nas strzał w dziesiątkę. Od razu spodobały nam się nakręcane  w kształcie klatki dla ptaka. Wzięliśmy wiec ten najladniejszy (wbrew pozorom nie tak łatwo kupić zegar, który byłby charakterystyczny dla danego miejsca), oraz monety chińskie na szczęście dla rodziny, i zadowoleni udaliśmy się do świątyni Man Mo, najstarszej w Hongkongu. Jest to świątynia boga literatury (Man) i wojny (Mo). Podobnie jak w każdej świątyni, zapach kadzidełek czuć już na kilometr. Lubię ten zapach, ciszę i ten czerwony odcień gdziekolwiek się nie spojrzy.

Świątynia Man Mo

Schodząc z powrotem do Central wąskimi uliczkami, natrafiliśmy na targ z warzywami, owocami i mięsem. Jeden z wielu w Hongkongu. Tam kupiliśmy banany w odmianie, której u nas nigdy nie widziałem. W smaku przypominały mi trochę mieszankę banana, jabłka i grapefruita. Korzystając z okazji, iż po drodze mijaliśmy McDonald?s, wstąpiliśmy by skorzystać z toalety. To co tam zobaczyłem skutecznie mnie zniechęciło. Nie spodziewałem się, że w tego typu restauracji toaleta może tak wyglądać. Było brudno, śmierdząco, podłoga była cała mokra i wszędzie kleił się na niej papier toaletowy. Już toalety publiczne w mieście wyglądały przeważnie duużo lepiej!

Zapomnieliśmy dość szybko o przykrym przeżyciu i poszliśmy szukać dojazdu na Wzgórze Wiktorii, co ostatecznie okazało się nie być wcale takim prostym zadaniem. Więcej o całym zamieszaniu opiszę w kolejnym poście.

 

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *