Ostatnio pisałem o Brnie, Lednicach i Valticach, a dziś przyszła kolej na Mikulov. Ten wpis nie będzie jakiś specjalnie długi, ponieważ nasze zwiedzanie również nie było najdłuższe. Pojechaliśmy do Mikulova tylko na jakieś 2-3 godzinki, a to ze względu na to, że tego samego dnia wracaliśmy do Niemiec. Generalnie myślałem, że sobie posiedzimy z rodzinką, albo zwiedzimy Brzecław, bo w sumie nocowaliśmy w tym mieście, a za bardzo go nie zwiedziliśmy i nic o nim nie wiemy, ale kuzyn zrobił nam niespodziewajkę i zabrał nas jeszcze na szybką wycieczkę.

 

Mikulov

Zacznijmy od tego, że miejscowość Mikulov (niecałe 7400 mieszkańców), tak jak reszta wyżej wymienionych miast również leży  w Morawach Południowych, a więc nie mieliśmy daleko.  Jak widzicie miejscowość niewielka, a jednak problem ze znalezieniem miejsca parkingowego był dość spory, a to pewnie ze względu na sporą liczbę turystów odwiedzających to urokliwe miasteczko.

Spacer zaczęliśmy od ulicy Namesti, a właściwie był to deptak w centrum miasta, na którym akurat tego dnia odbywał się targ wyrobów domowej roboty nabiału, wędlin oraz chleba, ciast itp. Trafiła się nawet firma z Poznania, która zajmuje się produkcją sera koziego. Reszta stoisk była raczej czeska. Były też śpiewy, muzyka i jakieś niewielkie występy. Próbowaliśmy z mamą serów i chleba, a że były strasznie dobre, to stwierdziliśmy, że koniecznie musimy sobie coś kupić do domu, ale najpierw pochodzimy, a potem zakupy.

Zamek Mikulov

Przed Kolumną św. Trójcy skręcamy w lewo i potem jeszcze raz w lewo, by dostać się do zamku. Zabudowa w centrum jest bardzo ładna. Kamienice są zadbane i kolorowe. Dziwna była jednak instalacja na samym środku tuż za bramą wejściową na teren zamku oraz przypięte do niej rowery. Trochę paskudziło widok na piękny ogród.

Aby dojść do zamku, musimy podążać chodnikiem w górę, bo jak to zazwyczaj bywa, zamek stoi na wzgórzu. Mniej więcej w połowie drogi jest zakręt, z miejscem, które przypomina taras widokowy. To z tego miejsca mamy jeden z najlepszych widoków na miasto i okolicę. Ponoć jeszcze lepszy jest ze świętego pagórka (Svatý kopeček), na którym znajdują się kaplice z XVII i XVIII wieku, ale zabrakło nam już czasu by tam dotrzeć. Może następnym razem.

Zamek w Mikułowie został poważnie zniszczony podczas drugiej wojny światowej, jednak znaleźli się mądrzy ludzie, którzy go odremontowali, tudzież odbudowali (nie wiem na ile poważne były zniszczenia) i tak oto możemy go dziś podziwiać w całej okazałości. W środku znajduje się muzeum regionalne, w którym nie byliśmy, ponieważ nie wystarczyło nam już czasu.

Gdy obeszliśmy zamek dookoła, znaleźliśmy się znowu na deptaku. W jednym ze sklepów chcieliśmy kupić magnesy na lodówkę, jednak nie było w nim nic ładnego więc poszliśmy dalej do kościoła św. Anny, który po przebudowie  w XIX wieku pełnił rolę miejsca pochówku członków książęcego rodu Dietrichsteinów. Ponoć jest w nim zachowanych 45 trumien.

Kolumna na końcu deptaka
Sery
Nawet pieczony prosiak był
Brama wjazdowa na teren zamku
Taras widokowy
Zamek
Kościół św. Anny

Niezawodne banki

Mieliśmy iść na kawę, więc chciałem wybrać trochę gotówki, żeby chociaż w taki sposób podziękować bratu ciotecznemu za wycieczkę, jednak po pierwsze był problem ze znalezieniem bankomatu, co mnie dość mocno zestresowało, a gdy już znalazłem bankomat, okazało się, że w moim banku był jakiś problem techniczny od dnia poprzedniego i nie mogłem wypłacić ani grosza. Wszystkie transakcje były zablokowane. Nawet nie można było się zalogować do aplikacji banku. Porażka. Nigdy w życiu nie miałem jeszcze takiej sytuacji. Czułem się dość niekomfortowo. Pamiętajcie więc: Zawsze miejcie przy sobie gotówkę! Chociaż na tę głupią kawę.

Całe szczęście moja mama miała jeszcze 50€ w portfelu, więc kuzyn zaproponował, że nam wymieni na korony. Znaleźliśmy magnesy, wypiliśmy kawę, zjedliśmy jeszcze pyszne desery w bistro Drogerka, no i oczywiście zrobiliśmy zakupy na straganach. Kupiliśmy ser z kawą, dziwnie brzmi, ale był naprawdę pyszny. Trochę kiełbas suszonych. Jedna z pieprzem, jedna naturalna i jedna z chilli, oraz chleb ze śliwką, o ile mnie pamięć nie myli.

Poza zakupami w Mikułowie, zrobiliśmy też szybkie zakupy w Brzecławiu na jutrzejszy obiad u nas w domu. Pomyślałem sobie, że skoro mamy następnego dnia mieć gości na obiedzie, to po co robić sobie jeszcze latania z rana po sklepach i planowanie posiłku, jak możemy przywieźć coś czeskiego. A co? Czeskie knedle oczywiście! Kupiliśmy trzy rodzaje. Zwykły z ciasta drożdżowego, jeden z czerstwych bułek i jeden ziemniaczany. Do tego zrobiliśmy gulasz i ciach! Obiad gotowy. Do tego oczywiście było jeszcze piwko czeskie, które również ze sobą przywieźliśmy.

Tak oto zakończyła się nasza czeska przygoda. Ja wiem, że  dość mało czasu tam spędziliśmy, więc nie polecam tu miejsc na obiad i tym podobnych, jednak mam nadzieję, że mimo wszystko zaciekawi was ten wpis i zechcecie zobaczyć Mikułow, gdy będziecie w Czechach.

M.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *