Ponieważ mało kto pewnie z was słyszał o tym mieście, to trochę suchych danych o Ludwigshafen: miasto leży w południowo zachodniej części Niemiec, w landzie Nadrenia- Palatynat, nad rzeką Ren. Jest bliźniakiem Mannheim, które leży po drugiej stronie rzeki. Słynie z niczego, jednak mimo to bryluje w różnorodnych rankingach. Dlaczego Ludwigshafen zawsze jest na pierwszym miejscu? Przekonajcie się sami:

-1-

Lu (tak w skrócie nazywają Ludwigshafen jego mieszkańcy) zajmuje pierwsze miejsce wśród niemieckich miast jako tak zwane “Pendlerstadt”. Oznacza to, że liczba mieszkańców (a dokładniej ludzi przebywających aktualnie w mieście) podlega największym wahaniom w całym kraju. Oficjalnie liczba mieszkańców wynosi około 130 tysięcy (porównując to do któregoś miasta w Polsce, Lu jest mniej więcej wielkości Torunia). I tyle ludzi jest tutaj w nocy. W dzień natomiast ich liczba dochodzi do 200 tysięcy. W żadnym innym niemieckim mieście różnica nie jest aż tak duża. Jest to spowodowane ogromną liczbą zakładów przemysłowych, a wśród nich, koncernem chemicznym BASF (w którym mam nieprzyjemność pracować ;)), który sam wsysa codziennie przez osiem dużych bram wjazdowych (z których każda wygląda jak przejście graniczne do innego świata) ponad 45 tysięcy ludzi. Tak więc Lu jest totalnym zaprzeczeniem miasta sypialni. Tutaj nie mieszka się, tylko pracuje. A zaraz napiszę dlaczego nikt nie chce mieszkać w tym mieście…

Jedna z bram do BASF’u

-2-

Lu wygrywa od wielu lat w rankingach na najbrzydsze miasto Niemiec. Chociaż ma silną konkurencję w postaci wielu miast zagłębia Ruhry, lub na przykład Kassel lub Hanoweru, niezmiennie zyskuje najwięcej głosów. I wiecie co Wam powiem? Całkowicie słusznie. 🙂 Kiedy pierwszy raz je zobaczyłem po przeprowadzce z Polski byłem przerażony i pomyślałem: “ja chcę do domu!”. Właściwie każda dzielnica, a najbardziej ścisłe centrum, jest brzydka. Podczas Drugiej Wojny Światowej miasto, jako ważny ośrodek przemysłowy, zostało zbombardowane i praktycznie zrównane z ziemią. Po wojnie nastąpiła bardzo szybka odbudowa, jednak nikt nie przejmował się odbudowywaniem zabytków. Tak więc w Ludwigshafen nie ma żadnych zabytków, ani starszych niż kilkudziesięcioletnie kamienic.

Centrum miasta stanowi Plac Berliński. Betonowa przestrzeń po której jeżdżą autobusy, tramwaje i taksówki. Żeby było przyjemniej całość dopełnia wiadukt trasy szybkiego ruchu i ogromna dziura w ziemi po zburzeniu domu towarowego. Na jego miejscu ma stanąć przeciętnej urody biurowiec, ale budowa ciągnie się niemiłosiernie, a ostatnio poza postawionym płotem na którym widnieją wizualizacje, nic się nie dzieje.

Betonowy Plac Berliński

Nie lepiej prezentuje się główna ulica miasta- ulica Bismarcka. Wbrew nobliwemu patronowi (który nie powinien być ulubieńcem Polaków ze względu na swoją chrapkę na podbicie Polski) ulica prezentuje obraz nędzy i rozpaczy. Około jedna trzecia sklepów jest zamknięta, a te otwarte to albo salony z telefonami, prowadzone przez Turków, albo sklepy typu “wszystko za 1 euro”. I pomyśleć, że ulica była w latach 60tych ubiegłego wieku jednym z pierwszych deptaków w Niemczech, który wypełniał tłum przechodniów, robiących zakupy miedzy innymi w dwóch ogromnych domach towarowych ( jeden stoi pusty, a w drugim oprócz parteru z galerią sztuki również hula wiatr ).

Deptak na ulicy Bismarcka z pustymi lokalami
Zamknięty dom towarowy

-3-

Ludwigshafen jest najbogatszym miastem Niemiec. A dokładniej było. A jeszcze dokładniej było w latach 1960-1990, kiedy to wpływy do kasy miejskiej z podatków były najwyższe w Niemczech, głownie za sprawą koncernu BASF. Dzięki temu miasto przeżywało boom budowlany, a przed miejskimi władzami właściwie nie było żadnych limitów finansowych. To wtedy powstała szeroka arteria na wiaduktach, która jako symbol nowoczesności, poszatkowała całe miasto. To wtedy również powstał most linowy Kurta Schumachera, uważany w latach 70-tych za jeden z najnowocześniejszych w Niemczech, zresztą bardzo podobny do wybudowanego 40 lat później Mostu Świętokrzyskiego w Warszawie. Dziś most jest w wiecznym remoncie, a wiadukty do niego prowadzące są w tak opłakanym stanie technicznym, że w przyszłym roku zacznie się ich zupełna rozbiórka.

Most Kurta Schumachera
Sypiące się wiadukty zabezpieczone siatkami

Miasto poszło tak daleko w swojej megalomanii, że zapragnęło mieć … metro. Tak, tak, w stutrzydziesto tysięcznym mieście (a w latach 60tych jeszcze mniejszym) postanowiono wybudować metro, które miało funkcjonować również po drugiej stronie rzeki, w Mannheim. I to nie tam jakaś jedna czy dwie linie ale od razu pięć, które w centrum Lu miały biec pod ziemią, a dalej już na powierzchni ziemi, miały łączyć oba miasta z okolicznymi miejscowościami. Zaczęto nawet drążyć tunele, ale szybko okazało się budżet nie udźwignie tej inwestycji. Zresztą wkrótce sytuacja diametralnie się zmieniła, bo morze pieniędzy z BASF’u, które dotąd płynęło prosto do budżetu miasta, przejął budżet krajowy, nie zostawiając Ludwigshafen prawie nic. Szybko kasa miejska zaświeciła pustkami, a dziś miasto pogrążyło się w długach i stagnacji.

Niedokończony tunel metra
Ratusz
Wejście do głównej stacji “metra” Ratusz
Przestarzała galeria handlowa w Ratuszu

Ale wróćmy do wspaniałych lat 60tych i 70tych. Kolejnym symbolem sukcesu, bogactwa i nowoczesności miasta jest ratusz. Kilkunastopiętrowy szklany wieżowiec wydaje się dość dziwną siedzibą władz, jak na tej wielkości miasto. Na jego parterze znajduje się galeria handlowa, która musiała oszałamiać ludzi ilością sklepów i nowoczesnością. Dziś, podobnie jak w centrum, część sklepów jest zamknięta, a ciemne, niskie korytarze na nikim już nie robią wrażenia. Ratusz miał być wizytówką i centralnym punktem miasta. W jego podziemiach przewidziano stację metra, na której miało się krzyżować kilka linii. Dzisiaj z czterech peronów działają tylko dwa jako… przystanki tramwajowe. Po tunelach niedoszłego metra kursują tramwaje (zresztą nie pierwszej już młodości), które zatrzymują się pod ziemia nie tylko na stacji “Ratusz” (Rathaus), ale również “Hemshofstrasse”, “Dworzec główny” i jednej stacji po stronie Mannheim- “Dalbergstrasse”. Zwłaszcza, wyłożona białymi kafelkami, Hemshofstrasse tuż przy BASF’ie sprawia wrażenie typowej stacji metra gdzieś w jakiejś bliżej nieokreślonej metropolii.

Stacja “metra” Hemshofstrasse
Zamknięta stacja “metra” Plac Gdański
Nieczynna linia tramwajowa

Tam gdzie nie dokończono drążyć tuneli tramwaje wyjeżdżają na powierzchnię i jadą dalej do końcowych przystanków, które miały być końcowymi stacjami metra. Po roku dwutysięcznym sytuacja w mieście była tak dramatyczna, że zaczęto zamykać całe linie metro-tramwajowe i w ten sposób niektóre z podziemnych stacji na przykład Plac Gdański (Danziger Platz) zostały zamurowane, a tunele porasta dziś trawa.

Przykładem szastania miejskimi pieniędzmi jest również Wilhelm Hack Museum, którego fasada kosztowała ogromne pieniądze. Została zaprojektowana przez światowej sławy hiszpańskiego architekta Joan’a Miro, znanego z wielu ekstrawaganckich realizacji w Barcelonie i pokryta ceramicznymi kaflami, układającymi się w abstrakcyjny obraz. Zaraz przy muzeum, po drugiej stronie ulicy, znajduje się wielkie, bunkrowate centrum kulturalno- konferencyjne- Pfalzbau, kolejny przykład minionej prosperity Lu. Miasto nie oszczędzało również na dworcach kolejowych. Wspomniany ratusz stanął na miejscu dawnego głównego dworca kolejowego. Ten został przeniesiony w zupełnie irracjonalne miejsce, z dala od centrum i miał być z nim połączony linią metra. Gigantyczna, częściowo przeszklona hala sprawia wrażenie małego lotniska. W roku 1969 został uznany za najnowocześniejszy dworzec kolejowy Europy. Dzisiaj ciemny, ponury, klei się od brudu, a wychodząc z niego ma się poczucie, że jest się pośrodku niczego, gdzieś pod wiaduktem, przykrytym siatką , chroniącą przechodniów przed spadającymi kawałkami skruszałego betonu. Drugi z dworców- Ludwigshafen Śródmieście prezentuje się nieco lepiej. Futurystyczny, falujący dach pewnie kiedyś był całkiem ładny, dzisiaj zakurzony, sprawia wrażenie kompletnie wymarłego. Obok dworca funkcjonowała do niedawna galeria handlowa Walzmühle , ale stopniowo opuszczały ją kolejne sklepy. Dzisiaj funkcjonuje tam tylko kino i ostatnie niedobitki w postaci na przykład małego salonu manicure. Tak więc na podstawie Ludwigshafen można by napisać miejską epopeję opowiadającą losy upadku jednego z najbardziej atrakcyjnych miast zachodnich Niemiec lat 60-tych. To takie niemieckie Detroit, chociaż przyczyny upadku obu miast były zupełnie różne. W Detroit był to upadek przemysłu samochodowego. Tutaj przerost ambicji i koszty wybujałej infrastruktury, które doprowadziły do zadłużenia miejskiej kasy.

Muzeum Wilhelma Hack’a
Najnowocześniejszy dworzec kolejowy Europy w 1963 roku
Dworzec Ludwigshafen Śródmieście z falującym dachem


-4-

 

Ludwigshafen zajmuje również pierwsze miejsce pod względem największego kompleksu chemicznego na naszej planecie. To siedziba BASF (Badische Anilin und Soda Fabrik). Nazwa mówi, że to fabryka aniliny (toksycznej substancji wykorzystywanej na przykład przy produkcji paliwa rakietowego) i sody. Dzisiaj produkuje się tutaj znacznie bardziej skomplikowane związki chemiczne, których używa się praktycznie wszędzie, więc założę się że w Waszym domu jest co najmniej jedna rzecz w której składzie jest coś  wyprodukowane w Lu. Cały kompleks to takie miasto w mieście. Zajmuje ogromny obszar w jego północnej części i wręcz poraża swoją wielkością. Widać to szczególnie kiedy zbliżamy się do miasta i już z odległości kilkunastu kilometrów widać morze buchających ogniem kominów. BASF ma swój wewnętrzny system komunikacji w postaci sześciu linii autobusowych (na trzech z nich kursy odbywają się co 5 minut) i kilku stacji kolejowych. Ma też własny port, terminale kontenerowe, Gesselschafthaus (w którym nieraz gościła Angela Merkel, odbywają się tam konferencje i kolacje biznesowe, a piwnice mieszczą ponad dwa tysiące butelek win z całego świata i są największymi w Niemczech), czterogwiazdkowy hotel z restauracją, ze słynnym niedzielnym bufetem śniadaniowym, gdzie stoły uginają się od najwymyślniejszych potraw z kawiorem i szampanem na czele, sieć piekarni na terenie fabryki, kilkunastu piętrowych parkingów i w końcu kilkuset budynków, z których każdy mógłby spełniać funkcje osobnej fabryki z kilkusetosobową załogą, biurami, stołówkami itp. BASF posiada też własną przychodnię, oddział ratunkowy, straż pożarną, elektrownię, wydział zakładowej zieleni, stację meteorologiczną, czy laboratoria badające dwadzieścia cztery godziny na dobę powietrze nad miastem i wodę w Renie. Tak wiec gdyby wybudować jeszcze na terenie fabryki mieszkania byłoby to samowystarczalne miasto całkiem pokaźnej wielkości. Codziennie dociera do tego molocha ponad 45000 ludzi, a ponieważ większość robi to za pomocą auta ulice prowadzące do BASF’u o szóstej, siódmej rano i szesnastej, siedemnastej popołudniu przypominają ewakuację miasta przed trzęsieniem Ziemi i to pomimo pięciu przystanków tramwajowych, które znajdują się przy pięciu bramach wjazdowych. Co ciekawe większość z nich nie ma nazwy ulicy przy której się znajduje tylko bramy i tak jadąc tramwajem mija się kolejno przystanki: “Brama 1”, “Brama 3” itd.

Zakładowa straż pożarna
Gesselschafthaus
Przystanek tramwajowy “Brama 1+2” przy BASFie

-5-

 

Ludwigshafen było numerem jeden również jeśli chodzi o najwyższy budynek Niemiec. Ale tylko do 1963 roku. Hochhaus (wieżowiec) jak po prostu nazywali go mieszkańcy mieścił biura i zarząd koncernu. Kilka lat temu dwudziestoośmio piętrowy gmach został piętro po piętrze rozebrany, ponieważ zawierał rakotwórczy azbest. Na jego miejscu ma stanąć nowy szklany wieżowiec, jednak na razie BASF wstrzymuje się z budową. Jeszcze pięć lat temu, kiedy wprowadzałem się do Ludwigshafen, biurowiec górował nad całym miastem. dzisiaj został po nim porośnięty trawą placyk.

 

-6-

 

Numer sześć dotyczy bardziej Mannheim niż Ludwigshafen, ale właściwie te dwa miasta są jak jeden organizm. Maja wspólną komunikację, a naturalną granicę między nimi stanowi rzeka. Ponieważ Lu znajduje się w Nadrenii- Palatynacie, a Mannheim  (Mannheim nie chciało czuć się gorsze i tez ma swój skrót funkcjonujący wśród mieszkańców- MA) w Badenii- Wirtembergii to funkcjonują w nich zupełnie różne przepisy prawne. Przejawia się to tym, że w Mannheim nie można kupić alkoholu w sklepach, czy na stacjach benzynowych, po godzinie 22. Ale wystarczy przejść przez rzekę i można to zrobić wszędzie bez problemu. Taki psikus.:) Właśnie dlatego mieszkamy po właściwej stronie rzeki.

Wracając do szóstego numeru jeden to chodzi o Turków. Mannheim, nie licząc Berlina, jest największym skupiskiem tej nacji w całych Niemczech. I zdecydowanie widać to również w Lu. Raz Michał zrobił raz taki eksperyment. Czekając na tramwaj na głównym placu Ludwigshafen naliczył dookoła siebie 50 osób. Wśród nich nie było ani jednego Niemca, za to prawie wszyscy byli narodowości tureckiej. Dzielnicą, którą szczególnie sobie upodobali, jest Stare Miasto, które w Lu nosi nazwe Hemshof. Z urokiem wąskich, brukowanych uliczek i starych kamienic Hemshof nie ma nic wspólnego. Pełno tu za to tureckich sklepów i spelunowatych, ciemnych barów, w których nie uświadczysz Niemca. Tak więc nie musimy jeździć do Turcji, bo mały Stambuł mamy na miejscu.

Typowy turecki sklep w dzielnicy Hemshof
Mały Stambuł na Starym Mieście

-7-

 

Ludwigshafen w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku brylowało również w rankingach zanieczyszczenia powietrza. Liczył się wtedy wyłącznie postęp, rozwój i nikt nie myślał o ekologii czy dziurze ozonowej. Wywieszone przed domami prześcieradła po kilku godzinach robiły się szare i nawet po użyciu super niemieckich proszków do prania, nadawały się jedynie do wyrzucenia. Choroby układu oddechowego były czymś zupełnie normalnym. Dziś sytuacja diametralnie się zmieniła. BASF (to nie jest laurka dla firmy tylko fakt) bardzo zwraca uwagę na ekologię i na wszystkich kominach zainstalowane są specjalne filtry, dzięki czemu jakość powietrza nie odbiega od innych niemieckich miast. Mam jednak wrażenie, że zanieczyszczone powietrze z lat 60-tych i 70-tych nadal zbiera swoje żniwo, bo bardzo często słyszę kaszel starszych ludzi, w tym naszego sąsiada, chociaż może jestem przewrażliwiony i to wynik palenia papierosów. Pogoń za ekologią doszła zresztą w całych Niemczech do absurdu. Przestawienie całej energetyki na wyłącznie naturalne źródła spowodowało, że zaraz po Danii prąd tutaj jest najdroższy w całej Europie.

 

-8-

 

Numer osiem jest bardzo osobisty i dotyczy … steka. Uważam, że absolutnym numerem jeden na świecie jest ten z restauracji Maffenbeier w Ludwigshafen. Jadłem naprawdę już w wielu miejscach steka wołowego, ale żaden nie był nawet trochę lepszy od tego tutejszego. Nie mam bladego pojęcia gdzie tkwi jego tajemnica, ale za każdym razem jest dokładnie taki sam. Idealnie wysmażone medium z dodatkiem ziołowego masła, które rozpływa się powoli na jego ciepłej powierzchni. Po prostu bajka. Do tego domowe frytki (nie wiem czy rzeczywiście są robione na miejscu ale smakują wybornie) i sałatka z tajemniczym dressingiem, którego Michał nie potrafi podrobić. Samo miejsce, gdzie podają to cudo jest bardzo ciekawe. To mała chatka, jakby żywcem wyjęta z jakiejś wioseczki. Wewnątrz stare drewniane ławki i stoły, a w menu stare, czarno białe zdjęcia właścicieli i widoki przedwojennego Lu, które muszę przyznać, było bardzo ładne. Do tego jeszcze zimne, pyszne piwo, Viola, która wycałuje na powitanie i mamy zestaw idealny. Jak się okazuje da się znaleźć w tym industrialnym, zimnym, ponurym mieście takie kwiatki, które cofną nas o sto lat do sielskiej atmosfery w cieniu wielkiego drzewa, obok bajkowej chatki. Ostatnio zastanawialiśmy się z Michałem co to za drzewo z różowymi, podobnymi do akacji, kwiatkami. A swoją drogą Maffenbeier poszybował ostatnio na pierwsze miejsce w Trip Advisor, jako najlepsza restauracja w Ludwigshafen i okolicach, co wcale nie jest takie proste przy konkurencji liczącej ponad 160 przybytków.

Maffenbuier
Najlepszy na świecie kawałek wołowiny
Sałatka z tajemniczym dressingiem

D.

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *