Stuttgart już nie taki zimnoniemiecki [cz.1]

Założę się, że 90% ludzi wewnątrz biblioteki jest tutaj nie ze względu na książki, ale żeby zrobić fotkę na Instagrama.

0

To moje drugie podejście do stolicy Badenii Wirtembergii, po kilku latach. Za pierwszym razem byłem nieco rozczarowany, a galerię zdjęć z wycieczki, którą opublikowałem na moim fejsie zatytułowałem „Zimnoniemiecki Stuggi”. I takie tez miałem wrażenia po przyjeździe z tego miasta. Wydało mi się nieco bezosobowe, pragmatyczne, nastawione bardziej na pracę niż rozrywkę i mało wesołe. Nie da się jednak ukryć, że na odbiór danego miasta i pierwsze wrażenia ogromny wpływ ma pogoda. A tego dnia, mimo że nie padało, było dość zimno i szaro.

Tym razem wybraliśmy się do Stuttgartu latem i rzeczywiście mój odbiór tego miasta był dużo lepszy. Nadal nie powaliło mnie na kolana i napewno nie może się równać z Monachium, czy moim pupilem, Berlinem. Jeśli jednak dobrze zaplanuje się wypad do Stuttgartu można tam spędzić bardzo miły dzień i nikt nie będzie rozczarowany. Pod warunkiem, że nie będziemy tracić czasu na nieciekawe zakątki i dzielnice, a skupimy się na największych atrakcjach i będziemy poruszali się miedzy nimi metrem, lub ewentualnie S-bahnem, czyli miejską kolejką.

Czy ta budowa przejdzie do historii jako najdłuższa w dziejach świata?

Zazwyczaj wszystkie niemieckie miasta zwiedzamy tuż po mojej nocce. Tym razem byłem w luksusowej sytuacji i poprzedniego dnia miałem wolne. Dlatego mogliśmy wyruszyć z samego rana, a o 9:30 byliśmy już na słynnym dworcu głównym Stuttgart Hauptbahnhof. Dlaczego słynnym? Każdy z Was pewnie słyszał o innym słynnym niemieckim placu budowy, a mianowicie berlińskim lotnisku, którego budowa trwała czternaście lat. Kiedy je w końcu wybudowano okazało się zbyt małe i przestarzałe. Sztutgardzki dworzec kolejowy to druga najbardziej słynna niemiecka inwestycja, która ciągnie się latami.

Budowę rozpoczęto w 2010 roku, jej zakończenie planowano pierwotnie na 2019 rok. Obecnie wstępnie podaje się datę 2025, jednak i to nie jest pewne. Tak samo jak przesuwają się daty kolejnych otwarć, zmieniają się koszty budowy z początkowych 2,5 miliarda euro do szacowanych wstępnie 10 miliardów. Warto jednak wspomnieć, że projekt Stuttgart 21 to nie tylko sam dworzec. To również 57 kilometrów zupełnie nowych torów, w większości położonych pod ziemią, oraz cztery nowe, mniejsze stacje kolejowe. Myślę, że wszyscy już są zmęczeni tą inwestycją, a najbardziej lokalsi, którzy co i rusz organizują uliczne protesty przeciwko marnotrawieniu, według nich, publicznych pieniędzy. Odbyło się już ponad 500 tego typu protestów.

Znienawidzony projekt

Zaraz przy dworcu głównym stoi nawet mały kiosk, który promuje akcję powstrzymania wielkiego projektu. Stuttgart 21 jest krytykowany za wyburzenie zabytkowych, dwóch skrzydeł starego dworca, zniszczenie części drzew w pobliskim ogrodzie pałacowym i wykorzystanie astronomicznych pieniędzy, które mogłyby być wykorzystane w innych projektach transportowych i kulturalnych. Dodatkowo opinia publiczna obawia się, że nowy dworzec będzie zbyt mały oraz może zanieczyścić, lub obniżyć wody gruntowe w mieście. Pod powierzchnią miasta znajdują się również skały zawierające anhydryt, który w wyniku wiercenia może pęcznieć. Stwarza to ryzyko zawalenia się tuneli oraz budynków na powierzchni.

Obecnie, kiedy się wysiada na jednym z peronów, człowiek jest z lekka zdezorientowany, bo znajduje się nagle w samym środku wielkiej budowy. Aby dostać się do miasta trzeba zupełnie ominąć zabytkowy budynek dworca i szerokimi, zadaszonymi kładkami przejść przez sam środek wielkiej inwestycji. Kiedy wreszcie udaje się wyjść na zewnątrz ukazuje się przed nami słynna wieża zegarowa dworca, z obracającym się wielkim logo mercedesa na szczycie. Ten widok kojarzy większość Niemców i jest to jeden z symboli miasta.

Stuttgart 21
Na kiosku widnieje napis: Dopiero kiedy wszystko już będzie w ruinie, zauważycie w końcu, że nie jesteście w stanie zbudować dworca.
kładka
Tymczasowa kładka. Na ścianach można prześledzić historię budowy, jeśli ktoś aktualnie nie śpieszy się na pociąg. Za nimi wielka budowa.
W ścianie kładki jest małe okno, przez które widać część placu budowy. Szyba była brudna, stąd kiepska jakość zdjęcia.

Kolebka precla

Ponieważ Michał przed wyjazdem nie zdążył zjeść śniadania, a właściwie to bardziej nie chciał jeść tak wcześnie, nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do piekarni. Zaraz naprzeciwko dworca znajduje się piekarnia Back Factory. Tak wiem, to sieciówka i z prawdziwym piekarskim rzemiosłem nie ma nic wspólnego. Jednak takiej dużej piekarni jeszcze w życiu nie widziałem. Obowiązuje tam samoobsługa. Bierze się najpierw tackę, a potem ładuje wypieki i słodkości, ile dusza zapragnie. Oczywiście obowiązkowym punktem programu powinien być precel. Dlaczego? Mieszkańcy miasta roszczą sobie prawo do twórców precla. Legenda głosi, że miejscowy książę dał piekarzowi ultimatum. Albo wymyśli wypiek, przez który trzy razy przechodzi słońce, albo go zgładzi. Oczywiście kiedy piekarz przyniósł precla, darowano mu życie.

Tak naprawdę precle nie są niemieckim wymysłem, o czym przekonaliśmy się w Konstancji (przeczytasz o tym TUTAJ). Do Niemiec przywieźli je włoscy kupcy, którzy pojawili się nad jeziorem Bodeńskim z okazji konklawe. Precel jednak to dziś obowiązkowy punkt programu zwiedzania Stuttgartu, więc musieliśmy spałaszować chociaż jednego. A taki świeżutki z twarożkiem to cudo.

wieża
Michał zajada precla. W tle słynna wieża ze zdemontowanym logo Mercedesa.

Obcy na terenie szkoły

Od dworca głównego odchodzi główna handlowa ulica miasta Königsstraße. Ulica niczym specjalnym się nie wyróżnia, a jej główna zaletą jest to, że szybko można tędy dojść do głównego placu miasta, Schloßplatz. Ten rarytas zostawiliśmy sobie na później , a tymczasem wsiedliśmy na pobliskiej stacji w metro, żeby dojechać do Weißenhofsiedlung. Ze stacji na osiedle jest jeszcze spory kawałek i to pod górę. Wspaniałomyślnie stwierdziliśmy, że można iść na skróty i takim sposobem znaleźliśmy się nagle w środku szkolnego boiska. Groźnie wyglądająca tabliczka wyraźnie pokazywała, że jest to teren szkoły i, że dla nieupoważnionych wstęp jest wzbroniony, ale co tam. Nie chciało się nam już wracać, więc przeszliśmy dalej przez sam środek szkolnego podwórka i samego budynku, odkrywając przy tym, że to całkiem fajna szkoła. Jej dziedziniec był bardzo zielony, na zewnątrz stały wygodne kanapy, a tuż obok warzywny ogródek.

W końcu odnaleźliśmy właściwą drogę do białego osiedla, zauważając przy tym jak pięknie położony jest Stuttgart. Miasto określane jest mianem „Kesselstadt„, czyli dosłownie miasto w niecce. Podczas gdy centrum leży w zagłębieniu, otaczające dzielnice położone są na wzgórzach, co powoduje nie tylko specyficzny mikroklimat i to, że właściwie nigdy tutaj nie wieje, ale też stwarza doskonałe warunki do podziwiania widoków miasta z góry.

Stuttgart deptak
Przy Königstraße stoją w większości współczesne, nudne budynki.

Osiedle z „Powrotu do przyszłości”

Weißenhofsiedlung to był ogromny eksperyment budowlany pod kierownictwem jednego z najbardziej słynnych architektów na świecie, Miesa van der Rohe. To on zbudował wiele obiektów w Chicago, które stały się pierwowzorami dzisiejszych drapaczy chmur. Były to pierwsze budowle w których zastosowano metalowy szkielet i szklane ściany, czyli coś, co obecnie jest absolutną podstawą każdego wieżowca na świecie. Dziś Unia Europejska przyznaje co roku najlepszemu budynkowi w Europie nagrodę właśnie imienia Miesa van der Rohe. Wśród nagrodzonych znajdziemy min. Bibliotekę Narodową w Paryżu o której pisaliśmy TUTAJ oraz Filharmonię w Szczecinie, która wygrała w 2015 roku. A tak zupełnie na marginesie, w tym roku nagrody jeszcze nie przyznano. Wybrano jednak już finałową piątkę, którą możecie zobaczyć na stronie https://www.miesarch.com/agenda/2022/show/97.

Maszyna do mieszkania

Trudno sobie wyobrazić, że budynki na tym osiedlu powstały prawie 100 lat temu. Nawet dziś wydają się ultra nowoczesne, ale jakie wrażenie musiały wywierać w tamtych czasach, kiedy powszechnie budowano jeszcze secesyjne, bogato zdobione kamienice. Aż tu nagle takie coś. Białe pudełka. „Powrót do przyszłości” to w tym przypadku pikuś. Oczywiście kiedy dotarliśmy na miejsce Michał marudził, że co to ma być, dlaczego ma oglądać jakieś osiedle, ale kiedy zobaczył te budynki z bliska, szybko wyjął telefon i zaczął robić zdjęcia. Stwierdził jednak, że nie mógłby w nich mieszkać, bo mają za małe okna.

Cały kompleks dwudziestu jeden domów zbudowano w zaledwie dwadzieścia jeden tygodni. Zespół architektów testował tutaj różnorodne materiały i rozwiązania. Wśród nich projektowała też inna sława światowej architektury Le Corbusier, którego „maszynę do mieszkania” miałem okazję zobaczyć na żywo w Marsylii. Druga, identyczna zachowała się do dzisiaj w Berlinie. Chodziło o to, aby zamknąć ludzi w wielkich blokach, gdzie będzie się toczyć ich całe życie. Mogliby tam pracować, robić zakupy, wychodzić na dach, na spacer, czy oddawać dzieci do przedszkola. Wszystko to bez wychodzenia na zewnątrz.

Oczywiście w czasach nazistów obca, biała architektura Weißenhofsiedlung była niedopuszczalna w Niemczech. Osiedle przezwano „arabską wioską” ze względu na biały kolor tarasów na dachach. Zamierzano je zrównać z ziemią, ale na szczęście do tego nie doszło. W trakcie wojny część budynków została zniszczona, o czym przypominają tabliczki na pustych Działakach. Celowo, do dzisiaj ich nie zabudowano, aby nie niszczyć kompozycji osiedla. Tam gdzie zachowały się oryginalne domy stoją tabliczki na których są krótkie informacje, autor projektu, a nawet dokładny schemat wnętrz. W 1958 roku teren objęto ochroną konserwatorską, a w 2006 roku powstało tutaj muzeum poświęcone osiedlu. Dziś to jakby muzeum architektury na świeżym powietrzu, i to w dodatku muzeum, w którym zupełnie normalnie mieszkają ludzie. Polecam to miejsce każdemu, kto chciałby się przekonać jakie pomysły na nowoczesne mieszkanie mieli architekci niespełna sto lat temu.

zabytkowe osiedle
Jeden z budynków Miesa.
zabytkowe osiedle
Białe osiedle. To przez te okna Michał nie chciałby tu mieszkać.

Instagramowa biblioteka

W drodze powrotnej do centrum wysiedliśmy w pobliżu miejskiej biblioteki. Nie jest to jednak jakaś tam biblioteka, ale najbardziej instagramowe miejsce Stuttgartu. Założę się, że 90% ludzi wewnątrz jest tutaj nie ze względu na książki, ale fotki. Według koreańskiego architekta, który ją zaprojektował, budynek miał być centralnym punktem zupełnie nowej dzielnicy Stuttgartu Europaviertel (Dzielnicy Europejskiej). Skoro Europa to i nazwy ulic i placów muszą być europejskie. Dlatego biblioteka stoi przy Placu Mediolańskim, a w pobliżu są ulice Kopenhaską, Lizbońska, Londyńską, czy Moskiewska. W bibliotece można wjechać windą na dach, gdzie urządzono darmowy taras widokowy. Niestety barierki są tak wysokie, że ciężko jest zrobić dobre zdjęcie. Przy odrobinie wysiłku, czytaj wejście na metalowe siedzisko, można jednak takowe zrobić. Okolica Placu Mediolańskiego jest całkiem przyjemna. Są tutaj małe fontanny, można rozłożyć się na leżaku, lub posilić się w jednej z knajp w stojącej tuż obok galerii handlowej.

Europaviertel Stuttgart
Detal z Europaviertel.
Biblioteka miejska w Stuttgarcie
Instagramowa biblioteka
hol
Hol biblioteki.
Stuttgart Biblioteka
Wieża telewizyjna Stuttgart
Na tarasie, między nami widać inny symbol Stuttgartu: najstarszą na świecie, wieżę telewizyjną.
miasto z góry
Widok z góry na ciągle rozbudowujące się Europaviertel.
siedzisko
To właśnie na te siedziska trzeba wejść, żeby zrobić dobre zdjęcie.
Cher
Ten napis nas rozbawił. Tak naprawdę to tylko część słowa „Bücherei”, czyli Biblioteka, ale kiedy podejdzie się bliżej można poczuć się jak w garderobie Cher.;)
Europaviertel Plac Mediolański
Plac Mediolański.
Roślinność
Takie kwiatki w bibliotece.;)

Stuttgart to nie miast kawy z aeropressu

Po tak kulturalnym wypadzie do biblioteki (i przeczytaniu setek książek ;)) pora na coś dla duszy, czyli kawę. Okazało się, że w Stuttgarcie jest to niezbyt łatwe zadanie. No bo pomyślałem sobie tak: skoro tak rzadko wychodzimy gdzieś, żeby napić się kawy, to jeśli już to robimy, niech to będzie jakaś specjalna kawa. Nie jakieś tam zwykłe espresso, americano, czy cappuccino. W Polsce kafejek oferujących kawy o dziwnych nazwach jest na pęczki. Kawy z aeropressu, tripy, chemexy i multum innych dziwnych nazw znajdziemy bez problemu, w każdym większym mieście. Myślałem, że w stolicy landu będzie podobnie. No cóż… myliłem się. W całym mieście nie znaleźliśmy kawy z aeropressu. Nie ukrywam nigdy takiej nie piłem i pomyślałem: to jest ten moment! W Stuttgarcie wypiję moją pierwszą kawę z aeropressu i już na zawsze miasto będzie mi się kojarzyło z najlepszą kawą na świecie. 😉

Betonowa wieża ratusza

Ok, wróćmy jednak do rzeczywistości. Po przegooglowafiu miliona stron, które w kółko pokazywały te same kawy, ale nie AEROPRESS, stwierdziliśmy, że przynajmniej pójdziemy do kawiarni, która ma dobrą, tradycyjną kawę. Po drodze minęliśmy jeszcze targ pod ratuszem, gdzie tak pachniało serami i francuskim salami, że aż ślinka leciała. A tak na marginesie, „pod ratuszem” brzmi tak przyjemnie i już wyobrażamy sobie kamieniczki, ryneczek i stragany rolników. W Stuttgarcie wygląda to nieco inaczej. Owszem, są i stragany, ale na tym się kończy. Ratusz to wielki betonowy kloc, z jeszcze większą wieżą zegarową. Zamiast kamieniczek jest współczesny dom towarowy i równie współczesne klocki dookoła.

ratusz w Stuttgarcie
Zabytkowy inaczej ratusz i targ.

Ale gdzie te kwiaty?

Wróćmy jednak do kawy. Wylądowaliśmy w miejscu, które nazywa się Harry’s. To ponoć jedna z najlepszych kawiarni i palarni kawy w mieście. Oprócz słodkości można tutaj przy okazji kupić wiele innych rarytasów, typu makarony, oliwy, a nawet różne ekspresy do kawy. W menu było tyle różnych kaw z całego świata, każda z opisanymi nutami smakowymi i zapachowymi, że ciężko było się zdecydować. W końcu wybrałem kawę z ekspresu przelewowego, pochodzącą z Etiopii, o kwiatowym aromacie. Michał natomiast wybrał kawę Cold Brew Nitro, bo najbardziej spodobała mu się ta nazwa. Była to kawa parzona na zimno, a na wierzchu miała gazowaną piankę. Obie kawy były przepyszne i bardzo mocne. Jednak dopiero po dłuższym czasie udało mi się wyczuć kwiatowy zapach mojego napoju. Tak mam, że z zapachami i smakami to u mnie dość kiepsko.

kawa
Do kawy dostałem gratisową pralinkę. Nie muszę chyba pisać, że była wybitna. Na talerzyku widnieje napis: „Niefiltrowana, prosto do duszy”.

Kawiarniane opowieści

Kiedy już mieliśmy wychodzić dopadła nas jedna z pracownic i mieliśmy okazje spróbować wspaniałej czekolady. Nie jakiejś tam zwykłej, ale takiej prawdziwej, nie produkowanej taśmowo i ekologicznej. Właściciel czekoladowej manufaktury tak dba o wszystkie surowce, że jest w stanie produkować tylko niewielkie jej ilości. Dlatego czasem witryna z pralinkami jest pustawa, bo kawiarnia czeka na nową dostawę czekoladowych wspaniałości. Zdarzało się również, że właściciel cofał całą partię ziaren kakao, bo porostu mu się nie spodobały. Rzeczywiście ta czekolada, a próbowałem karmelowej, to zupełnie inny wymiar smaku. Nie będę jednak Wam pisać jej nazwy, bo pomyślicie, że to reklama. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że ekspedientka pochodzi z Chorwacji, ma Instagrama, jak się odżywia i jakie ma problemy zdrowotne. Ot, zwykła pogawędka w kawiarni, która trwała chyba z 40 minut.

A czas nieubłaganie leciał. Czekał na nas jeszcze najlepszy kebab w Niemczech (podobno), parkingowa galeria, hala targowa z przysmakami z całego świata, jedna z najstarszych kolejek zębatych w Niemczech i w końcu wisienka na torcie czyli najstarszy samochód świata w muzeum Mercedesa. O tym wszystkim już w części drugiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.