Limburg- miasto, które nie trzyma pionu, a pijak ma swoją fontannę [cz.1]

W ten sposób upieczono dwie pieczenie na jednym ogniu. Miasto zyskało strażnika, którego wszyscy się bali i jednocześnie chroniło to Limburg przed nim samym.

0

To bardzo dziwne, że mieszkając sto kilometrów od TAKIEGO miejsca, nic o nim nie słyszałem. Oczywiście nazwa „Limburg” była mi znana w kontekście arcy drogiej siedziby biskupa, ale na tym moja wiedza na temat tego miasta się kończyła. Nie wiedziałem nawet, że ten osławiony Limburg jest tak blisko mnie. Jestem w tym jednak odosobniony, bo jakimś cudem o tym mieście wiedzą turyści z całego świata. Mijałem na ulicach mnóstwo Azjatów, Francuzów, czy Hiszpanów i to o wczesnym poranku, w środku tygodnia. Zacznijmy jednak od początku.

Podróż za 9 euro bywa ryzykowna

Pewnie już wiecie, że latem można kupić w Niemczech miesięczny bilet na pociąg za 9 euro. Oczywiście skorzystałem z tej okazji i tym sposobem zawędrowałem już do Neustadt, Stuttgartu, Karlsruhe i Darmstadt. Po dokładnym przestudiowaniu okolic na mapie, trafiłem w końcu na Limburg an der Lahn, czyli Limburg nad rzeką Lahn. Kiedy zobaczyłem zdjęcia tego miejsca w internecie stwierdziłem, że nie no, jak muszę to zobaczyć na żywo! I nie wystraszyła mnie zupełnie trzygodzinna podróż pociągiem, a w ostatnim etapie autobusem. W jedną stronę oczywiście. Żeby ogarnąć tego tripa w jeden dzień musiałem zwolnić się w pracy z połowy nocki.

Po niecałych trzech godzinach snu, po dziewiątej rano siedziałem już w tramwaju. Czekały mnie trzy przesiadki po drodze i realna groźba tego, że podróż znacznie się przedłuży. Udało się jednak idealnie, ale żeby nie było zbyt różowo, w drodze powrotnej, kiedy już usadowiłem się na najlepszym możliwym miejscu we wagonie, tzn. przy stole, na dworcu głównym we Frankfurcie podano, że pociąg nie odjedzie i trzeba wysiadać. Następny w kierunku Ludwigshafen był 40 minut później. W ten sposób droga powrotna trwała prawie cztery godziny, więc kiedy wróciłem do domu, po całym dniu intensywnego zwiedzania, padłem nieżywy jak zombie.

Wiesbaden dworzec główny
Po drodze do Limburga miałem przesiadkę we Wiesbaden. Charakterystyczna wieża dworca głównego pojawia się przed telewizyjnymi wiadomościami. Na którym kanale nie mam pojęcia.;)

Dwa typy pań sprzątających toalety

Wróćmy jednak do rześkiego poranka w Limburgu. Kiedy wysiadłem z dworca miasto powoli budziło się do życia. Otwierały się knajpki i sklepy. Pierwszą atrakcją do której się skierowałem był pobliski dom towarowy Karstadt. Oczywiście nie zamierzałem go zwiedzać, ani robić zakupów, ale Karstadty, lub Kaufhofy maja jedną zaletę: są w centrum i zawsze mają toaletę. Ileż to naszukałem się tej toalety. Wiedziałem tylko, po tabliczkach, że powinna być na pierwszym piętrze, ale jak widać, była to bardzo niewystarczająca informacja. Przy trzecim okrążeniu wokół wielkiej sali sprzedaży, w końcu zauważyłem małą karteczkę na drzwiach z napisem „Toilette hier”.

Okazało się, że żeby dostać się do toalet trzeba wyjść na klatkę schodową. Też odczuwacie ten stresik, kiedy okazuje się, że nie macie przy sobie drobnych, a pani z toalety akurat nie sprząta i stoi przy wyjściu, czekając aż wrzucicie jej coś na talerzyk, a wy jak zwykle nie macie żadnych monet, tylko kartę kredytową przy sobie? W tym wypadku są dwa typy takich pań: jedne krzyczą za wami i upominają się o zapłatę, a drugie mają to gdzieś i życzą miłego dnia. Na szczęście trafiłem ten drugi typ. 😉

Ratusz, rynek, rynek, rynek i rynek

Tuż obok dworca znajduje się niewielka galeria handlowa, która mieści się w starym warsztacie, w którym naprawiano pociągi. Pomyślałem, że odwiedzę to miejsce na samym końcu, jak będę wracać na powrotny pociąg, ale oczywiście zabrakło mi czasu. Ostatnio nie zrażam się zupełnie takimi rzeczami, bo wiem, że jest to powód, żeby w dane miejsce wrócić. Tak więc „WERKstadt” będzie pierwszym miejscem do zaliczenia następnym razem w Limburgu.

Naprzeciwko wspomnianego domu towarowego znajduje się ratusz. Nie jest on jakiś wybitny, ale przy okazji można na niego spojrzeć. Stąd przez Nowy Rynek (Neumarkt), na którym właśnie rozkładał się duży stragan z warzywami, dotarłem do Rynku Kukurydzianego (Kornmarkt). Na Neumarkt stoi wdzięczna fontanna świetego Jerzego, który właśnie zabija smoka. Tę dość makabryczna fontannę otaczają małe koniki (a może to osiołki), na których beztrosko bawią się dzieci. Interesujące zestawienie. 😉

Limburg ratusz
Ratusz.
Nowy Rynek w LImburgu
Nowy Rynek
Rynek Kukurydziany w Limburgu.
Rynek Kukurydziany, pierwszy z placów na mojej trasie.
skrzynka pocztowa Limburg
W takim otoczeniu skrzynki pocztowe również muszą mieć odpowiednią oprawę.
krzywe kamienice w Limburgu.
Na próżno szukać w centrum Limburga linii prostych. Przypuszczam, że firmy oferujące tutaj meble na wymiar mają sporo klientów.
Limburg kawa
Początkowo chciałem odwiedzić palarnię kawy przy Rynku Kukurydzianym, ale było jeszcze za wcześnie i lokal był zamknięty.
centrum Limburga
Pomimo kilkusetletnich domów na parterach znajdują się całkiem współczesne lokale, a starówka nie jest wymarła, ale stanowi prawdziwe centrum miasta.
Limburg wino
Nawet o 9 ranow knajpkach jest już całkiem spory ruch. Nikt też nie ma problemu by tak wcześnie pić alkohol. Ciekawe czy takim pojazdem jak ten po lewej można wracać po kilku kieliszkach wina do domu.;)

Prosecco na śniadanie

Od tego miejsca otoczenie diametralnie się zmienia. Stanąłem tutaj jak wryty, bo przede mną zaczęło się morze szachulcowych, starych kamieniczek. Szachulcowych, czytaj z muru pruskiego (nie lubię tej nazwy). Ale jakich starych! W dodatku żadna z nich nie trzymała pionu i wyginała się we wszystkich , możliwych kierunkach.

Właściwie po tych wąskich uliczkach, zaułkach i kolejnych ryneczkach można by cały dzień chodzić sobie bez celu, ale ja skręciłem w prawo w kierunku, jak myślałem, rezydencji biskupa. Przechodząc przez Plac Biskupii (Bischofsplatz), dotarłem na miejsce. Nie była to jednak słynna rezydencja, ale Biskupi Ordynariat. Nie pytajcie mnie co to za instytucja i czym się znajduje. Próbowałem znaleźć do niej wejście, ciagle sadząc, że to słynne domostwo biskupa i tak krążyłem dookoła 15 minut, aż w końcu zorientowałem się, że to nie to miejsce i nie ma tutaj nic ciekawego.

Limburg Plac Biskupi
Na Placu Biskupim stoi kościół Świętego Sebastiana. Trochę nie pasuje mi do otaczających go budynków, ale to tylko moja prywatna opinia.
Limburg stare domy
To tutaj krążyłem sądząc, że jestem niedaleko rezydencji biskupa.

Wróciłem na Biskupi Plac, na którego rogu stoi charakterystyczna kamieniczka z zegarem. Zresztą dziwnie to brzmi. Słowo „kamieniczka” sugeruje, że mamy do czynienia z kamieniem, a tu wszędzie dookoła drewno. Jest tutaj muzeum, a kamieniczka, a właściwie „drewniaczka” nosi nazwę Haus Byron. Pomyślałem sobie: zaraz , ale co pisarz George Byron robił w Limburgu? Zbieżność nazwisk była jednak przypadkowa. W tym domu mieszkał Byron, ale Carl, który był kupcem, tokarzem drewna i technikiem budowlanym. Dom stoi na działce o wielkości zaledwie osiemnastu metrów kwadratowych, ale na żywo wydaje się dużo większy.

Plac Biskupi w Limburgu
Narożna kamienica Byrona (Haus Byron).

Obok niego jest knajpa, która reklamuje się pysznymi śniadaniami. Z ciekawości sprawdziłem co jada się na śniadanie w Limburgu i okazało się, że w menu pod „limburskim śniadaniem” widnieje wiejski chleb z gotowaną szynką i do tego dwa jajka sadzone, lub jajecznica do wyboru. Można też zamówić większe śniadanie do którego podaje się prosecco. To ostatnie brzmi jak naprawdę dobry początek dnia w Limburgu.;)

Limburg śniadanie
Reklama limburskich śniadań na Placu Biskupim.

Fontanna pijaka i typa spod ciemnej gwiazdy

Pomimo tych wielu pokus musiałem iść dalej, a poza tym, byłem już po porannej jajecznicy. Po kolejnej setce zdjęć, doszedłem do kolejnego placu, który tym razem rynkiem nie jest, chociaż w pełni na to zasługuje. Właściwie to nie ma żadnej nazwy, a stojące przy nim domy mają adresy przylegających do nich ulic. Znajduje się tutaj tzw. Fontanna Pijaka. Jest to nazwa nadana przez mieszkańców, ale tak naprawdę nosi nazwę Friedricha von Hattsteina. Początkowo zajmował się on rabowaniem kupieckich wozów i napadaniem na okoliczne osady. Kiedy opuścił chwilowo swoją kwaterę, żeby udać się do Limburga, a było to około roku 1350, jego zamek został najechany prze wroga. Nie miał już do czego wracać, więc osiadł na stałe w mieście i stał się przykładnym szefem straży miejskiej. W ten sposób upieczono dwie pieczenie na jednym ogniu. Miasto zyskało strażnika, którego wszyscy się bali i jednocześnie chroniło to Limburg przed nim samym.

Można by pomysleć, że podobnie jak otaczające ja budynki, fontanna jest bardzo stara, ale powstała dopiero w 1985 roku. Przedstawia Friedricha, a właściwie wyobrażenie jak mógł wyglądać, bo nikt tego tak naprawdę nie wie. Plotki mówiły, że może on wypić 150 litrów beczkę wina, co oczywiście jest totalną bzdurą. Dlatego na fontannie prawie całe wino spływa mu po brzuchu, zamiast wpadać do ust. Na tylnej ścianie cokołu fontanny znajduje się tekst, w którym to, co nie jest do końca sprawdzone, lub ogólnie niepożądane zostało wyryte w odwrotnej kolejności liter. W momencie oddawania jej do użytku wielu mieszkańców było nie w sosie, że tak kontrowersyjna postać rozbójnika ma stać się nowym symbolem miasta. Po wielu latach jednak wrosła tak w krajobraz, że wydaje się jak gdyby stała tu od zawsze.

Fontanna Pijaka w Limburgu
Fontanna Pijaka

Dlaczego Limburczycy to Workowi?

Od fontanny docieramy do Targu Rybnego, który najczęściej pojawia się jako motyw na zdjęciach z Limburga. Właściwie te wszystkie ryneczki na starym mieście maja postać bardziej małych placyków, które powstały przez skrzyżowanie paru wąskich uliczek. Ciekawe jak wyglądało tutaj handlowanie, bo miejsca tutaj na raptem może ze trzy stragany, a i tak , gdyby je postawić, tarasowały by wszystkie uliczki dookoła. Wbrew pozorom nie handlowano tutaj rybami, a wełną i nićmi, stąd nazwa Fismarkt (od Fäden, czyli nici), która jakoś potem zamieniła się w Fischmarkt.

mur pruski Limburg
Targ Rybny i najpopularniejszy widok starego miasta.

Niedaleko stąd znajduje się dom przy ulicy Kleine Rutsche 4, dziś powiedzielibyśmy przy ulicy „Małej Zjeżdżalni”. To jeden z najstarszych domów na limburskim starym mieście, z 1290 roku. Od początku był to dom mieszkalny i tak pozostało aż do dzisiaj. Oczywiście na przestrzeni dziejów ulegał różnym przeróbkom i przebudowom. Podczas ostatniej renowacji w 1984 roku starano się przywrócić mu oryginalny wygląd z trzynastego wieku.

Ulica przy której stoi była częścią tzw. Via Publica, szlaku handlowego, który łączył Kolonię z Frankfurtem. W Kolonii określono ściśle jaką minimalną szerokość ma mieć cała trasa i to właśnie na tej ulicy było najwęższe miejsce na całym szlaku. Dlatego zdarzało się często, że obładowane wozy były zbyt szerokie i nie mogły przejechać. W tym wypadku okoliczni mieszkańcy, za opłatą. przeładowywali je. Stąd do dziś mieszkańców starego miasta nazywa się Säcker (od Sack czyli worek), a miejscowe ciastko to Limburger Säcker. Miałem okazję je spróbować , ale o tym póżniej.

Limburg
Jedna z najstarszych „drewniczek” i Via Publica.
Katedra w Limburgu
Prawie z każdego punktu miasta widać wysoką na 37 metrów katedrę.
drzwi
Mieszkańcy bardzo dbają o wejścia do swoich domów. Już bardziej słodko się nie da.;)
wodopój Limburg
Na całym starym mieście można spotkać takie wodopoje. Niestety w większości nieczynne.
Limburg Niemcy
Właściwie to każda uliczka na limburskim starym mieście mogłaby robić za pocztówkę.

Taksówka za półtora euro

Na chwilę opuściłem stare miasto, żeby dojechać autobusem do dzielnicy Dietkirchen, po drugiej stronie rzeki. A skoro już przy limburskiej komunikacji jesteśmy, to funkcjonuje tutaj ciekawy system. Oprócz zwykłych autobusów, kursują kilkuosobowe vany, które można zamówić jak Ubera prze aplikację w telefonie. Różnica polega na tym, że nie można zamówić vana gdziekolwiek, ale na jeden z dwustu przystanków w całym mieście. Są one tak rozlokowane, żeby dojście do nich z dowolnego punktu w mieście zajęło maksymalnie pięć minut. Firma należy do regionalnego operatora komunikacji RMV. Podróż z biletem RMV kosztuje tylko 1,50 euro, a bez biletu pierwsza osoba płaci 3,65, a każda następna 1,50. Czyli to taka taksówka, do której trzeba kawałek dojść. Dzięki temu płacimy z pięć razy taniej niż w zwykłym pojeździe.

Podróż do Dietkirchen okazała się małym niewypałem, ale o tym już w części drugiej. Będzie też o moim ciastku roku 2022, kościele na skale, sklepiku z figurkami Lego Star Wars, najdroższej rezydencji biskupa na świecie i o Dietz, które z Limburgiem tworzy dwu miasto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.