Bez biletu

Praga dzień drugi i niestety ostatni. Jeszcze tego samego dnia mieliśmy dotrzeć do domu w Ludwigshafen, czyli czekało nas około 600 km, jak się później okazało, koszmarnej jazdy. Tymczasem wstaliśmy wcześnie rano i zjedliśmy pyszne śniadanie. Polecam hotel Taurus nie tylko ze względu na śniadania, ale przede wszystkim super lokalizację. Cztery minuty do stacji metra Jiriho z Podebrad i mnóstwo knajpek i sklepów dookoła sprawiają, że na dość przeciętne pokoje (ale czyste) można przymknąć oko.

Po śniadaniu pobiegliśmy do metra i chcieliśmy kupić bilet na stacji. Niestety automaty biletowe przyjmują wyłącznie pieniądze i nie można w nich zapłacić kartą (to jak na razie jedyne miasto w Europie, gdzie spotkałem się z czymś takim). Nie mieliśmy ze sobą czeskich koron, bo stwierdziliśmy, że na dwa dni nie warto wymieniać pieniędzy w kantorze i wszędzie będziemy płacić kartą. No właśnie. Wszędzie oprócz metra. Zaczęliśmy szukać bankomatu na stacji, ale nie znaleźliśmy. I wtedy wpadłem na genialny pomysł. Przecież możemy podjechać dwie stacje do dużej stacji przesiadkowej “Muzeum”,a tam na pewno jest bankomat. Kupimy bilety i pojedziemy dalej. W praskim metrze nie ma bramek, więc zeszliśmy w dół na peron i po chwili dotarliśmy do stacji “Muzeum”. Już prawie byliśmy przy wyjściu aż tu nagle kontrola! A niech to szlag! I jak tu wytłumaczyć, że właśnie chcieliśmy kupić bilet! Tak jak za bilet nie można zapłacić kartą, tak i za mandat trzeba zapłacić gotówką. Nie mieliśmy oczywiście takowej więc grzecznie z panem kontrolerem poszliśmy do bankomatu podczas gdy inny pan zatrzymał mój dowód jako zabezpieczenie, że nie uciekniemy.

Mandat, który wisi teraz jako pamiątka na lodówce

Chyba bardziej niż samym mandatem martwiłem się czy po zapłaceniu odzyskamy mój dokument. Na szczęście na stacji stał nadal nasz kontroler, ale już w zupełnie innym miejscu, więc zanim go odszukaliśmy dostałem prawie zawału serca. Odzyskawszy dowód, mój portfel uszczuplił się o 800 koron czyli około 32 euro, a więc bardzo porządny obiad. No nic, trudno. Stwierdzam jednak, że praskie metro to najmniej przyjazne turystom metro w Europie. Brak możliwości zapłacenia kartą i automaty, które przyjmują tylko małe kwoty skutecznie uprzykrzają życie.

Ginger, Fred, Divadlo i Marylin

Dla każdego miłośnika architektury praski “ Tańczący Dom” to obowiązkowy punkt programu dlatego podjechaliśmy metrem (tym razem z biletem) na stację Karlovo Namesti, która znajduje się w pobliżu. Wybudowany w 1996 roku ma przypominać tańczącą parę i często nazywany jest po prostu Ginger i Fred. Jego architekt Frank Gehry chciał wybudować coś nowoczesnego w Warszawie, ale dla miasta było to zbyt awangardowe i z braku laku zaprojektował budynek dla Pragi. Idąc dalej wzdłuż rzeki zauważyliśmy w oddali wielki, bogato zdobiony gmach, coś jak opera Garnier w Paryżu. Okazało się, że to Teatr Narodowy i porównanie do paryskiej opery jest jak najbardziej słuszne, bo piękne gmaszysko w niczym jej nie ustępuje, a w dodatku jest lepiej położone, bo nad samym brzegiem Wełtawy. I jeszcze ta zabawna nazwa: Narodni Divadlo. 😂 Tutaj miłośnicy architektury współczesnej też znajdą coś dla siebie, bo do teatru zostało dobudowane nowe, futurystyczne skrzydło, tzn. futurystyczne było kiedyś, w latach 80-tych. Budynek jest prawie cały pokryty luksferami z których każdy waży 40 kg. Jedni go uwielbiają, inni nienawidzą, ale każdy pewnie myśli sobie , że chciałby takie luksfery np. na działce. 😉 Na dziedzińcu pomiędzy nową, a starą częścią teatru stała sobie monstrualnych rozmiarów Marylin Monroe. Ale jaka! Wełniania! Musi być wykonana z dobrej jakości wełny ,bo po tylu ulewach i wiatrach prezentuje się całkiem ponętnie. No chyba że stoi tam od niedawna.

Ginger i Fred
Teatr narodowy (Narodni Divadlo)
Luksfery tu, luksfery tam
Wełniana Marylin Monroe

 

Wspaniałe, praskie kamienice

Elektroniczny pomnik

Kolejną atrakcją, którą może się od niedawna poszczycić Praga jest pomnik Franza Kafki. Stoi tuż przy wejściu galerii handlowej Quadro. Właściwie to tylko głowa Kafki, która składa z wielu mniejszych elementów znajdujących się w ciągłym ruchu. Ma to symbolizować różnorodność jego dzieł. Konstrukcja, która kosztowała ponad milion euro sterowana jest elektronicznie. Można tak sobie usiąść na ławce na małym placyku i gapić się na to coś, wyczekując momentu, kiedy dosłownie na sekundę całość utworzy idealną twarz pisarza. Taką sztukę to my uwielbiamy! Autorem tego cacka jest mój imiennik David Cerny. Kontrowersyjny artysta stworzył też w Pradze fontannę, którą widzieliśmy wieczorem, dzień wcześniej, tuż obok muzeum Kafki. Fontannę tworzą dwie postaci, stojące naprzeciwko siebie i…sikające do basenu w kształcie Czech. Ruch penisów postaci może być sterowany za pomocą SMS-ów, ale nie sprawdziliśmy tego. 😉 Pomnik powstał z okazji wejścia Czech do Unii Europejskiej i ma być symbolem tego, że wejście do wspólnoty było tak samo przyjemne jak sikanie.

Idealna chwilowo twarz Kafki
Galeria Quadro

Wieża z książek i Vystaviste

Spod wielkiej głowy Kavki ruszyliśmy do Biblioteki Narodowej. Nie mieliśmy zamiaru czytać książek, zresztą i tak nie byłoby na to czasu, ale poszliśmy tam rzeczywiście żeby zobaczyć książki. A właściwie wielką wieżę z książek. W holu, w ogromnej konstrukcji z posklejanych ze sobą książek znajduje się otwór i patrząc przez niego w dół ma się wrażenie jak gdyby była to studnia, której ściany tworzą brzegi książek. Ma to być hołd dla papierowej wersji literatury, ale tak się zastanawiam ile książek zostało zniszczonych, aby powstało to dzieło. Okładki nie wyglądały na stare i nie nadające się do użycia. Próbowałem znaleźć jakiekolwiek informacje na ten temat w internecie, ale bezskutecznie…

Biblioteka Narodowa
Książkowa studnia

Z biblioteki poszliśmy na przystanek tramwajowy, żeby dojechać do Vystaviste. Vystaviste to kompleks wystawienniczy, gdzie odbywają się też konferencje i koncerty. Pojechaliśmy tam właściwie tylko dla jednego budynku: Pałacu Przemysłu. Wspaniały budynek ze szkła i stali z 1891 roku kojarzy mi się trochę z Indiami, albo jakąś odległą kolonią brytyjską.

Vystaviste

Pałac Kultury nie tylko w Warszawie

A jeśli o pałacach już mowa to trzeba wspomnieć o Pałacu Kultury, ale nie w Warszawie ani nawet tych w Moskwie. Praga ma też swój pałac kultury. Może nie taki wysoki i okazały ,bo ma tylko 16 pięter, ale zawsze. Został zbudowany w komunistycznych czasach dla ministerstwa obrony, później znajdował się tutaj hotel International (jego nazwa wciąż jest widoczna na fasadzie). W jego podziemiach znajdował się schron dla 600 osób. Dziś to czterogwiazdkowy Crowne Plaza.

Pałac kultury

Po tych wszystkich nie-pałacach zgłodnieliśmy i weszliśmy do knajpki U Topolu, niedaleko pałacu kultury. Mieliśmy zjeść małą przekąskę przed obiadem, a skończyło się znów na knedlikach, ale tym razem na słodko. Pomimo że ciasto było słone, wewnątrz były słodkie truskawki, a całość taplała się w bitej śmietanie i truskawkowym sosie. Pyszota! Fajna atmosfera i prawie sami lokalsi.

Knedle na słodko

Na koniec dobiliśmy się jeszcze obiadem, bo przecież trzeba było najeść się na zapas przed długą podróżą do domu. Zjedliśmy, a jakże, znów knedliki, ale tym razem w wersji z pieczenią i gęstym, ciemnym sosem. Lokal był typowo nastawiony na turystów, ale z fajnym klimatem. Nie było osobnych stolików, tylko długie potężne ławy, wzdłuż całkiem sporej sali, a wśród nich chodziła orkiestra jak na wiejskim, polskim weselu. Na koniec mały zgrzyt, bo płaciliśmy kartą i pan twierdził, że nie może wbić większej kwoty, aby uwzględnić napiwek. Nie mieliśmy jak zwykle koron przy sobie, ale pan był nieustępliwy i domagał się napiwku, nawet w euro, lub złotówkach. No cóż.. nie ma to jak dobrowolny napiwek. 😉

I po raz kolejny knedle

Praga to nie tylko światowej klasy zabytki, kościoły, stare miasto i wspaniałe kamienice. Ma też swoje współczesne oblicze, które całkiem nam przypadło do gustu. Szkoda tylko, że tak bardzo nastawiona jest na turystów.

Powrót do domu był bardziej niż koszmarny. Po drodze do Ludwigshafen co chwilę łapały nas gigantyczne korki na niemieckich autostradach, w dodatku pogoda nas nie oszczędzała. Chwilami lało tak, że nie było nic widać. Totalnie wykończeni intensywnym odkrywaniem Pragi i ciężką podróżą wróciliśmy wreszcie późnym wieczorem do domu, a Ludwigshafen, choć raz w życiu, było upragnioną oazą na pustyni. 😉

D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *